poniedziałek, 10 marca 2014

71. Pippin: 5x500


Arcade Fire - Her
Ocena: * *

W filmie jakoś się sprawdzało – istnieje wszak teoria, że muzyka filmowa jest najlepsza, gdy widzowi wydaje się, że jej nie słyszy. Cóż, mi nawet się nie wydaje, ja muzyki ilustracyjnej w filmie autentycznie nie słyszę, przechodzi zazwyczaj obok mnie. Niemniej, skoro film był wcale niezły, choć ckliwy, to pewnie i muzyka dawała radę. A bez filmu rady nie daje. Nudne toto, monotonne i jednostajne plumkanie. Coś jak, wiecie, słuchanie płyt ze śpiewami wielorybów lub szumem traw. A może takiej muzyki słuchała po prostu Samantha o głosie Scarlett Johansson?




Have a Nice Life - The Unnatural World
Ocena: * * * 3/4

Zaczęło się kapitalnie. Shoegaze zgrabnie ożeniony z postpunkiem, gdy wydawałoby się, że shoegaze dawno przepadł i jedynie My Bloody Valentine ma prawo się po latach odzywać, w pierwszych dwóch-trzech kawałkach naprawdę mnie ujął („Defenestration Song”!!!). Jakieś nawiązania do industrialu, nowej fali – nie mam pytań. Dalej jest trochę gorzej, płytka grzęźnie i trochę się gubi, ale ogólne wrażenie pozytywne. A na youtube można znaleźć całkiem oryginalny filmik jako ilustrację całości. Co ciekawe, jest to dopiero druga płyta zespołu i czekano na nią 6 lat.




Jacaszek - Pieśni
Ocena: * * *

Oczekiwania były niemałe i, przynajmniej u mnie, płyta im nie sprostała. Potencjału Jacaszkowi nikt nie odmawia, ale tu poszedł chyba zbyt zachowawczo. Jasne, staropolskie monumentalne pieśni kościelne raczej sugerują poważne potraktowanie, a nie przerabianie ich na skoczne polki, niemniej większość materiału potraktowano zbyt jednostajnie i jednolicie – instrumentalne wersje, dużo długich, stojących niskich dźwięków, a do kompletu smyczki. Jedynie „Bogurodzica” wyróżnia się potęgą i odmiennością – mocno wydłużona, z wokalem, potrafi zahipnotyzować.



Kriegsmaschine - Enemy Of Man
Ocena: * * * 1/2
 

Ej, nie było źle! Kilka już razy zżymałem się tu na blackmetalowców i Koledzy pewnie myśleli, że robią mi kolejny wątpliwej jakości dowcip, tymczasem zmogłem bez problemu i z niemałym uznaniem. Ta przystępność to zasługa głównie wokalu – nie był to może czysty śpiew ani nawet Slayerowy krzyk, ale też był to występ daleki od syków i potępieńczych jęków. A czysto muzycznie jest wcale na poziomie – ani to piekło na ziemi, ani epatowanie wstrętem i brzydotą. Porządny, mocny metal. Tekstów nie badałem, może i dobrze.


Sun Kil Moon – Benji
Ocena: * * *



Spokojny folkrock z akustyczną gitarą i fortepianem jest dobry zazwyczaj wtedy, gdy nie ma go zbyt wiele. Takoż i w tym przypadku odchudzenie by płycie nie zaszkodziło, ale tragedii na pewno nie ma. Jest ciepła melancholia, piosenki o mamie, tacie, Led Zeppelin, ale też i o szkolnej strzelaninie w Newtown. Red House Painters było lepsze, ale kolega Kozelek ma jeszcze niejeden pomysł i nawet w folkowym smęceniu ma do zaoferowania niemało i uroku odmówić mu nie można. A, jeszcze jedno – na perkusji Steve Shelley!
 

Kwestionariusz:
Najlepszy moment: Defenestration Song.
Najgorszy moment: „Her” bez filmu.
Ciekawostka: w okładkowych informacjach na płycie Have A Nice Life jako personel widnieją wyłącznie dwie osoby, w następujących rolach: performance, writing.
Na dokładkę okładka: Niepokój „The Unnatural World” zapamiętam na długo.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza