niedziela, 31 sierpnia 2014

80. Azbest: The Jesus Lizard "Down"

The Jesus Lizard - Down
****

The Jesus Lizard – jeden z klasyków noise rocka. Wieki temu, nim Internet uczynił znalezienie muzyki banalnie łatwym, nazwa ta rozpalała moją wyobraźnię. Ileż się człowiek naczytał o tych dzikich płytach i szalonych koncertach. I gdy ich w końcu usłyszałem, choć byłem urzeczony, to nieco rozminęli się z moimi wyobrażeniami.
Posłuchajmy na przykład „Down” - czwartej płyty chicagowskiego kwartetu. Widząc ten „noise” w etykietce nierozerwalnie złączonej z zespołem, można oczekiwać jakiegoś bezwładnego, łomoczącego jazgotu. A tu myk... Granie porywające i porażająco wręcz energetyczne, ale zarazem doskonale przemyślane. I nie powinno to dziwić przy takim składzie. Duane Denison to jeden z najbardziej utalentowanych i oryginalnych gitarzystów epoki, a sekcja rytmiczna Sims/McNeilly jest najlepszą od czasów gdy Bonham udławił się rzygiem. Własnym.
Zaraz, nie zapomniałem aby o kimś? Taaak... David Yow z upodobaniem kreuje na scenie swój wizerunek ostrego pokurwieńca (ale bez przesady - trzeba pamiętać, że był jeszcze ktoś taki jak GG Allin). To całe opętańcze miotanie się półnago, w pijackim szale po scenie. I opowiadanie historyjek jak to nagrywał wokale tak naprany, że na drugi dzień nic nie pamiętał. Tymczasem w wywiadach wychodzi z niego rozsądny gość – inteligentny i w dodatku diabelnie zabawny.
Jego teksty na pozór stanowią jakieś maniakalne strumienie świadomości. Przerażający monolog świrusa wałęsającego się zaułkami w poszukiwaniu bezbronnej ofiary („Pies sąsiada mi kazał! Pies sąsiada  mi kazał!”). Ale jeśli bliżej im się przyjrzeć, odkryjemy w nich prawdziwe perełki. "No cat would ever do that. Matter of fact, no self-respecting monkey would", „Be content with a less than spicy lifestyle” albo „Just when you're about to learn to smile again, I'm going to be the one to teach you how to cry”. A coś takiego - "You look like a chicken in flight. Think I'll kick Foreman's ass. On my own" – niczym jakieś pojechane haiku. Choć niełatwo to docenić bo jego głos jest solidnie zagrzebany pod muzyką. Dzięki temu brzmi jak dochodzące z piwnicy potępieńcze wycie członka rodziny, którym nie chcemy się chwalić. 
Ale to już taka ichnia tradycja, choć może dziwić, że nie zmienili tego wraz z resztą brzmienia. A trochę przy nim majstrowali. Zasadniczo to samo, ale nie jest już tak kostropato. Powygładzali różne nierówności, ale bez przesady - za konsoletą wciąż Steve Albini, nie Bob Rock. Tym razem jednak zespół miał sporo własnych sugestii. Co mieli na myśli, możemy się tylko domyślać, ale trzeba pamiętać, że był to rok 1994 i pokusa mogła być dużo. No i w rok później podpisali kontrakt z koncernem.
Odłóżmy jednak na bok niedorobione teorie spiskowe i złośliwości. „Down” nie jest może tak imponujący jak „Goat czy „Liar”, ale to solidna płyta, diabelnie solidna. Lekkie odświeżenie brzmienia w najmniejszym stopniu nie zaszkodziło zespołowi. Porządna porcja żywiołowego grania w dobrym gatunku.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
Udało mi się napisać tekst o The Jesus Lizard bez wyciągania zalatującej "Faktem" ciekawostki, że Yow lubił wymachiwać w czasie koncertów fujarą.
2. Najgorszy moment: Prawie udało...
3. Analogia z innymi element kultury: Historia z "Fly On the Wall" mogłaby być prequelem "Przemiany" Kafki.
4. Skojarzenia muzyczne: w "Destroy Before Reading" pobrzmiewa mi „Sex Bomb” Flipper.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Napiłbym się.
6. Ciekawostka: Denison i Kimball (późniejszy perkusista JL) nagrali płytę z Kenem Vandermarkiem – "Neutrons".
7. Na dokładkę okładka: Spadający pies? Bez sensu. Gdyby słoń lub nosorożec - to by było coś!

80. Pippin: Jesus Lizard, Down












Ocena: * * * ¾

Przyznam się bez bicia – jakoś tak się uchowałem, że przez te dobre dwadzieścia lat Jesus Lizard znałem głównie z nazwy. Znaczy coś tam słyszałem - „Liar” i „Goat” może nawet kiedyś przypadkiem i w całości, ale mówić o choćby pobieżnej znajomości nie ma co. Nawet myślałem, że ich nazwa ma w sobie spory ładunek prowokacji, a tu się okazuje że proszę – może nawet i ma, ale wzięli ją od poczciwego basiliscus plumifrons. Tym samym „Down” można uznać za pierwszy mój porządny kontakt z kapelą. I jak?
A dziękuję, dobrze. Zwolennicy gitarowego hałasu powinni być więcej niż usatysfakcjonowani. Chociaż w pierwszej chwili słychać nie gitarę, lecz sekcję rytmiczną. Przede wszystkim ten bas – pierwsze skojarzenie: Faith No More. Bardzo podobne brzmienie. A gdzie bym ulokował gitarę? Przede wszystkim w okolicach dwóch kapel z czernią w nazwie – Black Flag i Big Black. I ci drudzy nie powinni dziwić, za dźwięk na wszystkich najważniejszych płytach Jesus Lizard odpowiada bowiem sam Steve Albini i właściwie ta informacja powinna już wystarczyć do pobieżnego wyobrażenia sobie muzyki na „Down”. Głośno, ostro, wściekle, ale też ze sporym ładunkiem luzu i... Chciałoby się napisać „melodyjności”, niestety się nie da. O ile w zamyśle kawałki może i są swoiście melodyjne, o tyle zamysł ów w zarodku zabija David Yow. Nie jest złym wokalistą, o nie – natomiast ma specyficzny styl podawania tekstu, ni to bełkot, ni to krzyk, ni to (w ostatniej kolejności) śpiew. Na własne potrzeby uznam, że patent ów powinien nazywać się identycznie, jak nazwisko śpiewaka, ono mówi nam wszystko.
Cieszę się zatem, że się z muzyką Jesus Lizard wreszcie bliżej zapoznałem. I pewnie prędko (ponownie?) sięgnę po, słynniejsze i uważane za lepsze, „Liar” i „Goat”. Jak to kiedyś krzyczał Malejonek: Więcej nojzu!


Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
The Associate.
2. Najgorszy moment: Dlaczego nie słuchałem ich w ogólniaku?
3. Analogia z innymi elementami kultury: „Fly on the Wall” to też płyta AC/DC i to raczej słaba.
4. Skojarzenia muzyczne: Złote lata amerykańskiego hardcore.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Do usypiania dziecka nie pasuje, sprawdziłem.
6. Ciekawostka: Pięć dni temu płycie stuknęła okrągła dwudziestka.
7. Na dokładkę okładka: Pies to częsty motyw na okładce rockowej płyty. Ten ma przynajmniej wszystkie nogi.





80. pilot kameleon: Jesus Lizard, Down


****1/4

Chodzi po wodzie. Zostawia na niej piękne ślady. Finezyjny zwierzak, choć brzydal. Podobnie jest z zespołem. Bo z jednej strony srogo cisną w instrumenty, ale jest w tym naprawdę sporo powietrza, finezji i luzu. Łatwo w tej noise'owej stylistyce zatracić się w swojej zajebistości. Jesusowi nigdy się to nie zdarzyło, dlatego po szacunek wsze czasy ma zapewniony.
Wydany w 1994 roku "Down" w pewien sposób wieńczy klasyczny dorobek zespołu. W mojej głowie jest finałem trylogii, która rozpoczęła się na "Goat" i była kontynuowana na "Liar". Tutaj się dopełnia. Czym różną się te albumy? Na "Down" zespół okiełznał nieco brzmienie i fragmentami uspokoił kompozycje. Pomimo ciągłego szaleństwa jest tu nieco więcej spokoju. A reszta to nadal świetne, skondensowane kompozycje oparte na genialnej pracy bębniarza, basisty, gitarzysty i wokalisty. No dobra, tak można napisać o każdym zespole. Jednak zazwyczaj wszyscy ciągną w kierunku kondensacji soundu. Jesus robi to inaczej. W ich muzyce widać wspaniałe prześwity, genialne luzy, które sprawiają, że choć napierdalają równo, to jednak nie przytłaczają słuchacza ścianą dźwięku. Jest genialna przestrzeń, która niesie ich kawałki w nowy wymiar. Wiadomo, że w zwycięzkiej drużynie nie należy nikogo typować, ale nie mogę nie napisać kilku słów o Duane Denisonie. We wkładce wyraźnie stoi, na tej płycie DD "play guitar pretty good". Sama prawda. Koleś właściwie nie stosuje żadnych upiększaczy, zagęszczaczy, czy innych zbędnych w takiej muzyce efektów. Wszystko co wychodzi z jego palców wpada nam do ucha. Odkręcamy głośność we wzmaku na pozycję 11 i jedziemy. Denison to z pewnością znalazłby się na liście moich ulubionych wiosłowych. No ale wiadomo, że nic nie ruszy bez silnika, którym jest sekcja. Znów wzorzec. Piękne partie basu gruntowane bębnami. Zero zbędnych akrobacji i popisów. A wisienką na torcie są bełkoczące wokalizy Davida Yow. Krzyczy, mówi, wrzeszczy. A robi to tak, jak nikt inny na świecie.
Niby prosty ten noise, ale w sumie to wyróżnić się czymkolwiek niezwykle trudno. Kilku formacjom jednak się udało. A Jesus Lizard jest gdzieś w rejonach szczytu. A co? Może nie?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Ten album tylko odrobinę ustępuje płytom "Goat" i "Liar". I to chyba tylko tym, że tamte wydawnictwa są wcześniejsze.
2. Najgorszy moment: Po tej płycie, choć nigdy wtop nie było, ciśnienie lekko w ich dorobku siada.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Pierwsza połowa lat 90. Amphetamine Reptile? Touch & Go? Wiele dobra tam powstawało.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Studiowania zależności dźwiękowych pomiędzy perkusją, basem, gitarą i głosem.
6. Ciekawostka: Dostałem kiedyś od kolesia cztery oryginały Jesus Lizard. A prócz tego jeszcze ze dwadzieścia innych płyt z tamtych okolic... Coś w stylu cudu.
7. Na dokładkę okładka: Pies odwrócony. Odwrócony pies.

80. Basik: Jesus Lizard, "Down"

The Jesus Lizard - Down

Ocena: * * * *

Dobrze, że udało się zamieścić niemal po sąsiedzku recenzje Jesus Lizard i Black Flag. Chociaż oba zespoły więcej dzieli niż łączy, interesująco jest się przyjrzeć jak bardzo ewoluował nurt hc (choć bardziej ten z okresu eksperymentalnego Black Flag). Oburzą się pewnie Ci, którzy dobrze wiedzą, że Jaszczurkom bliżej do hałaśliwych, industrialnych Big Black, czy Helmet, ale ja jednak czuje ten wspólny ukryty gen ze składem Rollinsa. Podobna szorstkość, kanciastość, eksperymentalność, nieprzyjemne harmonie i dzikość, choć słychać, że jest to inna muzyczna epoka i osiemdziesiona została w tyle.
Tą właśnie nowoczesność, poza samą warstwą muzyczną pomógł osiągnąć na pierwszych albumach grupy - i po raz ostatni na „Down”- pół-bóg, pół-producent Steve Albini (na kolana, prostaki!). Jak zawsze w przypadku jego autorskich produkcji zastanawiam się czy dany album byłby tak samo dobry gdyby nie przyłożył do tego swojej łapy. Są albumy, które pewnie zostałyby zgruchotane w takim teście jednak „Down” do takich nie należy, czego najlepszym dowodem niech będą wykonania koncertowe tych kawałków.
O „Down” krążą opinie, że Jesus Lizard spuścił z tonu, stępił pazur, co za tym idzie zaliczył spadek formy. Przy tak dzikich i drapieżnych albumach jak poprzednie „Goat” i „Liar” właściwie wszystko wydaje się łagodne i trudno o podobną intensywność. „Down” to nadal cios ze szpica w tzw. torbę, głównie za sprawą miażdżącej swoją potęgą sekcji rytmicznej. To te same bełkotliwe, nieczytelne* nawet dla native speakerów, zwariowane linie wokalne jedynie o włos bardziej „melodyjne”. Oczywiście bez przegięć, MTV i tak by tego nigdy nie puściło. Narzekanie może zacząć się w miejscu, w którym okazuje się, że „Down” to album bardziej różnorodny, złożony i eksperymentalny (np. klawisze, rozbudowany prawie instrumentalny „Low Rider”) - choć bez przesady. Jeden powie, że niespójny, drugi - bogaty. Zależy od człowieka. Tak czy inaczej, Jesus Lizard na „Liar” osiągnął dojrzałość, tutaj idzie jeszcze dalej. Tak jak niepowtarzalny styl gry i brzmienie gitarzysty Duane’a Denisona (mógłbym słuchać tego gościa całymi dniami), który zaczyna powoli dryfować w pozarockowe rejony, które eksplorował w przyszłości z Tomahawkiem.
Pewnie, że nie jest to album tak epicki jak „Liar”, ale gniecie miło i ma ważną cechę poprzednich albumów. Każdy utwór, pomimo zgiełku gitarowego, repetycji i mamrotliwych wokali jest bez problemu rozpoznawalny i nie chce wypaść łatwo z głowy. Słuchałem 600 razy i jeszcze mi się nie znudziło. Odezwę się gdyby miało się to zmienić.


* są ze dwa fragmenty, w których można się połapać jak np. doskonała fraza „You've got skin like porcelain/Like dirty porcelain/Like crusty porcelain/Like restroom porcelain”. Może jednak warto poryć trochę w tych tekstach?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: mordercza trójca - The Associate / Destroy Before Reading (kurwa, ten przesunięty werbel !)/ Low Rider
2. Najgorszy moment: 1994 rok, Boston, koncert w klubie Venus de Milo. Nie było mnie tam.
3. Analogia z innymi element kultury: 
Walk Like a Boss
4. Skojarzenia muzyczne: Big Black, Helmet, Fugazi
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Autobus nocny. Wsiada dwóch idiotów. Jeden jara szluga w środku. Jest ludzkim zerem. Inne ludzkie zera z tyłu autobusu drą pysk coś na temat klubu piłkarskiego. Zaorać ludzi. Zaorać Ziemię.
6. Ciekawostka: Basista David Sims grał ze Stevem Albini w niezłym projekcie Rapeman
7. Na dokładkę okładka: Całe życie myślałem, że to jest ta krowa z Atom Heart Mother. To jest jednak pies.

niedziela, 3 sierpnia 2014

79. Basik: Group Bombino, "Guitars From Agedez Vol.2"




Ocena: * * * *  

Jeśli przestanie istnieć dla mnie nowa muzyka i jeśli nie zostanie nic do odkrycia, położę się i umrę. Jak na razie - nie narzekam, choć kiedyś musi być kres. Nie narzekam, głównie dzięki wielu inspirującym osobom, którzy wciągają gatunki muzyczne, które ja obchodzę bokiem albo takich, o których nie słyszałem w ogóle. Gdyby nie oni (dziękuję, A.) pewnie nie poznałbym Group Bombino ani i wielu innych wykonawców z Afryki (a z tych rejonów znany był mi jedynie Fela Kuti, ale jego zna przecież każdy). I tak pewnego dnia dałem się wciągnąć w Tishoumaren, Kadongo Kamu, Mande, Mbalax, Highlife… i mnóstwo innych sub-gatunków muzycznych, których na tym mulitikulturowym kontynencie jest przynamniej tyle, co języków, religii i krwawych wojen razem wziętych. 
W przypadku Omary „Bombino” Moctara, ucho przyzwyczajone do zachodnioeuropejskich czy amerykańskich dźwięków doznaje przyjemnego zaskoczenia. Na hasło „desert rock” pierwsze myśli nie biegną już w stronę w stronę Kyuss. Pustynny rock a właściwie blues nomadów z Group Bombino w odróżnieniu od ciężkiego i narkotycznego klimatu stonerowców z kalifornijskich pustyń jest niezwykle lekki i przestrzenny. Podobnie cechuje go hipnotyczny rytm i repetycje gitarowe, ale w odmianie delikatnej i ciepłej psychodelii. Pustynny blues Tuaregów płynie i osuwa się w senną atmosferę. Druga część płyty „Guitars From Agadez, vol.2” wyrywa z medytacji i przynosi „elektryczne” wcielenie zespołu. Bardziej surowe, szorstkie (chciałoby się powiedzieć „garażowe” ale tam raczej trudno o garaż) niczym pustynna odmianna krautrocka, nie traci na transowości. 
Rozdział "elektryczny" płyty dosadniej odzwierciedla tytuł albumu, z uwagi na większe nasycenie gitarowym zgiełkiem. Fender stratocaster to oczywiście nie jest rdzenny instrument nomadów z Nigru lub Mali. Mimo to Tuaregowie gładko zasymilowali sobie ten zachodnioeuropejski gitarowy styl bez popadania w „cepeliadę” jak wiele zespołów europejskich próbujących tego samego w drugą stronę. 
Muzyka Omary Moctara w kontekście Tishoumaren czyli muzyki Tuaregów nie jest oryginalna, wcześniej robili to już Tinariwen, kiedy w obozach dla uchodźców w Libii nasłuchali się Hendrixa i chwycili za wiosła. Wcześniej był przecież ojciec afrykańskiego bluesa Ali Farka Toure. Bombino na tle wyróżnia się bezpretensjonalną szczerością i prostotą przekazu, wpadającymi w ucho melodiami, uzależniającym rytmem i swobodną, jamową atmosferą. Trudno uwierzyć, że jego muzyka była odbierana jako niebezpieczna i rebeliancka, ale to tylko świadczy o tym jak wygląda sytuacja polityczna w Afryce.  

Kwestionariusz:  
1. Najlepszy moment: w przypadku tak monolitycznych albumów, trudno wyróżniać. Bombino jest super. 
2. Najgorszy moment: gatunek jest raczej hermetyczny i jeśli zna się jeden album, właściwie zna się je wszystkie. Na szczęście nie odbiera to przyjemności słuchania. 
3. Analogia z innymi element kultury: wojna domowa w Mali, powstanie zbrojne Tuaregów, Niger, Agadez
4. Skojarzenia muzyczne:Ali Farka Toure i blues, Tinariwen, Etran Finatawa, Tamikrest
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: słuchając tej muzyki nie da się złościć. 
6. Ciekawostka: Część „elektryczna” to rejestracja "live" występu na… weselu. 
7. Na dokładkę okładka: wielobarwna, tak jak kontynent

79. Pippin: Group Bombino, Guitars from Agadez, vol. 2


Ocena: * * * 1/2

- Muzyka z Afryki?

- Fela Kuti.

- Dobra, inaczej – muzyka z pustyni?

- Kyuss, Queens of the Stone Age.

Czyli Bombino nie znasz, a przecież chłop nawet w Stodole w zeszłym roku grał. Nic się nie orientujesz – a warto. Już sama biografia to temat na sążnistą opowieść: gość ze środka Sahary, rdzenny Tuareg, zwiewa z rodziną do Algierii, od wujka dostaje gitarę i bawi się nią, pasąc trzodę. Naoglądał się następnie Hendrixa i Zeppelinów i stwierdził, że też tak chce.

I naprawdę nie ma śmiechu. Kolega Bombino zapodaje propozycję na poziomie, cieszy ucho, nie ma żadnej wsi ani kpin. Pierwsza, akustyczna część „Guitars from Agadez, vol. 2” to nadspodziewanie porządne bluesy. Bluesy, które nie są ani wtórne wobec tych amerykańskich z werandy, ani nie są od nich inne, osobne, korzennie afrykańskie. Brzmią po prostu autentycznie, brzmią, za sprawą tekstów w języku tamaszek odpowiednio tajemniczo, a klimatu dodają odgłosy i rozmowy w tle – czujesz się, jakbyś wlazł na jakiś pustynny bazar, a przygrywający w kącie Bombino jest tylko jednym ze składników jego kolorowego folkloru. Przed oczami stają wszystkie możliwe skojarzenia literacko-filmowe – „Lawrence z Arabii”, „Babel”, „Tajemnice Sahary”, „W pustyni i w puszczy nawet” – wszystko pasuje. A wiesz, że samo posiadanie gitary w niektórych krajach pustynnych było przestępstwem?

Przy elektrycznej części płyty czar trochę pryska. Niech sobie brzmienie będzie byle jakie, ale ucieka gdzieś ten tajemniczy nastrój, ta chęć wzięcia plecaka i złapania stopa choćby do Maroka. Mimo że akustyczny blues bliski był ”naszego bluesa”, to jednak wciągał. A elektryczny (to oni mają tam prąd?) blues rock też jest bliski naszemu, ale, poza językiem tekstów, jest jakiś taki…. Bardziej zwyczajny. Ale spójrzmy na to tak – to podobno koncert nagrany na weselu, a do kotleta nie zawsze gra się prosto z serca.


Kwestionariusz: 

1. Najlepszy moment: Akustyka.

2. Najgorszy moment: Elektryka.

3. Analogia z innymi element kultury: Sahara, a dalej ciągnijcie sobie sami.

4. Skojarzenia muzyczne: Blues – to z werandy, a na koncercie – bo ja wiem, Mayall?

5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wizyta na targowisku.

6. Ciekawostka: Wiedzieliście, że na pustyni wydobywa się uran? Serio, złoża w okolicach Agadez są jednymi największych na świecie.

7. Na dokładkę okładka: Miewał lepsze – sprawdźcie sobie „Nomad”.



79. Azbest, Group Bombino „Guitars From Agadez Vol. 2”

Group Bombino - Guitars From Agadez Vol. 2
****

Niedawno sięgnąłem po film "Wiatr i lew" w reżyserii Johna Miliusa. Sporo tam dobrego - Sean Connery jako przywódca berberyjskich rozbójników, nawiązania do "Lawrence'a z Arabii", "Dzikiej bandy" i spaghetti westernów,. No i Milius - kto zna jego filmy wie o czym mówię. Ale do rzeczy - początek XX wieku, afrykańscy koczownicy porywają amerykańską rodzinę wchodząc w konflikt z rosnącymi wówczas w potęgę Stanami Zjednoczonymi. Mamy zatem postęp cywilizacji i prawdziwe zderzenie kultur. Odmiennych do tego stopnia, że wydają się wręcz innymi światami. Ale co równie ważne, z biegiem czasu oponenci dostrzegają, że coś ich jednak łączy. I niby nic, ale w tym samym czasie dowiedziałem się, że będziemy recenzować płytę Group Bombino - zespołu stworzonego przez Tuaregów (grupa Berberów zamieszkująca Saharę).
O ile "Wiatr i lew" traktował o sytuację gdy zachodnia cywilizacja dopiero zaczynała sięgać w niedostępne sobie wcześniej zakątki świata, tutaj mamy do czynienia z globalizacja na pełną skalę. Zespół rockowy pośrodku największej pustyni świata. Oczywiście gdyby ograniczali się do kopiowania kanonu nie tracilibyśmy na nich czasu. Frapujące jest u nich to jak sprawnie udało im się połączyć własną tradycje kulturową z zachodnimi inspiracjami. A może raczej "zachodnimi". W muzyce Bombino bowiem słychać sporo bluesa, mającego solidne związki z muzyką afrykańską (polecam "Feel Like Going Home" Martina Scorsese - pierwszy odcinek dokumentalnego cyklu "Blues"). Zamiast kopiować obce wzorce stworzyli muzykę wywodzącą się z własnej tradycji, ale wzbogacając ja nowymi elementami.
Płyta podzielona jest na dwie części - akustyczną, oraz zarejestrowaną koncertowo elektryczną. Niewątpliwie lepiej wypada segment "Unplugged", i nie tylko ze względu na lepszą jakość dźwięku. Gęsty, etniczny rytm połączony z gitarą niedwuznacznie kojarząca się z delta bluesem brzmi nie tylko oryginalnie, ale i porywająco. Set koncertowy to już granie elektryczne. I bliżej mu do tradycyjnie zagranego blues rocka (nieco bliżej). Wciąż jest hipnotycznie i niezwykle żywiołowo. Dalej opierają się na tradycyjnych wzorcach, ale nie są one już tak dominujące.
Muzyka Bombino połączyła dwa odmienne muzyczne światy. Proponują słuchaczowi muzykę wywodząca się z tradycji afrykańskiej, ale nasączając ją elementami rockowymi, nie tracąc przy tym autentyczności. W dodatku nie popadają w sztuczności i nie zalatując cepelią. Ale szczególnie fascynująca jest jeszcze jedna kwestia związana z zespołem. W czasach gdy muzyka rockowa utraciła swój pazur i przestała być kojarzona z buntem wracając do swych prakorzeni powróciła również do swego pierwotnego charakteru. Dla Tuaregów często popadających w konflikt z rządem gitara stała się symbolem oporu do tego stopnia, że zakazano ich posiadania. A sam zespół nie stał z boku wydarzeń. Nie ograniczali się również do wyrażania swojej postawy muzyką. O zaangażowaniu zespołu niech świadczy to, że gdy w 2007 doszło do antyrządowego powstania muzycy wzięli w nim udział. Dwóch z nich przypłaciło to życiem.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
"Imuhar", "Amidinine"
2. Najgorszy moment: brzmienie elektrycznej części.
3. Analogia z innymi element kultury: "Sheltering Sky" (ale nie znam książki Bowlesa - tylko film Bertolucciego) i w sumie "Sahara" z Matthew McConaughey (film nie jest tak zły jak się uważa - można się przy nim rozerwać).
4. Skojarzenia muzyczne: Moja wiedza o temacie jest uboga jak roślinność na Saharze. Przychodzi mi do głowy tylko jedna nazwa - Tamikrest.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Może to prozaiczna, ale sprawdziła się przy gotowaniu czarnej fasoli z wieprzowiną.
6. Ciekawostka: Dlaczego Vol. 2 na debiucie zespołu? „Guitars From Agadez” to wspólna nazwa dla serii płyt z muzyka pochodząca z Nigerii.
7. Na dokładkę okładka: Barwna jak muzyka zespołu.

