piątek, 1 maja 2015

94. Pippin: Def Leppard, On Through The Night


Ocena: * * * 1/2
 

Kto zna Def Leppard tylko z okresu największej popularności, temu ciężko może przyjść pogodzenie się z faktem, iż to zespól brytyjski. Mało tego, iż był jednym z głównych przedstawicieli NWOBHM (nienawidzę skrótowców, ale ten, przez swą długość i niewymawialność, jest już tak absurdalny, że jakoś perwersyjnie prowokuje, by być mimo wszystko używanym). Tak, ta kapela od „Let's Get Rocked”, „Pour Some Sugar On Me” czy słodkiego „Love Bites” zaczynała poniekąd ramię w ramię z Iron Maiden czy Diamond Head. Późniejsze stadionowe przeboje, odmiana pudel bądź hair metalu, klawisze i półelektroniczna perkusja wcale jednak nie są takim zaskoczeniem, gdy dobrze wsłuchamy się w debiutancki album.
Album, swoją drogą, całkiem niezły. Śmiechy i uprzedzenia i odium późniejszych dokonań na bok – mamy tu całkiem sprawny hard rock, bardzo bliski temu, co podówczas grały choćby Saxon czy Judas Priest. Rick Allen ma jeszcze dwie ręce, więc perkusja jest prawdziwa i naturalna. Joe Eliott ma włosy już chyba po trwałej, ale jeszcze czarne, więc wokalnie też jest mniej popowo, niż później. Właśnie – wokale. Już na pierwszej płycie Def Leppard zdradza wielkie skłonności i do melodyjności i do partii chóralnych, co na pewno wyróżniało ich na tle konkurencji (nie żeby Ironi stronili od śpiewanych partii zespołowych, ale skala wyraźnie mniejsza) i być może zwróciło uwagę tych, którzy po kilku latach doprowadzili do pchnięcia twórczości kapeli na nieco inne tory. Niemniej jest tu moment proroczy - „Hello America”, tak muzycznie, jak i tekstowo, zdaje się przepowiadać przyszłość grupy. Ale naprawdę warto sprawdzić, jak zaczynali.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Wasted” - modelowy przebój NWOBHM.
2. Najgorszy moment: Od tych chóralnych refrenów zaczęły się późniejsze nieszczęścia.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Podobnież istnieje w Brazylii pismo muzyczne „Rock Brigade”, o nazwie, zgadliście, zainspirowanej przez tę płytę.
4. Skojarzenia muzyczne: O Saxon i Judasach wspominałem, ale zagrajmy inaczej. Posłuchajcie „It Don't Matter”, a potem, młodszego o kilka lat „Knockin' At Your Back Door” Purpli. Podobne?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Przejażdżka ciężarówką z okładki.
6. Ciekawostka: Ciekawostka będzie mało fascynująca, ale jednak. Utwór pod tytułem „On Through The Night” znajduje się nie na tej płycie, tylko na kolejnej. U nas mistrzem takich zagrywek był Kult.
7. Na dokładkę okładka: Bronię ich wczesnej twórczości, ale tu już poszli stadionowo.

94. pilot kameleon: Def Leppard, On Through the Night












*

Co ma dziewięć rąk i ssie?


Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Najlepszego momentu tutaj nie ma. Nie ma też średniego czy nawet słabego. Płyta jest gęstym, mulistym dnem z zerową widocznością. Wieje z niej niesmacznym mixem heavy metalu z wyraźną domieszką AOR i czerstwego hard rocka. Przekładane jest to wszystko oczywiście balladami najgorszego sortu, oczywiście bez wykraczania poza wspomniane wyżej gatunki. Bardzo bolesne doświadczenie kłuje w uszy kiepskimi kawałkami, tandetnymi solówkami i wszelakim syfem lat osiemdziesiątych, co to nie wyszlachetniał, jeno skwaśniał. Kawał zapleśniałego dźwięku, w którym nie ma co szukać jasnych stron, bo takowych tam nie ma. Dno, kakao, ból wnętrzności, wzorzec gówna. W utworze Satellite w refrenie sami o sobie śpiewają "chuje... chuje...".
2. Najgorszy moment: Żaden z kawałków zawartych na tej płycie nie jest chyba wart tego, by odsłuchać go więcej niż jeden raz. Co ciekawe jednak lud orzekł inaczej, a płyta stałą się początkiem kariery trwającej aż po dzień dzisiejszy. Nie mogę wyjść z podziwu.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Jak byłem mały, to przeczytałem jakąś notkę na temat wychodzącej wtedy płyty Adrenalize w magazynie Bravo. Strasznie jarałem się okładką, logiem i tym, że jeden z muzyków nawala w specjalnie skonstruowany zestaw bębnów dla jednorękich. Moc! Wszystko to było mega zajebiste, ale niestety do muzy nie udało mi się dotrzeć. A obok była okładka Fear Of The Dark Iron Maiden. I tutaj pomógł Takt.
4. Skojarzenia muzyczne: Powinien być NWOBHM, ale to byłaby obelga, choć genologicznie pasuje. AOR metal będzie jedynym słusznym drogowskazem.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Amerykańskie filmy lat 80. Taka muza zawsze odnajdzie się w takich obrazach. Scena w knajpie, z pudlami na scenie? Pasuje. Ballada do łóżkowej scenerii? Nie widzę przeciwwskazań. Wyścigi samochodowe? Włosy i moher rozwiewa wiatr.
6. Ciekawostka: Ten dowcip, co to za recenzję robi to prawdziwa pyszność. Zasłyszane w terenie, ma ponoć charakter klasyka
7. Na dokładkę okładka: Ciężarówka wiezie największą gitarę na ziemi. Brak pytań.

