niedziela, 21 czerwca 2015

95. pilot kameleon: Nobody Sings Dylan Like Dylan

Granie kowerów to buła z masłem i suchą krakowską. Wiadomo. Ale zagrać to tak, żeby, przeróbka stała się dziełem samym w sobie? To już grubsza sprawa. W związku z tym wyłuskuję dziesięć przeróbek, które szarpią mnie za uszy. Nie że przypadkowe, ale jak wiecie w dyszce mieści się tylko dyszka.

Jello Biafra & D.O.A. - We Gotta Get Out Of This Place (Last Scream Of The Missing Neighbors, 1991)
Trochę dziwny wybór Żelka i Dioejowców. Lekki "archaik" od The Animals. Dziwny, jeśli obcujemy z nim na papierze. Na płycie sprawdza się świetnie, bo nie dość, że paliwo zrobiło się wysokooktanowe, to genialnie rozdziela czady od finalnego molocha. Świetny zabieg. A w sumie, to posłuchajcie całej płyty. Nie wiem, czy nie najlepsza rzecz z katalogu Jello.

Dylanowsko-hendrixowa historia. Była grana już w 1981 roku, ale w wersji płytowej zmaterializowała się dopiero w kolejnej dekadzie, by przy wznowieniu płyty kilka lat później znów wypaść z rozpiski. Świetny klimat, w którym duch oryginału miesza się z silnym piętnem interpretatorów. 

Kryzys - Złodziej ognia (Kryzys, 1981)
Jak to szybko do Polski przywędrowało. Na genialnym Y The Pop Group przyrządziło genialne danie o wspaniałym smaku. Okazało się, że można to zrobić po naszemu, bez żadnej straty. Co więcej, okazało się, że temat nie został wyzyskany, o czym świadczy powrót do tego kawałka przy okazji płyty Świat Czarownic. I tutaj nie ma już mowy o jakimkolwiek kowerowaniu.

Kury - When The Music's Over (Na żywo w Pstrągu, 1999)
Kury w najlepszym odlocie w nieznane biorą na warsztat kawałek The Doors i lecą w kosmos. Jeden, drugi i trzeci. Nie ma na YT, więc nie podlinkuję. A rzecz należy do wagi super ciężkiej.

Raphael Rogiński - Lonnie's Lament (Raphael Rogiński plays John Coltrane and Langston Hughes African Mystic Music, 2015)
Najświeższa rzecz w całym zestawieniu. Porwać się na dorobek Coltrane'a z gitarą? Tylko on mógł to zrobić.

Znów Dylan. Po latach Stones postanawiają zderzyć się z oczywistym klasykiem. I robią to w taki sposób, że jest lepiej. Do tego robią kwaśny ćpuński klip. Jednak trzeba grzać, nie ma wyjścia.

Najlepsza płyta z przeróbkami na świecie. Kilkanaście przerobionych czadów, z których każdy kopie jak potężna bombka atomowa. Slayer nie nagrał lepszej płyty. Sorka...

Patti Smith - Hey Joe (Hey Joe (Version) / Piss Factory, 1974)
Tutaj mamy mieszankę tradycji z Heńkiem. Patti Smith połozyła akcent na inne elementy niż miszcz gitary. Nieco bliżej stąd do wersji, którą popełnił Nick Cave & The Bad Seeds. W sumie to szkoda, że ta wersja nie wskoczyła na Horses.

Ścianka - Tomorrow Never Knows (Sława, 2001)
Sztos! Dograć to, czego nie dograli The Beatles na Revolverze. I zabić wszystkich.

Świetliki - Pies (Cacy cacy fleishmachine, 1996)
Poezja śpiewana. Zadany temat muzyczny i autorski tekst. Bardzo topornie. Tak topornie, jak w oryginale.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza