poniedziałek, 10 marca 2014

71. Pippin: 5x500


Arcade Fire - Her
Ocena: * *

W filmie jakoś się sprawdzało – istnieje wszak teoria, że muzyka filmowa jest najlepsza, gdy widzowi wydaje się, że jej nie słyszy. Cóż, mi nawet się nie wydaje, ja muzyki ilustracyjnej w filmie autentycznie nie słyszę, przechodzi zazwyczaj obok mnie. Niemniej, skoro film był wcale niezły, choć ckliwy, to pewnie i muzyka dawała radę. A bez filmu rady nie daje. Nudne toto, monotonne i jednostajne plumkanie. Coś jak, wiecie, słuchanie płyt ze śpiewami wielorybów lub szumem traw. A może takiej muzyki słuchała po prostu Samantha o głosie Scarlett Johansson?




Have a Nice Life - The Unnatural World
Ocena: * * * 3/4

Zaczęło się kapitalnie. Shoegaze zgrabnie ożeniony z postpunkiem, gdy wydawałoby się, że shoegaze dawno przepadł i jedynie My Bloody Valentine ma prawo się po latach odzywać, w pierwszych dwóch-trzech kawałkach naprawdę mnie ujął („Defenestration Song”!!!). Jakieś nawiązania do industrialu, nowej fali – nie mam pytań. Dalej jest trochę gorzej, płytka grzęźnie i trochę się gubi, ale ogólne wrażenie pozytywne. A na youtube można znaleźć całkiem oryginalny filmik jako ilustrację całości. Co ciekawe, jest to dopiero druga płyta zespołu i czekano na nią 6 lat.




Jacaszek - Pieśni
Ocena: * * *

Oczekiwania były niemałe i, przynajmniej u mnie, płyta im nie sprostała. Potencjału Jacaszkowi nikt nie odmawia, ale tu poszedł chyba zbyt zachowawczo. Jasne, staropolskie monumentalne pieśni kościelne raczej sugerują poważne potraktowanie, a nie przerabianie ich na skoczne polki, niemniej większość materiału potraktowano zbyt jednostajnie i jednolicie – instrumentalne wersje, dużo długich, stojących niskich dźwięków, a do kompletu smyczki. Jedynie „Bogurodzica” wyróżnia się potęgą i odmiennością – mocno wydłużona, z wokalem, potrafi zahipnotyzować.



Kriegsmaschine - Enemy Of Man
Ocena: * * * 1/2
 

Ej, nie było źle! Kilka już razy zżymałem się tu na blackmetalowców i Koledzy pewnie myśleli, że robią mi kolejny wątpliwej jakości dowcip, tymczasem zmogłem bez problemu i z niemałym uznaniem. Ta przystępność to zasługa głównie wokalu – nie był to może czysty śpiew ani nawet Slayerowy krzyk, ale też był to występ daleki od syków i potępieńczych jęków. A czysto muzycznie jest wcale na poziomie – ani to piekło na ziemi, ani epatowanie wstrętem i brzydotą. Porządny, mocny metal. Tekstów nie badałem, może i dobrze.


Sun Kil Moon – Benji
Ocena: * * *



Spokojny folkrock z akustyczną gitarą i fortepianem jest dobry zazwyczaj wtedy, gdy nie ma go zbyt wiele. Takoż i w tym przypadku odchudzenie by płycie nie zaszkodziło, ale tragedii na pewno nie ma. Jest ciepła melancholia, piosenki o mamie, tacie, Led Zeppelin, ale też i o szkolnej strzelaninie w Newtown. Red House Painters było lepsze, ale kolega Kozelek ma jeszcze niejeden pomysł i nawet w folkowym smęceniu ma do zaoferowania niemało i uroku odmówić mu nie można. A, jeszcze jedno – na perkusji Steve Shelley!
 

Kwestionariusz:
Najlepszy moment: Defenestration Song.
Najgorszy moment: „Her” bez filmu.
Ciekawostka: w okładkowych informacjach na płycie Have A Nice Life jako personel widnieją wyłącznie dwie osoby, w następujących rolach: performance, writing.
Na dokładkę okładka: Niepokój „The Unnatural World” zapamiętam na długo.

71. azbest: 5x500

Arcade Fire "Her"
 Arcade Fire - Her
***
Filmu nie widziałem więc nie wiem jak ta muzyka się sprawdziła współgrając z obrazem. Pozostawiona sama sobie nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Materiał to w głównej mierze pół na pół fortepianu i ambientującej elektroniki. Ładne to, wyciszone, a nawet usypiające. I jako niezobowiązujący drugi plan sprawdza się najzupełniej przyzwoicie. Ale może taki właśnie efekt Arcade Fire chciało osiągnąć?

Have a Nice Life "The Unnatural World"
  Have a Nice Life - The Unnatural World
***1/2
Płyta jak zapiekanka. Ten shoegaze odnaleziony wreszcie w kącie lodówki już trochę się ślizga i jakoś osobliwie pachnie. Ale jeśli poprzekładać go warstwami ziemniaków,  post-punkową grą sekcji rytmicznej (ale taką podchodząca już w death rock), bakłażanem i obrzucimy dronowo ciągnącym się żółtym serem? Oczywiście gwoździem bankietu nie będzie, a i chlubić się tym nie wypada, ale zainteresowani zjedzą bez grymaszenia, a nawet pochwalą. I to nie przez grzeczność.

Jacaszek "Pieśni"
 Jacaszek - Pieśni
***
Nowoczesna obróbka pieśni religijnych to mało ograny pomysł, ale sam w sobie nie gwarantuje sukcesu. Dobór przez Jacaszka materiału do przetworzenia był intrygujący. Takie zderzenie tradycji i nowoczesności mogło dać frapujący rezultat. Niestety wykonane nie okazało się ani epokowe, ani efektowne. Chwilami oba „wątki” splatają się w sensowną całość, ale gdy dominują elektroniczne szumy i trzaski, brakuje tym dźwiękom pasji.

Kriegsmaschine "Enemy of man"
  Kriegsmaschine - Enemy of Man
****1/2
Mimo że zespół wywodzi się z blackowych rejonów nowy materiał na pierwszy rzut ucha trudno umieścić w tej szufladce (zwłaszcza jeśli oczekujemy kanonu brzmieniowego inspirowanego sceną norweską). Bliżej im już chociażby do Neurosis, choć to powierzchowne podobieństwo – bębny zalatują chwilami plemiennością, a riffy są transowe (choć nie tak powolne i miażdżące). Czyli jak można się domyślić materiał mocno hipnotyczny mimo solidnej dawki zimnego hałasu.

Sun Kil Moon "Benji"
 Sun Kil Moon - Benji
****

Mark Kozelek udowadnia, że wbrew pozorom tradycyjnie zagrany folk rock nie musi brzmieć archaicznie. Wypełnił płytę niewyszukanie zaaranżowanymi utworami, ograniczającymi się zazwyczaj do samej gitary akustycznej (ale w połowie jest wykorzystana perkusja, pojawiają się tez okazjonalne dodatki). I jest to doskonały akompaniament do melancholijnych rozważań o śmierci i przemijaniu. Mroczna, ale piękna mimo (dzięki?) swej prostoty płyta.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
Sun Kil Moon "Richard Ramirez Died Today Of Natural Causes"
2. Najgorszy moment: Arcade Fire
3. Ciekawostka:  Hipserski dobór płyt zawdzięczamy Pilotowi.
4. Na dokładkę okładka:  O dziwo wszystkie udane, a dwie się nawet łączą tematycznie.

71. Basik: 5x500



Arcade Fire – Her

* * 1/2
Filmu jeszcze nie widziałem, ale gdybym miał scharakteryzować go na podstawie tej ścieżki dźwiękowej to byłby to ckliwy, gładki i wiejący nudą obrazek. Nieangażujace melodyjki, przyjemniuśkie brzmienia pianinka, czyli coś w sam raz dla wrażliwych nastolatków kochających rowery, gofry, ławki w parku, słońce, powiewy wiatru, swetry, radość, smutek, kosmyki włosów i yerbatę. 100% cukru w cukrze. Chciałbym, aby ten film jednak nie był tak przeciętny i nie terroryzował słodyczą.



Have a Nice Life – Unnatural World

* * * 2/3
„Unnatural World” swoim brzmieniem zasysa rzeczywistość dookoła. Słuchanie tej płyty kojarzy mi się ze Joy Division grającym z oddali, jakby ktoś puszczał ich z odjeżdżającego pociągu. Albo z drugiego końca tunelu. Kojarzy mi się również z wspaniałym i klimatycznym Slowdive. To jest jak poszukiwanie muzyki w nieustającym szumie, szukanie dźwięków za mgłą pogłosów. Kosmiczne echo muzyki. Bardzo melancholijna i piękna rzecz, choć nie na tyle, żeby się powiesić. Zamiast tego ma się ochotę posłuchać jej raz jeszcze.


Jacaszek – Pieśni

* * *
Ambient jak to ambient. Jednym wjedzie bez smarowania, innym znowu udzieli się agresywne ziewanie. W przypadku albumu Michała Jacaszka mamy tutaj jednak mały twist. Płytę „Piesni” wypełniają parafrazy utworów religijnych od „Z dawna Polski Tyś Królową” po „Bogurodzicę”. Sprawa kontrowersyjna, szczególnie w kraju gdzie ta religia niejednokrotnie powoduje wzrost ciśnienia w różnorakich środowiskach. Osobiście nie jestem w stanie nacieszyć się w pełni tym albumem, zbyt dużo negatywnych związków asocjacyjnych zalega mi w głowie, gdy słyszę te melodie. Nie zmienia to faktu, że wersje Jacaszka potrafią wyciągnąć z tych utworów mroczną, mistyczną ludowość, którą lubię.




Kriegsmachine – Enemy of Man

* * * *
Prawie że przegapiłem moment kiedy black metal przestał być muzyką dla kuców a stał się jednym z bardziej cenionych gatunków przez miłośników ambitniejszej muzyki. XXI wiek to nowa epoką dla blecurów, dzięki licznym mezaliansom z innymi gatunkami, poszukiwaniem nowych brzmień a nawet wyjściem poza estetykę okultystyczną. Krakowski Kriegsmachine nurt blackowy również traktuje autorsko a jego „Enemy of Man” tylko z pozoru przypominana tradycyjną „pralkę”. Diabeł tkwi (dosłownie) w szczegółach. W poplątanych, drżących dźwiękach gitar tworzących niezwykłe struktury dźwiękowe, które kojarzą się bardziej z muzyką noise niż z metalem. Cały album to właściwie jednostajny, hipnotyzujący szum o pięknych i chaotycznych fakturach. Klasa!




Sun Kil Moon – Benji

* * *
Skumaj to. Gościu z gitarą akustyczną śpiewa piosenki o tytułach takich jak: “I Can't Live Without My Mother's Love”, albo “I Love My Dad”. Tak, zgadza się. Smutny pan gra smutne akordy i śpiewa smutne teksty. Teksty napisane z szczerością sześciolatka, trzeba dodać. Chciałbym napisać jak bardzo straszne i obciachowe są te jego opowieści, ale ponad poziomem pretensjonalności utrzymuje się dzięki bardzo przekonywującej barwie głosu i nieskrępowanej osobowości.
Kwestionariusz: 
2. Najgorszy moment: Powyższe zestawienie przeznaczony jest raczej dla ludzi z trudnością w zasypianiu, nadpobudliwych lub z nadciśnieniem. 
3. Ciekawostka: Film „Her” zdobył Oskara 2013 za najlepszą piosenkę w wykonaniu Karen O – równie nijaką z resztą jak ścieżka Arcade Fire.  
4. Na dokładkę okładka: Tom Selleck na okładce Her wynagradza wszystko.

71. pilot kameleon: 5x500

Może kilka słów tytułem wyjaśnienia. Miało być inaczej. No i jest. Płyty wybrane przeze mnie i siłą narzucone reszcie. A wybrałem takie, które w ostatnim czasie (przełom stycznia i lutego) w jakiś sposób wryły mi się w świadomość z takich czy innych względów. Czasem pozytywnie, czasem niekoniecznie, ale proszę się w tym jakiegoś klucza nie doszukiwać. Ot jakiś tam wybór. No i tak zostało. Czytelnicy niech efekt ocenią.


Arcade Fire, Her
**1/3

Uciekasz przed samym sobą. Wymyślasz sobie zajęcia zastępcze. Byle tylko nie myśleć, byle oderwać się od rzeczywistości. Film za filmem. Tak łatwo zająć głowę. Trochę plam, trochę spokoju, trochę niepokoju. Facet z wąsami ci imponuje. Sam miałeś przez moment podobne, ale żeby nosić je na stałe, zabrakło ci odwagi. Obraz jest niezły, gorzej z odseparowanym soundtrackiem. Niepotrzebny, zbędny. Może wykalkulowany? Takie nic za kilka dolarów, które też byś przytulił. One jednak nigdy nie będą dla ciebie. Dopada cię zimna obojętność, masz ciepło w mieszkaniu, ale jesteś przemarznięty do gołej kości.




Have a Nice Life, The Unnatural World
****1/2

Leżysz na kanapie. Całkowicie trzeźwy. Gapisz się w jeden punkt na suficie. Patrzysz na niego tak intensywnie, że w pewnym momencie zauważasz, że to on patrzy na ciebie. Majaczysz tak od piątkowego popołudnia. Mija kolejny dzień. Sam w pustym mieszkaniu, które obecnie dzielisz tylko z kotem. Gdybyś miał przycisk "off", który wyłącza twój organizm, wcisnąłbyś go. Zapętlasz jedną płytę, najnowsze Have A Nice Life. I tak dogorywasz. I jest ci źle. A inni mówią, że udajesz, że ta muzyka to podróba.


Jacaszek, Pieśni
***

W tej całej agonii bezradnie szukasz czegoś, o co mógłbyś się zaczepić. Bóg? Tak, niech będzie tak, że próbujesz po latach separacji nawiązać z nim kontakt. Nigdy nie miałeś po drodze do kościoła, ale pamiętasz te pieśni, masz je zakodowane w swojej pamięci. Byłeś ministrantem, ale ksiądz, poczciwina, nigdy cię nie molestował, bo nie molestował nikogo. Próbujesz rozmawiać, ale laptop zagłusza kościelne frazy, wyciągasz rękę. Ktoś tam jest, ale bardzo daleko, może nie dla ciebie. Kościelne echo wybrzmiewa w nieskończoność. To było 20 lat temu.



Kriegsmaschine, Enemy Of Man
****1/2

Nie stać cię na żaden gniew. Zawsze jednak możesz posłużyć się czyimś buntem. Pożyczyć. Ludzkie zera nie mają nic własnego. Świecą niczym lub próchnem. A ta ekspresja jest tak nawarstwiona i akumulowana, wyczekiwana i całkowicie znerwicowana. W pakiecie jest chwilowe rozluźnienie. Nerwica cię wykańcza, ale te dźwięki mają jednak dużą wartość i potrafią wnikać dość głęboko. Dygocą. Ty też. Ciemność nie może dać ci ukojenia, ale masz przynajmniej wrażenie, że może sam finał wszystkich przeczesze jednako. Do gołej kości, a potem przeszyje duszę, jeśli takowa istnieje.


Sun Kil Moon, Benji
***3/4

Gdzieś obok jednak płynie normalne, spokojne życie. Życie innych. Takie z dobrą kawą, niezłą pracą, pełne spokoju, bez nerwic, zwid i omamów. Może bez przesadnej sielskości, ale przecież oddałbyś wszystko, żeby takie niebo mieć nad swoim własnym domem. No i jeszcze sklep nieopodal, bo przecież nawet posiadając auto, nie bardzo miałbyś ochotę na ciągłe wyprawy po pieprz, steki i pasty paprykowe. Twój kuzyn tutaj nie dotarł, choć bardzo chciał. Wpadł do rzeki kilka lat temu. Zapamiętasz to na zawsze.


Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Kriegsmaschine i Have A Nice Life. Płyty roku na ten moment.
2. Najgorszy moment: Arcade Fire trochę zaorało glebę.
3. Ciekawostka:.Podoba się Państwu taki pomysł na milę?
4. Na dokładkę okładka: Wąsy zawsze są w modzie. Możesz zaprzeczać, nie zgadzać się, głosić swoje teorie na temat zarostu, ale wąsy to klasyk największy. Nawet martwemu z wąsem do twarzy.

wtorek, 18 lutego 2014

70. Azbest: Brygada Kryzys "Live in Remont"

 Brygada Kryzys - Live in Remont 13 Grudnia 93

***1/2
 
Trzeci czerwca 2012. Zoppot. Magia nazwy tak wielka, że przezwyciężyłem niechęć do wciskania się w tłum. A tłum był. Ostatnie tygodnie były ciężkie, ale wypełzłem z krypty. Ok. Był kieliszek czy dwie czystej na zmiękczenie. Ale na trzeźwo też dałbym radę. Brygada Kryzys! Brygada! Kryzys! A w okolicy widzę znajomą. Lubię. Ale na początek Maszynka do mięsa. Spox. Może nawet trochę bardziej. Ale nie oni mnie tu zwabili. Znajoma ucieka. Dziewczyno, co czynisz! Ale co tam - czy jestem stróżem siostry swojej? Zaczynają. Ekstaza! Kosmos! Absolut! Uszy porażone wraz z szyszynką. „Czy słyszała pani o orgazmie trwającym 120 minut?”. Wydarzenie poruszające tak, że w głowie zagościła przelotna, a bzdurna na potęgę myśl "wyrwać towara, może ślub nawet, w każdym razie zmajstrować kilka dzieciaków by za lat kilkadziesiąt opowiadać wnukom jakiego wydarzenia byłem świadkiem”. Tak było fajnie. No prawie. Rodzina?! Litości! Ale szybki dzwon do znajomego wyznawcy Brygady by zżarła go zawiść. I Napawanie się. Napawanie. Napawanie.
Nie była to moja jedyna styczność z koncertowym wydaniem zespołu więc wiem, że nie zawsze jest aż tak genialnie, ale wrażenie robili niezmiennie. Ale czy 13 grudnia 1993 roku również? Trudno powiedzieć. Jeśli nawet to wydana w połowie plejstocenu kasetka z zapisem (fragmentów) tamtego koncertu w najmniejszym stopniu tego nie oddaje. Skład jak wiadomo wyśmienity - syjamskie duo gitarowo/wokalne wspierane przez Pjotera "Stopę" Żyżelewicz. O właśnie Stopa - jego partie są po prostu wspaniała - spokojnie mógłby stukać coś pospolitego zachowując inwencję na Izrael czy Voo Voo, ale nie – kombinuje jak się patrzy. I nie ma mowy, że się popisuje - jest finezyjnie i niebanalnie, ale w ryzach – nie dominuje utworów - upiększa je. Gitarki tez niczego sobie, ale poprzeczka ustawiona tak wysoko, że trudno mówić o czymś (jak na nich) niezwykłym. Jest tylko (!) dobrze. Oczywiście ujarane komentarze Robiego jak zwykle na poziomie - „czy pamięta ktoś Mieszka VII?”. 
Może mój umiarkowany entuzjazm jest tez podyktowany repertuarem – nie są to moje ulubione kawałki grupy. Ale niewykluczone, że dobór materiału był podyktowany innymi względami – może nie wszystko nadawało się do użytku. To, że były problemy techniczne słychać nawet na taśmie. O właśnie – taśmie. Materiał wydany został jedynie w takie formie. Wtedy tak raczej standard dla sceny niezależnej, dziś wydaje się kuriozalne. Najpośledniejszy nośnik jaki kiedykolwiek był używany na planecie Ziemia do utrwalania dźwięku. Mało okazała, nieporęczna, nietrwała i brzydka (a hipsterzy narzekają na ograniczony potencjał graficzny cedeków). Że się wkręcić potrafiła to już nawet nie wspomnę. Jej współczesny renesans jest trudny do zrozumienia nawet jeśli brać pod uwagę nostalgię. Co z tego, że pierwsza? Była szurnięta i śmierdziała jagodami. Z tej perspektywy nieobecność wydawnictwa na rynku (wydane przez Złota Skałe czyli porzućcie wszelkie nadzieje) już tak nie boli. Choć w sprawiedliwym świecie każde nagranie Brygady byłoby szeroko dostępne dla każdego chętnego.
Trudno to wydawnictwo uznać jako część dzieł zebranych grupy, raczej aneks do suplementu czy apokryf. Odrzucana przez Bryla „londyńska” koncertówka robi na mnie po dziesięciokroć większe wrażenie. W chwili wydania memento dla zespołu (choć nie tylko – wydawnictwo dedykowane pamięci Kasi Żyżelewicz i Marka Grzesika) – zapis jednego z ostatnich koncertów tego składu. I niezbyt pod tym względem udane – ani porządnie podsumowuje ten okres działalności zespołu, ani oddaje im sprawiedliwość. Ale powstali ponownie. Może coś jeszcze wydadzą.
A tymczasem: Lesery! Gdzie nowa płyta?! Brylu! Ogarnij się1 Chcemy nowej płyty! 
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Cosmopolis”
2. Najgorszy moment: Dzie cede?
3. Analogia z innymi element kultury: Jakoś nie dostrzegam więc napomknę tylko, że chyba inspirowali Cronnenberga.
4. Skojarzenia muzyczne: Jak Brygada Kryzys tylko nie tak fajnie.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Nerwowe oczekiwanie na prawdziwa wiosnę.
6. Ciekawostka: Według wkładki na saksofonie i parapecie grał niejaki Grzegorz Ryłka. Tylko czy przypadkiem nie miał być to Grzegorz Rytka?
7. Na dokładkę okładka: Brzydka. O przepraszam – alternatywnie udana.

70. Pippin: Brygada Kryzys, Live in Remont 13 grudnia 93


Ocena: * * * 1/2

Że Robert Brylewski wielką postacią jest – już pisaliśmy. Że Brygada Kryzys wielkim zespołem jest – też chyba nie ma potrzeby nikogo przekonywać. I to zarówno Brygada pierwsza, ta spod znaku czarnej płyty, jak i ta druga, od rozbuchanego „Cosmopolis”. Pozostańmy przy tym uproszczeniu, że Brygady były dwie, nie roztrząsajmy już dłuższych czy krótszych koncertowych reaktywacji, które nagrań po sobie nie pozostawiły.
O wyjątkowości Brygady pisało wielu, mądrzejszych i lepiej (bo również od środka) znających temat ode mnie. Punk, nowa fala, reggae, talent Lipińskiego do pisania chwytliwych melodii i nieustające eksperymentalne odloty Bryla plus jego nieprzeciętne umiejętności jako gitarzysty – wszystko to w niesamowity sposób stopiło się w jedno. I być może chłopaki mogli nagrać dużo więcej, a być może zrobili wszystko co mogli – nie wiemy. Zostały nam dwie płyty studyjne i jedna koncertowa. Aha, i jeszcze coś. Live in Remont 93.
Ten zapomniany koncert wydano w roku Igrzysk Olimpijskich w Atlancie na kasecie i nigdy go nijak nie wznowiono. Występ pochodzi z odbywającej się wówczas przez kilka lat corocznej imprezy o wdzięcznej nazwie Stanik, którą to nazwę tłumaczy jasno fakt, iż koncerty nieodmiennie miały miejsce trzynastego grudnia. Materiał trwa raptem 37 minut, co sugeruje, iż jest tylko wycinkiem – czy ktoś nagrał resztę? Tak czy owak, wkraczamy oto na stary, znajomy, grząski grunt pod tytułem: Po co komu płyty koncertowe?
Bo czy „Remont” jest dobrym koncertem? Pewnie. A czy wnosi cokolwiek nowego do wizerunku Brygady Kryzys? Ano niespecjalnie. Jasne, czuć ducha, czuć moc, czuć radość, czuć chęć zabawy muzyką, czuć swobodne podejście do utworów – „Ganja” zyskała psychodeliczny wstęp, „Nie ma nic” zmieniło się nam w reggae, a w „Subway Train” dostaliśmy sporo dodatkowych efektów gitarowych. Ale, odkładając na bok wszystkie te gadki o legendzie grupy, o obcowaniu z kultem itp., nie znajduję tu niczego, co wyniosłoby ocenę płyty ponad słowa „fajny koncert” i co stanowiłoby jakąś szczególną wartość dodaną do Czarnej i „Cosmopolis”. Nie zrozumcie mnie źle, słucha się tego znakomicie. Gdzieś tam miga żal, że może i ten zespół wykorzystał swój potencjał w niewielkim tylko ułamku, niemniej dłuższe obcowanie z „Remontem” to dla mnie zabawa spod znaku jarania się tym, że oto perkusista zagrał dwa takty więcej, a gitarzysta solówkę o pół tonu niżej, niż w wersji studyjnej.
Co nie zmienia faktu, że gdyby ktoś kiedyś wydał toto na kompakcie, to naturalnie zaraz staję w kolejce. 

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment:  Czy pamięta ktoś Mieszka VII? 
2. Najgorszy moment: Zakradł się jakiś dywersant i uszkodził kaczkę. 
3. Analogia z innymi elementami kultury:  Hmmm, film Cronenberga? 
4. Skojarzenia muzyczne: Jak pisałem – punk, reggae i nowa fala w jednym. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Podróż sentymentalna. 
6. Ciekawostka: Ponoć Tomek Lipiński nie pamięta o istnieniu tej kasety. 
7. Na dokładkę okładka: Jak to często u Bryla – przaśne rękodzieło.

70. Basik: Brygada Kryzys, "Live In Remont '93"


* * * *

Troche dziwnie, lecz na wstępie należy chyba podziękować wszystkim internetowym złoczyńcom, torrentom, youtube’om i róznym pirackim bloggersom. Paradoksalnie, gdyby nie nielegalne źródła, ta płyta właściwie istniała by tylko w głowach garstki już-wkrótce lub już siwiejących posiadaczy kaset. W głowach, bo taśmy pewnie dawno powciągane przez wiecznie głodne magnetofony, złożone w harmonijkę albo rozmagnetyzowane. Płyta ukazała się w 1996r. wyłącznie na kasecie i po dziś dzień nie doczekała się wznowienia. Wznowiła się więc sama w wirtualnej rzeczywistości. W przypadku wielu polskich wykonawców pewnie nie byłoby żalu, ale jeśli chodzi o Brygadę Kryzys brak oficjalnych reedycji irytuje i rozczarowuje. A materiał na tej koncertówie przecież ocieka dobrocią.
Mimo średniej jakości, jest tu organiczne życie jakiego moim zdaniem zabrakło na źle wyprodukowanym, płaskim studyjnym „Cosmopolis”. Połączenie zgrabnego i bardzo przebojowego stylu Lipińskiego i kosmicznych poszukiwań gitarowych Bryla najlepiej rozwija się w temperaturze 36.6 stopni Celsjusza. Koncert z radia „Trójki” wydany niedawno po dwudziestu latach od koncertu w Remoncie to bardzo sympatyczny akcent, ale nie ma się co oszukiwać, że jest to pozycja wysoko satysfakcjonujacą. Atmosferę i przyjacielskiego ducha koncertu z Remontu po prostu się czuje. Tak zupełnie intuicyjnie, gładko. Dużo tu spontanicznych dźwięków, pomyłek, naturalnych krzywizn dodających autentyzmu i nieprzewidywalności. Liderzy, absolutnie wyluzowani serwują mocno „przysmażone” abstrakcyjne i niespieszne dialogi pomiędzy utworami. Całość kończy się, a właściwie urywa po zaledwie 37 minutach, choć nie wierzę, że jest to cały materiał zagrany w dniu koncertu… niedosyt pozostaje, wręcz w opozycji do napompowania „Cosmopolis”.
 „Czarny” debiut Brygady Kryzys z 1982 r. otoczony jest słusznym kultem, ale to co prezentował zespół na początku lat 90. to również niezwykle oryginalne, natchnione rękami dwóch silnych indywidualistów granie. Trzeba dodać, że również całkiem przebojowe, o czym media średnio pamiętają. Koncert z Remontu to obraz muzyki i muzyków w pełnej harmonii ze sobą i z otoczeniem. Przydałoby się tą spójność zaakcentować krążkiem. Dało się z Fotoness, dało się z wczesnym Izraelem brzmiącym jak odkurzacz Predom na pełnej mocy, więc wierzę, że i ten album nie zostanie pominięty.
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „To co czujesz” 
2. Najgorszy moment: Vivian Quarcoo w chórkach po raz kolejny drażni ucho, poza tym słaby „Take My Hand”, w którym na chwilę siada atmosfera. 
3. Analogia z innymi element kultury: Zarejestrowany koncert upamiętniał wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Te specjalne koncerty pod hasłem „Stanik” odbywały się w Remoncie w latach 1992-94. 
4. Skojarzenia muzyczne: Tilt, Izrael, Kryzys. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Nadgodziny, nie masz życia. 
6. Ciekawostka: Oczywiście poprawnie powinno być „Live at Remont”. 
7. Na dokładkę okładka: Zdaje się, że to kolejny anarchistyczno post-apokaliptyczny kolaż DIY Brylewskiego.

70. pilot kameleon: Brygada Kryzys, Live In Remont 13 Gruдnia 93

****2/3

Powrót Brygady Kryzys na początku lat 90., z pewnością nie należał do łatwych. Kultowy status zespołu, wysokie oczekiwania publiczności oraz nowa rzeczywistość sprawiały, że nie mógł to być zwykły powrót do świata żywych. Poprzeczka wisiała naprawdę wysoko. Dzisiejsza, ponad dwudziestoletnia perspektywa, pozwala chłodnym okiem przyjrzeć się tamtej sytuacji.
Kultowy status zespołu to nie było coś, co spędzałoby sen z powiek Brylewskiemu i Lipińskiemu. Materiał szykowany na płytę "Cosmopolis" pod względem artystycznym nie ustępował temu, który znalazł się na "Czarnej Brygadzie". Problemem mogło być nastawienie publiczności. Oczekiwania jakie niósł ten powrót były naprawdę wielkie. Inny moment dziejowy sprawił, że wizja zespołu rozminęła się z tym na co czekali słuchacze pamiętający poprzednie wcielenie Brygady Kryzys. Problemem była też nowa rzeczywistość i chyba niechęć do przystosowania się przez zespół do kapitalistycznych realiów. Lata 1991-1994 to konsekwentne zwalnianie tempa, które doprowadziło do trwającej dziewięć lat hibernacji. Dodatkowo Brylewski w tamtym czasie powoli domykał większość swoich projektów. Pisałem o tym szerzej w recenzji Falarka [link].
Brygada Kryzys lat 90 to nie tylko "Cosmopolis". Było coś jeszcze."Live In Remont 93" to dziwna płyta. Powstała właściwie przez przypadek. I taką egzystencją przypadku trwa po dziś dzień. Trochę szkoda, gdyż zasługuje na znacznie więcej. Co prawda jest to wydawnictwo tak marginalne, że niewiele osób o nim pamięta. Wydaje się, że nawet sam zespół również o nim zapomniał. Bo o ile cykliczną imprezę Stanik czasem ktoś wspomni (organizowana w latach 92-94 dokładnie 13 grudnia miała młodzieży przypominać o stanie wojennym), o tyle "Live In Remont 93" jest marginesem tego marginesu. Teoretycznie nie powinno to dziwić, praktycznie jednak zastanawia. Dlaczego? Bo Brygada Kryzys tamtej nocy grała z niesłychaną mocą i artystycznie wygrała wszystko, co można wygrać.
Autentyzm, energia, radość grania. Zespół nie odgrywa materiału studyjnego, bawi go improwizacja, pojawiają się eksperymenty z aranżacjami. Dzięki niesamowitemu wstępowi "Ganja" wydłuża się do ponad sześciu minut, "Nie ma nic" zostaje podane w wersji reggae’owej, "Subway Train" i kilka innych utworów jest cudownie sflangerowanych. Gdzieś w tle "Nie daj się" pojawia się wokaliza Brylewskiego zaczerpnięta z płyty "Tehno Terror" Maxa i Kelnera. Całość ubarwiają śpiewy Vivianny Quarcoo. Właściwie każdy utwór należałoby tutaj wymienić, bo zespół nie odpuszcza nawet na chwilę. Cudownie naoliwiona maszynka koncertowa, gdzie wszystko ma swoje miejsce, ale odpowiedni luz sprawia, że nic nie wydaje się zaprogramowane. Dodatkowo zwraca uwagę produkcja, bardzo przestrzenna i oddająca naturalny sceniczny sound.
Niestety wydawnictwo to tylko urywek tamtego koncertu. Całość trwa sporo poniżej 40 minut, a przecież wiadomo, że zespół dał wtedy o wiele dłuższy koncert. I tutaj można zapytać: a może tak wydać ten materiał na płycie kompaktowej i uzupełnić o resztę utworów wykonanych tego wieczora? A może podwójny winyl? A jeśli nie płyta, to może chociaż wersja cyfrowa? Jeśli się pojawi, zmieniam notę na komplet gwiazdek.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jedna z najlepszych polskich koncertówek.
2. Najgorszy moment: Chcę wszystko, a nie tylko 37 minut.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Koncert powinien przypominać stan wojenny, Jaruzelskiego, pacyfikacje, koksowniki, czas apokalpsy. A mnie przypomina tylko to, jak wielki zespołem była Brygada Kryzys.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: ciągłego słuchania. Potrafię słuchać tego albumu przez kilka dni bez przerwy bez żadnego znudzenia.
6. Ciekawostka: 1. Kiedyś przygotowywałem materiał o zespole The Fotoness. Podczas rozmowy z Tomkiem Lipińskim zapytałem go o losy tej płyty. Marginalność tego wydawnictwa sprawiła, że artysta o nim nie pamiętał. Te cztery milowe recenzje mają na celu przywrócić, a właściwie wprowadzić to wydawnictwo do powszechnej świadomości. 2. Nagrania z tej płyty zostały zmiksowane przez Marka Grzesika, tragicznie zmarłego przyjaciela zespołu. Zespół postanowił je wydać na kasecie w 1996 roku. Całość firmowało studio Gold Rock.
7. Na dokładkę okładka: skromna w środkach bardziej kojarzy się z ascetyczną "Czarną Brygadą" niż breugleowskim "Cosmopolis".

środa, 1 stycznia 2014

69. Azbest: 2013

Niezły rok, choć nie aż tak dobry jak 2012. Ale dożyłem do sylwestra więc nie będę marudził. Bez dalszych zbędnych wstępów - poniżej lista 10 ubiegłorocznych płyt, które najbardziej przypadły mi do gustu.

Agnes Obel "Aventine"
Agnes Obel - Aventine
Już "Philharmonic" - jej debiut sprzed trzech lat był obiecujący (i nie pisze tak ze względu na jej wersję "Close Watch" Johna Cale). Przemyślana, spójna płyta wypełniona nastrojowymi, urzekającymi lekkością piosenki. Jestem na 3xTAK.

Clutch "Earth Rocker"
Clutch - Earth Rocker
A to już zupełnie inna bajeczka. Zero subtelności i nastrojowości. Ma być CZAD! Energetyczny, żywiołowy rock. Homme od lat nie jest w stanie nagrać tak dobrej płyty.

Ampacity "Encounter One"
 Ampacity - Encounter One
Kosmiczny stoner rock... Zaraz, czy myśmy już o nich nie pisali? http://67mil.blogspot.com/search/label/Ampacity. Debiut roku.

Shofar "Ha - Huncvot" / Mikołaj Trzaska "Gra Różę"
Shofar - Ha - Huncvot Mikołaj Trzaska - Gra Różę
Mikołaj Trzaska na dwa baty. Z jednej strony drugi album Shofar - bardziej dopracowany, ciekawszy, ale również przystępniejszy i bardziej porywający (choć i tak nie oddający w pełni tego do czego grupa zdolna jest na żywo). Z drugiej strony zapis Offowego koncertu z muzyką do wiadomego filmu Smarzowskiego zagrana przez bardziej tradycyjny skład. Mikołaj w dwóch różnych odsłonach i za każdym razem się sprawdza.

Chance the Rapper "Acid Rap"
 Chance the Rapper - Acid Rap
Niezwykły przypadek - wydawnictwo udostępnione przez autora wyłącznie w sieci, znalazło się na liście najlepiej sprzedających się płyt... Nie, to nie magia. Otóż jakiś spryciarz nagrał to na płyty i sprzedawał (bez wiedzy i zgody itd.). "There is no business like show business". A sam materiał fajny - psychodeliczny hip hop.

Run the Jewels "Run the Jewels"
Run the Jewels - Run the Jewels
EL-P i Killer Mike uderzają raz jeszcze - tym razem pod szyldem "Run the Jewels". Przyjemny hip-hop bez wiochy za to z niezłym pierdolnięciem. No i jest za DARMO. Tak jakby ktoś jeszcze kupował płyty.

Melvins "Everybody Loves Sausages"
Melvins - Everybody Loves Sausages
Zazwyczaj album z coverami to krzyk rozpaczy zespołu gdy weny brak ("Grip Inc."), choć nie zawsze ("Undisputted Attitude", bitches!). Akurat Melvins trudno posądzać o brak pomysłów, co udowodnili tą płytą. Buzz z ekipą (i hordą gości) nagrali album zróżnicowany nie tylko muzycznie, ale również pod pod względem doboru utworów. I zrobili to z dużą dozą poczucia humoru.

Savages "Silence Yourself"
Savages - Silence Yourself
Rasowy post-punk, co paradoksalnie jest również piętą achillesową tej płyty. Gdyby ukazała się ćwierć wieku temu - klasyk itd. Dziś - słyszeliśmy to już tyle razy i znamy na pamięć. A jak może nie podobac sie rasowy post-punk, który znamy na pamięć?

Death Grips - Government Plates
Death Grips - Government Plates
Death Grips dalej uprawiają muzyczną partyzantkę - płyta wyszła cichaczem i jak zwykle nie bierze jeńców. Chyba ich najtrudniejsze wydawnictwo, ale bez przesady. Kto ich zna ten ich zna. I ich zna.




Więcej:
https://rateyourmusic.com/collection/azbest23/strm_relyear,ss.rd/2013/1

69. Pippin: 2013



Jakoś tak głupio marudzić kolejny rok z rzędu, że niewiele ciekawego, że i tak prawie nic nie słyszałem, a jak już słyszałem, to wrażenia były takie sobie. Jeszcze mnie Naczelny z bloga wyrzuci. Poza tym tak źle przecież nie było. Poniżej moja dziesiątka płyt 2013 roku. Bez zbędnych komentarzy. Miłej lektury, dzięki, że byliście z nami w tym roku i wszystkiego dobrego, nie tylko pod kątem wrażeń muzycznych, w 2014!


1. New Model  Army – Between Dog And Wolf

2. Queens Of The Stone Age - … Like Clockwork

3. Chelsea Light Moving

4. Swans – Not Here / Not Now

5. Depeche Mode – Delta Machine

6. Lee Ranaldo And The Dust – Last Night On Earth

7. Nine Inch Nails – Hesitation Marks

8. The National – Trouble Will Find Me

9. Flaming Lips – The Terror

10. Polvo – Siberia

69. Basik: 2013

Tym razem daruję sobie tematy autobiograficzne. Zostawiam je dla siebie poza tym, kogo to obchodzi? Zajmijmy się tym co najważniejsze i najlepsze z wydawnictw 2013 roku cytując Mary z Joe’s Garage Franka Zappy: Information is not knowledge. Knowledge is not wisdom. Wisdom is not truth. Truth is not beauty. Beauty is not love. Love is not music. Music is THE BEST.

1. Nick Cave and The Bad Seeds – Push the Sky Away
O ile kolejność pozostałych pozycji na liście może być przypadkowa, „Push the Sky Away” pozostawia wszystko inne w tyle. Skurwiel zaskoczył mnie, przyłapał in flagranti tak, że nie miałem szansy na ucieczkę. Zapadam się miękko w te dźwięki od pierwszej sekundy. Tyle.

2. Queens of the Stone Age – ...Like Clockwork
Josh Homme śpiewa jak nigdy dotąd. Nie chodzi mi tylko o lepszy warsztat muzyczny. W jego głosie słychać ekstremalne natężenie emocji. Tak właśnie odkryłem, że to bardzo smutna płyta i odkryłem, że na mnie to działa. Finał płyty w postaci „I Appear Missing” i utworu tytułowego (jakby Neil Young czuwał nad nim) po prostu obdziera ze skóry.

3. Depeche Mode - Delta Machine
Nie spodziewałem się, że podniosą się z desek i będą w stanie nagrać coś przyzwoitego. Dostałem coś więcej. Płytę nasycona mroczną atmosferą ze świetnymi wciągającymi aranżacjami, brzmieniem syntezującym historię DM, wpadającymi w ucho melodiami i – przede wszystkim – pełnym ognia głosem Gahana i doskonałymi tekstami.

4. Melt Yourself Down - Melt Yourself Down
Gorąca, taneczna, uzależniająca. Bomba eksplodująca czystym, nieustającym groovem. Afrykański jazz i afrobeat przefiltrowany przez muzykę klubową graną na żywca. Cudo!

5. Tomasz Stańko New York Quartet - Wisława
Stańko w zdecydowanie ciemnych, nocnych odcieniach. Niespiesznie rozwijające się kompozycje, dużo przestrzeni i powietrza pozwalają na głęboki oddech i swobodę wyobraźni. Siłę obecnego kwartetu Stańki jak i hipnotyzującą moc tego materiału potwierdzają dobitnie koncerty.

6. Fire! Orchestra - Exit!

Wirujący wokół statycznych pochodów basowych świat Fire! poszerza się o całą masę instrumentalistów pod batutą Matsa Gustafsona. Ilość idzie tu w parze z jakością i ciężko wyrwać się ze szponów tej zwariowanej muzyki.

7. Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine - White People and the Damage Done
Cios w ryj, kop w jaja i leżysz a nad tobą wisi ironiczny uśmiech Jello Biafry. Płyta pełna wściekłych antykorporacyjnych przebojów w nawiązaniu do najlepszych czasów Dead Kennedys. Jak ich nie lubić?

8. Monster Magnet - Last Patrol
Hawkwindowe repetycje, odległe kosmiczne plany, psychodeliczne pogłosy i spory potencjał przebojowy. Monster Magnet wraca do korzeni z najlepszą płytą po latach.

9. Clutch - Earth Rocker
Spośród miliarda zespołów inspirujących się stoner rockiem czy southernowym rockowym łojeniem tylko temu udało się nagrać rzecz wymykającą się kliszy pretensjonalnych brodatych amatorów Jacka Danielsa i kaktusów. Dosłownie każdy utwór to prawdziwe songwriterskie mistrzostwo pełne smaczków jak np. perkusyjny break w „D.C. Sound Attack” czy pulsujący finał „The Wolf Man Kindly Requests...”.

10. Meat Puppets - Rat Farm / The Presidents of the United States of America - Get Back in the Van
Lata 90. Najlepsze. Umieszczam „Rat Farm” na jednej pozycji z koncertowa epką „Get back In the Van”, bo słuchałem ich w kółko i na przemian (głównie w samochodzie, jak ktoś miał okazję ze mną jeździć to wie o co chodzi) tak, że zlały mi się w jeden album. Mocno subiektywna podróż sentymentalną.

To oczywiście nie koniec. Wybranie jedyne dziesiątki najlepszych i ulubionych wydawnictw spośród całej masy przesłuchanych albumów jest po pierwsze trudne i niesprawiedliwe. Dlatego pośród rzeczy, które mogłyby trafić do tego podsumowania na pewno wspomnę tu wywołujacą ciarki, piękną „Between Dog And Wolf” New Model Army i odwrotnie proporcjonalne – posępne „The Gethsemane Option” The Legendary Pink Dots (tak, oni cały czas nagrywają). Pomiędzy jednym i drugim atmosferę rozluźniły mi świry z Oblivians z popapraną płytą „Desperation” a potem niezwykle eklektyczny Chrome Hoof. Trzeba wspomnieć udane powroty na scenę przypieczętowane długograjem: Mazzy Star (Hope Sandoval – ach, ach, ach!) oraz Sebadoh. McCartney powrócił dwukrotnie, ze swoją nową płytą solową oraz jako jeden z wielu gości na doskonałym Sound City: Real to Reel Grohla. Apetyt na nową płytę Swans zaostrzył kompilacyjny „Not Here / Not Now” z namiastką premierowego materiału (pychota!). W kategorii soundtrack do biegania nad Wisłą stało się na długi czas „Something Else for Everybody” Devo. A przecież był jeszcze Ampacity, jeszcze koncertowa Brygada Kryzys, jeszcze nowe Świetliki… już nie mogę doczekać się przyszłego roku! Przebieram nogami. Do zobaczenia!

69. pilot kameleon: 2013

Było jak było. Chyba mniej entuzjastycznie niż w ubiegłym roku. Pod każdym względem. Zabrakło dziejówki na miarę "The Seer", choć skłamałbym, gdybym powiedział, że trzynastka pod względem muzycznym była pechowa. Tak wygląda moja dycha oraz ukryty na końcu ogonek.

1-2. Depeche Mode, Delta Machine
Teoretycznie nie czekałem. Byłem zimny i obojetny. Ale chwyciłem bakcyla, chwyciłem doskonałe piosenki, jakich nie było u nich od dwudziestu lat, chwyciłem soczysty sound i zostałem przeczołgany kilkadziesiąt razy. Dziś już nie słucha się płyt kilkadziesiąt razy, dziś nie kupuje się płyt, dziś wyrokuje się po zajawce. Nic w tym złego, sam to robię. Jestem depeszem. W końcu.

1-2. Nick Cave & The Bad Seeds, Push The Sky Away
Szarpnęliśmy się na milę z wujkiem Mikołajem. Wiele się od tego czasu zmieniło. Mikołaj dojrzewa na membranie, podskórnie się czai, wchodzi, przenika. Stonowany, nerwowy, głęboki. Wszystko dzieje się powoli, dorasta. Ta płyta będzie pęcznieć jeszcze wiele lat.

3. Fire! Orchestra, Exit
To się nie działo. Tego nie miało być. A wynużyła się potężna, rozbudowana historia z saksofonami, postpunkowym basem, szaloną perkusją. Mats objawił się bardzo potężnie i aż dwa razy zaprosił mnie na swoje koncertowe uczty. To dużo. W tym miejscu trzeba również wspomnieć o nieco skromniejszym (Without Noticing). Też jazda obowiązkowa.

4. The Flaming Lips, The Terror 
Narkotyki wracają. W najlepszym stylu. Tak wielkiego odlotu, który byłby tak fascynujący i całkowicie słuchalny to ja proszę Państwa nie zanotowałem od bardzo dawna. The Terror to powiew psychodelicji spowitej najmocniejszym towarem jaki można dostać na rynku. Najlepsze.

5. Boards of Canada, Tomorrow's Harvest
Ten album przegrywa z wieloma tegorocznymi płytami, dla których zabrakło miejsca na tej liście. Obiektywnie. Natomiast Tomorrow's Harvest z pewnością był jedną z najbardziej kulanych przeze mnie płyt ostatnich dwunastu miesięcy. Całe lato grali, sami się włączali, kazali mi się słuchać, pozwalali wnikać, pozwalali na odsłuchy niezobowiązujące. Każde. Dlatego należy się.

6. Queens Of The Stone Age, ... Like Clockwork
J.H. kazał długo czekać na swoje kolejne dzieło. Dobrze. Dzieło niezbyt obszerne. Dobrze. Dzieło najlepsze od kilku lat. Dobrze. 

7. Polvo, Siberia
Tutaj ukrył się mój tegoroczny hit. Tak. Prosty, ładny, wdzięczący, niezobowiązujący, melancholijny, gitarowy. Cała płyta jest nieco inna. Ale tylko trochę.

8. Tomahawk, Oddfellows
Tak, zdaję sobię sprawę z tego, że Patton jest passe... Wszystko jest już kurwa passe, wszystko jest niemodne, wszystko jest do dupy. Takie piosenki też są do dupy. Jak mnie to mało obchodzi...

9. UL/KR, Ament
Wąsy, pretensjonalność, wszystkie podsumowania teogroczne. Moje też. Dziwnie mi się skojarzyli, z Rogalowem Za Siódmą Górą. Podobne wibracje odczuwam. Kierunek: naiwność. Słuszny, bo mało takich historii jest ostatnio w dźwięku.

10. Budzy i Trupia Czaszka, Mor
Gdy milczy Armia każda inna aktywność Budzyńskiego cieszy. To jednak nie jest tak, że na bezrybiu i rak ryba. To nie jest tak, że mam słabość do jego twórczości. To jest tak, że chyba to najbardziej przyładowana fuzzem płyta jaka pojawiła się w Polsce w tym roku. Wrrrrrr.....

Trzeba wspomnieć o kilku rzeczach, które się nie zmieściły, a przecież na lajcie mogłyby być w tej dyszce. Uhonorować trzeba nowe Gorguts, Primitive Man i Nails, nie można zapomieć o świetnym Primal Scream, obłędnym New Model Army i wybornym Pere Ubu. Był też znakomity Jon Hopkins i sporo obiecująca rozbiegówka Swans. A z koncertów? Najbardziej zniszczył wszystko Shofar. Odstawił wszystkich na sto kilometrów. Czyli trochę tego było, trochę fajności również, dobrze jednak, że się skończyło. Nie było za to Bonda. Bond musi być. Bez niego nic nie ma sensu. Żegnam.