94. Basik: Def Leppard, "On Through the Night"

Def Leppard - On Through the Night


Ocena: * * *

Tym razem można powiedzieć, że zespół zrecenzował się sam. Poniżej moje swobodne tłumaczenie tekstu "Rock Brigade". Oddajmy im głos.

Między nocy potrzaskiem
A wczesnego ranka blaskiem
Usłyszysz ich z oddali
Gdy obudzą Cię z wrzaskiem

Będą walić w bębny
I rąbać w Twoje drzwi
Dając ci sygnał, że
Pogrzmocić musisz i ty

ref:
Uważaj na rockową brygadę
O nie! Na rockową brygadę
Uważaj na rockową brygadę
Gdyż możesz mieć z nimi swadę

Kiedy idziesz na miasto
Przypal lepiej ciasto
Bo dla nich balanga
To jak z bułką masło

Bo oni żyją dla rocka
I robią dużo huku
Mogą ukraść ci duszę
A twojej siostrze zrobić a-kuku

ref:
Uważaj na rockową brygadę
O tak! Na rockową brygadę
Uważaj na rockową brygadę
Gdyż porwą cię na zabawę

Gdy księżyc w zenicie
Lub o wczesnym świcie
Nadstawisz ucha
I usłyszysz ich wycie

Wtedy się nie wychylaj
Za utarte ścieżki swe
Bo to będzie twój finał
Gdy po raz drugi zwalą się

ref:
Uważaj na rockową brygadę
Och nie! na rockową brygadę
Uważaj na rockową brygadę
Gdyż porwą cię na zabawę

Bądź czujny na rockową straż
Nad tobą mają awantaż
Czy czujesz już tę obawę
Że wezmą cię, na zabawę?
(Zabawę, zabawę…)

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: Spodziewałem się czegoś naprawdę, naprawdę okropnego. Okazało się, że to całkiem przyjemny, wpadający w ucho (i wylatujący drugim), beztroski album z standardowo kretyńskimi tekstami. Następne płyty zespołu to już wioska. Ten trzyma poziom.
2. Najgorszy moment: krok od muzyki w której na gitarze gra się pindolem, który z resztą bardzo szybko wykonali.
3. Analogia z innymi element kultury: dobrze obrazuje agonię ery klasycznego rocka
4. Skojarzenia muzyczne: Judas Priest, Thin Lizzy, Ted Nugent
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: podróży tirem z gigantyczną gitarą na przyczepie
6. Ciekawostka: perkusista nie ma ręki
7. Na dokładkę okładka: Czy może być coś lepszego niż 20 metrowa gitara na przyczepie TIRa przemierzającego otchłań kosmiczną? Może?


94. Azbest: Def Leppard, "On Through the Night"


***

Słysząc o Def Leppard zapewne większość z nas wyobraża sobie zespół-kolosa sprzedającego 478 miliardów płyt. W samym tylko Londynie. W dniu premiery. Jednak od czegoś przecież trzeba zacząć. No to kilka słów o ich debiucie "On Through the Night".
Zespół w swych początkach był zaliczany do prężnego wówczas nurtu "New Wave of British Heavy Metal". Tymczasem już na pierwszy rzut ucha słychać, że niezbyt pasują do reszty tej gromadki. Jakoś nie chcą brzmieć jak Iron Maiden, Saxon czy Diamond Head. Ale też i etykietka "NWoBHM" miała raczej znaczyć wykonawców pochodzących z wysp niż odznaczających się jakimiś wspólnymi cechami brzmieniowymi. (wszak w szufladce tej mieścili się nawet obrzydliwcy z Venom). Mimo, że już nazwą nawiązują do korzeni gatunku (ktoś nie wyłapał nawiązania do Led Zeppelin?) nie brzmią wcale jak rasowy heavy metal. Łatwiej już nazwać ich prekursorami Glam Metalu, który już niebawem stanie się najbardziej dochodową odmianą muzyki gitarowej.
Czego by nie zarzucać Def Leppard, trudno im odmówić, że mieli rękę do przyzwoitych kompozycji. Obawiałem się tej płyty, ale nie było tak źle. Mimo, ze mnie nie porwała jest spójna i nie nudzi zbytnio. Utwory trzymają poziom i nie przekraczają granic dobrego smaku. Strona brzmieniowa płyty zgrabnie dopasowana do zawartości – płyta jest gładko i niezbyt charakterna, ale nie przegięć i przesady. Nawet gdy okazjonalnie słychać klawisz jego brzmienie nie rani ucha.
"On Through the Night" jest bezsprzecznym dowodem, że oszałamiający sukces jaki osiągną raptem parę lat później nie był dziełem przypadku, ale efektem systematycznej pracy. Zespół od początku miał ambicje i wyraźną wizję rozwoju. Słychać to od pierwszych dźwięków ich pierwszego albumu.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Rock Brigade"
2. Najgorszy moment: "Rocks Off"
3. Analogia z innymi elementami kultury: "Rock Star" z Markiem Wahlbergiem
4. Skojarzenia muzyczne: między NWOBHM a pudel metalem
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Bylebym nie był w pobliżu.
6. Ciekawostka: jak można się domyślić, publika w "Rocks Off" została dograna
7. Na dokładkę okładka: Wielka ciężarówka wiezie jeszcze większą gitarę. Ciekawe co chcieli sobie zrekompensować...

środa, 1 kwietnia 2015

93. Pippin: The Rolling Stones, We Love You / Dandelion


Ocena: * * * *
 
Cholera, obiecałem chłopakom, że zdążę przesłuchać tego singla przed recenzją, a nie zdążyłem, nawet pobieżnie. No ale dobra, jakiś tekścik sklecimy, w końcu co to za wyzwanie. Wszyscy wiedzą, co Rolling Stonesi grali, grają i grać będą. Więc, prawda, pochodzące z drugiej połowy lat sześćdziesiątych utwory „We Love You” i „Dandelion” charakteryzują się bluesrockowym klimatem, ostrymi gitarami Richardsa i Jonesa (czy już Taylora? szlag, nie sprawdziłem), zadziornym riffem, mocnym wokalem Micka i kobiecymi chórkami, jakby w stylu soul. Wszystko wyprodukowane w klarowny i przejrzysty sposób, a teksty, jak zwykle, o panienkach i imprezowaniu. A, jeszcze ocena. No, Rolling Stones to solidna firma, mocna czwórka będzie w sam raz.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Pewnie riff. 
2. Najgorszy moment: Pewnie chórki.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Dandelion Records, założone przez Johna Peela.
4. Skojarzenia muzyczne: No, kto tam grał podobnie... O, Animalsi, jakieś The Small Faces, Chuck Berry nawet.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Tytuły sugerowałyby Lato Miłości, ale to zmyła, Stonesi tak nie grali, każdy to wie.
6. Ciekawostka: Sprawdziłem, co po angielsku oznacza „dandelion” i dokonałem niesamowitego odkrycia, że mniszek lekarski i mlecz to nie jest to samo.
7. Na dokładkę okładka: Wersji jest kilka, ja wybieram tę, która antycypuje Bauhaus.

93. Azbest: The Rolling Stones, "We Love You / Dandelion"


***

Lato  miłości obrodziło tłustymi singlami: "White Rabbit", "Light My Fire", "Heroes and Villains", "Waterloo Sunset", "All You Need Is Love", "The Wind Cries Mary". I „We Love You”.
Nie znasz? Hm, na żadnym albumie go nie ma – specyfika czasów. Na składankach nie pojawiał się od 1975, ale wiadomo jak niekorzystnie wypada ich wczesny materiał w porównaniu z późniejszymi dokonaniami. Na koncertach nie jest grywany więc i na koncertówce go nie uświadczysz. Nie wykorzystano go też w żadnym filmie. Ale przereklamowane „Satisfaction” użyto góra 50 razy.
Czy niesłusznie zapomniany? Możesz sprawdzić samemu. Ja to zrobiłem. I zaklinam cię na Boga jedynego – nie idź w moje ślady.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
Skojarzenie z Joy Division
2. Najgorszy moment: Te fragmenty nie kojarzące się z Joy Division
3. Analogia z innymi elementami kultury: Skoverzone przez Throbbing Gristle jako "We Hate You (Little Girls)"
4. Skojarzenia muzyczne: Ten początek z trzaskaniem drzwiami to wykapane Joy Division
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Rozważanie czego posłuchać: "Closer" czy "Substance"?
6. Ciekawostka: Zużyty olej silnikowy może posłużyć do użyźnienia ogródka.
7. Na dokładkę okładka: Odważna jak na lato 67. Brzydka, ale odważna.