79. pilot kameleon: Group Bombino, Guitars From Agadez Vol. 2

***2/3

Skąd wziął gitarę? Ukradł... No dobra, słaby żarcik na początek musi być. Niemniej jednak moje pytanie nadal jest zasadne. Agadez to środek Nigru, a środek nigru pełen jest niczego, czyli wszechogarniającej, gorącej i bezkresnej pustyni. No dobra, nie ma co drążyć.
Do rzeczy jednak: pierwsza część "Guitars From Agadez Vol. 2" to taki zapis tego, co może dziać się na głównym placu handlowym wspomnianego miasta. Są rozmowy, jest granie na gitarze, są etniczne śpiewy, bębenki radośnie pląsają po kanałach. Obok handluje się skórami, orzeszkami ziemnymi, proso i sorgo. Kawałek dalej wydobywa się uran. Dzień jak co dzień. Jedziemy zatem etnicznie, ale nie jakoś kompletnie z czapy. To wszystko trzyma się jak najbardziej klasycznego wiosłowania i muzykowania. Wokalizy też jadą w bardzo przyjemny sposób, bez zawodzenia muezzinów i innych karkołomnych historii wokalnych charakterystycznych dla muzyki świata różnych stron. I teraz pytanie: czy to samoczynnie z wnętrza Afryki wyszło, czy też jest to coś, co kiedyś wyszło, a teraz wróciło i znów zakwitło?
Druga strona zmienia nieco oblicze. Okazuje się, że w Agadez jest prąd. Jest elektryczna gitara, czuć, że są wzmacniacze, bas pulsuje tłusto, a bębny utwardzają ten groove. Soczyste funkowe granie, jechana w bardzo prosty sposób, z naciskiem na trans. Wokalizy są, ba, mają również zadatki na przebojowość. Atmosfera luzackiego dżem seszyn unosi się nad wszystkim. Tutaj najbardziej widać, że wtręty etniczne, choć bazowe i nadające charakter całej muzyce, są wspaniale wkomponowane w improwizowanie europejsko-amerykańskie. To wszystko brzmi bardzo naturalnie i wydaje się niezwykle bliskie. Bez etno folku oderwanego od naszego kręgu kulturowego.Omnomnom.
Kurde, założenie wstępne było takie, że mi się nie spodoba i tyle. A się spodobało i Tobie drogi czytelniku również radę włączyć ten materiał. Powinien dogodzić.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Zajebiście płyną te dźwięki. Jechałbym przez pustynię.
2. Najgorszy moment: Jak w Polsce są upały, to dla mnie zawsze jest najgorszy moment. 24 stopnie, to idealna temperatura.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Czy w czarnej Afryce potrafią napieprzać w gitary jak Bad Brains?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Jakiś trip na południe. I to raczej dość odległe.
6. Ciekawostka: Już dziś pewnie nikt nie pamięta, ale jak Korwin Krul dał w twarz Boniemu, to nigdy nie zapomnę. Niech na pamiątkę tego, te słowa tu zostaną.
7. Na dokładkę okładka: Jest gorąco, to jeszcze się ciepło ubiorę. ROR.

sobota, 19 lipca 2014

78. Pippin: Black Flag, Live '84



Ocena: * * 1/2

Własne zespoły, jak wiadomo, założyli wszyscy ci nieliczni, którzy tuż po premierze zakupili debiutancką płytę The Velvet Underground. Ale też miliony tych, których zainspirowała dowolna inna płyta albo też zwykła chęć grania w kapeli. A jak już masz zespół, to grasz próby i próbujesz wkręcić się gdzieś, żeby zagrać też koncert. Znam też scenariusz doskonale, próby i coś na kształt koncertu, nie są mi obce. A z początkującymi składami bywa bardzo różnie – Stachu fałszował ile wlezie, Kojakowi nie chciało się do Stacha nosić całego zestawu perkusyjnego, więc na próbach bębnił w książki czy wiadra, ja gitarę basową miałem w ręku pierwszy raz w życiu (Jarek, dzięki za pożyczenie), a trąbka Mateusza od samego początku była raczej dla jaj. Właściwie jedynie do gitarzysty nie ma się za bardzo za co przyczepić, zresztą w późniejszym czasie, jako jedyny z nas, zrobił jakąś tam lokalną karierę. Choć wówczas pewnie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, sąsiedzi Stacha i mniej lub bardziej przypadkowi słuchacze na koncercie musieli przeżywać piekielne męki, słysząc nasze wytwory, ale cóż – taka rola początkujących załóg.
Tyle że Black Flag w znamiennym roku 1984 początkującą załogą nie był. Był już legendą. Wydał „Damaged”, które do dzisiaj ma niewymazywalne miejsce w kanonie ciężkiej muzyki. To dlaczego, do konia, słuchanie „Live ‘84” to takie ciężkie przejście? Ano dlatego, że Heniek i spółka jawią się jako ekipa, która nie przejmuje się niczym. Fałsze, dysonanse, sprzężenia, granie poza tonacją, obok dźwięku czy podejście do solówek gitarowych, które na pewno czujnie śledził młody Kodym, nie są tu środkiem samym w sobie ani celową brzydotą – nie, oni tak sobie grali, wyszło jak wyszło i tyle. Powiecie, że niewiele różni się to od wersji studyjnej – w ogólności pewnie tak, ale w detalach płyty są zdecydowanie porządniejsze. Ja wszystko rozumiem – to prawdziwy portret zespołu, to uczciwe podejście do koncertu, nie na zasadzie odegrania największych hitów (kawałki z „Damaged” stanowią margines), bez prób upiększania i wdzięczenia się do widza. Szanuję taki układ i rozumiem też tych, którzy w takiej rozwałce się lubują, ale sam dziękuję i poprzestanę przy studyjniakach. Subtelnieję na starość czy co?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:  Mimo wszystko nieszablonowa gitara.
2. Najgorszy moment: Rozważanie wizyty u laryngologa.
3. Analogia z innymi elementami kultury:  Rollins to w ogóle kulturowa instytucja.
4. Skojarzenia muzyczne: Chciałbyś powiedzieć z automatu, że hardcore, ale posłuchaj i zastanów się jeszcze raz. Jak to nazwać – hardcorowa psychodelia?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Naturalnie próba u Stacha.
6. Ciekawostka: Na polskiej Wikipedii stoi: „Live ’84; album studyjny grupy Black Flag”.
7. Na dokładkę okładka: Ale kasety czy kompaktu?

78. Basik: Black Flag, "Live '84"

Black Flag - Live '84

Ocena: * * * *

Są zespoły, które wypadają świetnie w studio a gorzej na żywca. Są też zespoły takie, które przeciętną zawartość albumów potrafią podać smacznie w wersjach koncertowych. Black Flag nie należeli do żadnej z tych grup. Po prostu kopali po mordzie w studio i na żywca. Właściwie można się zastanawiać, po co takiemu zespołowi album koncertowy skoro nagrania studyjne brzmią tak surowo i szorstko. Dobrze jednak się stało, że materiał z gigu w San Fran z 1984 roku został uwieczniony jako, że jest to jedna z lepszych koncertówek, na jakie można trafić w historii *.
Po pierwsze świetnie dobrana jest setlista. Black Flag z Henrym Rollinsem w 1984 roku był już na wysokości „My War” płyty, która przyniosła interesujący zwrot muzyczny w kierunku superciężkich i wolnych utworów reprezentowanych tu w końskiej dawce. (Świetnie wypadają również numery z czekającego na premierę „Slip it In”). Dostajemy też porcje kawałków, których Henry Rolnik oryginalnie nie wykonywał, czyli np. prehistoryczne „Nervous Breakdown”, albo „Fix Me”, a w jego wykonaniu dostają jeszcze większego agresora i wścieku macicy. Pomimo słabego entuzjazmu fanów (w sumie może wynikać ze sposobu realizacji nagrań), słychać, że na scenie dzieje się prawdziwe pandemonium z charyzmatycznym Henrym Rollinsem w roli głównej. Człowiekiem wielu sztuk i wielu nauk. Inteligentem biegającym po scenie w samych majtkach. Obok Heńka druga głowna rola przypada dla sypiącego gitarowym żwirem Grega Ginna. Kolejnego świra i tak na marginesie chyba najgorszego gitarzysty na świecie, który na swoim bardzo zaawansowanym dyletanctwie zbudował wyjątkowy styl muzyczny grupy.
Dodając do tego spontaniczne akcje typu, „pomyliłem się, ale mnie to wali” albo problemy techniczne z mikrofonem, dostajemy bezpretensjonalny i wysokoenergetyczny materiał live, który można spokojnie postawić na półce obok „Live + Cuddly” Nomeansno i „It's Alive” Ramones.

* cały materiał z „Live ‘84” dostępny jest w wersji video, jednakże piszać tą recenzje nie miałem okazji się z nią zapoznać.

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: My War, Black Coffee, Nothing Left Inside
2. Najgorszy moment: Polskie reagge, którego na tej płycie nie ma.
3. Analogia z innymi element kultury: Henry Rollins >> Bono
4. Skojarzenia muzyczne: choć trudno w to uwierzyć na pierwszy rzut ucha, Fu Manchu czerpie z Black Flag garściami.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: dobra lekka płyta w sam raz na plażę
6. Ciekawostka: Napisałem tą recenzje w autobusie nr 184 w drodze z Kurdwanowa na Olszę.
7. Na dokładkę okładka: Jest na niej wszystko co musisz wiedzieć zanim włączysz „play”.

78. Azbest: Black Flag "Live '84"

Black Flag - Live '84   Black Flag - Live '84
***3/4

Niczym Kserkses wyruszający do Europy, Aleksander Macedoński wkraczający do Babilonu czy Hannibal stojący u bram Rzymu, Black Flag w roku 1984 przeżywało swoją świetność. Ale czy pochodząca z epoki płyta koncertowa zatytułowana bezpretensjonalnie "Live '84" oddaje im sprawiedliwość i pozwala nam odczuć ich potęgę?
Gdy latem 1981 Henry Rollins zasilił szeregi Black Flag ci mieli już niezły dorobek i legendarny wręcz status. I choć wielu uznało to za początek końca, czas pokazał, że był to zaledwie koniec początku. Zespół okres swojej największej aktywności miał dopiero przed sobą. Niestety związani kontraktem przez kilka lat nie mogli wydać nowej płyty. A w zespole sporo się działo i odważnie eksperymentowali ze swoim dźwiękiem. Odeszli od hardcorowych wyścigów na rzecz wolniejszych i cięższych brzmień. Zapożyczali z metalu, ale też z... jazzu. I szerzyli swą muzykę z uporem świadków Jehowy i determinacją rewolucjonistów. Nie zawahali się nawet przed wyruszeniem w zimową trasę po Kanadzie w nieogrzewanym busie. Aż nadszedł rok 1984 - zagrali wówczas grubo ponad 150 koncertów i wydali 4 (!) płyty. A ponieważ jedna z nich to zapis koncertu(26.08.1984, San Francisco), możemy się przekonać jak brzmiała na żywo ta koncertowa maszyna.
Duży przebieg zaprocentował – graja bardzo pewnie. I nie podpierają się przy tym szlagierami – zaledwie 4 piosenki z epoki „Damaged”, a ponad połowa materiału nie ujrzała jeszcze światła dziennego w wersji studyjnej. Graja intensywnie i ciężko, a Rollins agresywnymi wrzaskami dopełnia całości. Tyle, że to już nie tradycyjny hardcore. Wciąż grają dość szybko, ale jest też dużo bardziej masywnego, gniotącego grania. I to w całkiem oryginalnym stylu. Sekcja gra rasowo choć ciekawie, ale nieszablonowość ich muzyki najlepiej słychać w partiach gitary. Często przestaje grać tradycyjne riffy by przejść w osobliwe, dziwaczne wręcz (na ten gatunek muzyki) solówki. Chwilami brzmi to jak hardcorowa wersja fusion. Ale nie dziwi to jeśli wziąć pod uwagę, że Greg Ginn (gitarzysta i lider zespołu) był starym fanem Grateful Dead, a najchętniej wówczas słuchał „Birds of Fire” Mahavishnu Orchestra. I nie dziwi, że ich ewolucja muzyczna dla jednych była objawieniem, by innym wydać się zdradą ideałów.
Zgasł blask Babilonu, przeminęli Nabuchodonozor, Dariusz i ów Cyrus Wielki. Siłą rzeczy i na Black Flag przyszła kolej - niemal dokładnie w dwa lata później zagrali swój ostatni koncert, by zaraz potem się rozpaść. Na szczęście pozostawili po sobie płyty, które są cenne nie tylko jako dokument. Ich muzyka dzisiaj może wydać się nieco archaiczna, ale nie straciła ciężaru i pasji. Solidne i energetyczne granie, wciąż robi wrażenie, nawet jeśli nie rzuca na kolana.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
„My War”, „Nothing Left Inside”, „Black Coffee”.
2. Najgorszy moment: umieszczenie „The Process of Weeding Out” na samym początku. I nigdy nie mogłem polubić „Rat Eyes”
3. Analogia z innymi element kultury: Henry Rollins opisał czas spędzony z Blag Flag w książce "Get in the Van". Jest również audiobook (choć skrócony) - polecam.
4. Skojarzenia muzyczne: Nie da się ukryć, że mieli spory wpływ na scenę grunge.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Koncertu Black Flag! Przekonajcie się sami – uwiecznili go też na taśmie filmowej - https://www.youtube.com/watch?v=Zr8FXeO9XU4.
6. Ciekawostka: Niedawno zespół się reaktywował. W dwóch różnych inkarnacjach...
7. Na dokładkę okładka: Po lewej pierwotne wydanie na taśmie, po prawej wznowienie na CD.

78. pilot kameleon: Black Flag, Live '84

***

Dobra, zderzamy się z legendą pierwszej próby. Zderzamy się jednak na żywca i w materiale, który kryształem zdecydowanie nie jest. Zaczyna się grubo w cholerę. Pierwsze pytanie: składa się to w całość, czy też raczej się nie składa? "The Process Of Weeding Out" niepokojąco rozjechane i kuriozalnie długie może zrobić człowiekowi kuku w głowie. Wytrzymaj taką gitarę, a kupię ci brokuły w nagrodę. Solówka w tym kawałku to jakiś wzorzec antygrania jest. Co to ma być? No ja tak ewentualnie mogę grać... A może to nagranie z próby, kiedy na dodatek gitarzysta był kompletnie nawalony? Dobrze, że trwa to tylko (?!) osiem i pół minuty. Wiadomo, że potrafili dłużej... Dalej wszystko normalnieje. Można wyznaczyć dwa główne kierunki. Po pierwsze punkowe szybkostrzały, których trochę na tej koncertówce umieścili. Szybko, konkretnie, w miarę równo, z potężnym wygarem na wokalu i w podkładzie. Mocno klepią po głowie. To pierwsza linia działania. Druga jest nieco trudniejsza. Nadal z zadziorem, ale kompozycje są znacznie bardziej wydłużone, czasem wolniejsze, cięższe i nasycone sporą ilością dysonansów. Celował w nie przede wszystkim Ginn. Nie boi się jechać na krawędzi. Fałszowanie? Proszę bardzo. Krzywo? Luzik. Nie w tonacji? Spoko. Wstyd ci? Nie, skąd...Paranoja rośnie i rośnie.
O dziejowości Black Flag nie muszę wspominać chyba. Do "Damaged" mogę się przecież modlić. A co począć z "Live '84"? No tutaj bywa różnie. Są fragmenty wyrywające z butów, są i takie, przy których śmiało można wyjść i sprzątać klatkę schodową. Są niestety mielizny, są dłużyzny i jest zdecydowanie za długo. Dziejowości w tym nie wyczuwam, jest za to w miarę przyzwoity portret legendarnego zespołu. I w sumie przestaję się dziwić, że przez lata było to dostępne tylko na kasecie magnetofonowej.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jak dopierdalają na pełnej kurwie. Wtedy nie ma żadnych pytań.
2. Najgorszy moment: Początek wymaga od człowieka sporej wytrwałości. Długość tego materiału również.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Niech będzie aktor Henryk, strażnik więzienny w "Zagubionej Autostradzie". Uwielbiam jego rolę.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Brudnego klubu, gdzie szczyna przepełnia pisuar. Czujesz te aromaty?
6. Ciekawostka: A Ty widziałeś Henry'ego Rollinsa na żywo? Bo ja widziałem.
7. Na dokładkę okładka: Logo mieli totalne.