93. Basik: The Rolling Stones, "We Love You / Dandelion"


Sałatka z liści mniszka lekarskiego:

1 ząbek czosnku (drobno posiekany)
1 łyżka stołowa świeżego soku cytrynowego
1/2 łyżeczki soli morskiej gruboziarnistej
1/4 łyżeczki cukru
1/4 szklanki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
10 dag liści mniszka lekarskiego

Jako dressing do sałatki z liści zmieszać czosnek, sok z cytryny, sól, cukier z oliwą.
Czas przygotowania 10 min.Kochamy was.



1. Prawie najlepszy moment na “More Hot Rocks (Big Hits & Fazed Cookies)”
2. Najgorszy moment: Brian Jones i jego słabość do miodku z „mleczy”.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Proszę bardzo. Z mniszka robi się również wino.
4. Skojarzenia muzyczne: Urszula
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: układania mniszek na dachu 
6. Ciekawostka: Można go zjeść. Można się nim pobawić.
7. Na dokładkę okładka: Że co?

93. pilot kameleon: The Rolling Stones, We Love You / Dandelion


***** / *****

Tak, tutaj The Rolling Stones zluzowali totalnie. Pokryło się to z ich ostrym wejściem w medykamenty, konflikty z prawem, swobodę w każdym aspekcie rzeczywistości. I można przypuszczać, że właśnie wtedy wzięli również najcięższy towar w okolicy, zaprosili The Beatles, odpalili mellotron i w sumie pozwolili sobie na to, by w pewnym stopniu przestać być sobą. Chwilę później się zreflektowali i wskoczyli na tory, po których suną do tej pory. A ów epizod należy do najcelniejszych trafień brytyjskiej psychodelii.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Dwustronny szczyt.
2. Najgorszy moment: Szkoda, że nie załadowali tego na "Their Satanic Majesties Request" wydatnie podniosłoby to jakość tej i tak świetnej płyty.
3. Analogia z innymi elementami kultury: 1967.
4. Skojarzenia muzyczne: psychodelia, szejdziesiona, ale czy Stąsi?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: pieczenia ciasta.
6. Ciekawostka: jest taka, że w mojej opinii to najlepszy singel Stąsów ever.
7. Na dokładkę okładka: czasy materialnych singli były wspaniałe.

piątek, 20 marca 2015

92. Azbest: Śmierć w bikini

Kim Boekbinder
Jeśli istnieje coś takiego jak sprawiedliwość, Kim przejdzie do historii jako prekursorka użycia w muzyce nowego istotnego instrumentu: Kickstarter. Może nie odniosła takiego sukcesu jak Amanda Palmer, ale nie wzbudziła też takich kontrowersji. I z całą pewnością nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Agnes Obel
Zwróciła moją uwagę coverem Johna Cale, ale reszta debiutanckiej płyta też była obiecująca. Za to ubiegłoroczna płyta "Aventine" okazała się znakomita. Nastrojowa i kunsztowny kameralny pop. Odstręczająca etykietka, ale muzyka cudowna.
Tak się jakoś złożyło, że na scenie death metalu kobiet można szukać jak ze świecą. Na szczęście jest jeszcze Bolt Thrower. Okazuje się, że obdarowali świat nie tylko rasowy czadem z masywnymi riffami.

Jarboe
Najbardziej znienawidzona kobieta w podziemiu - wielu uważa, że była dla Swans tym czym Yoko Ono dla The Beatles. Nie rozsądzając czy to słuszny pogląd trzeba jednak przyznać, że nagrała co najmniej kilka interesujących rzeczy.

Lydia Lunch
Dziś jakby zapomniana, niegdyż żelazna dama undergroundu o wyjątkowo niewyparzonej gębie. Ma w CV tyle przeróżnych mniej czy bardziej efemerycznych projektów (chociażby wymienić Teenage Jesus and the Jerks, Queen of Siam, Devil Dogs, Shotgun Wedding), że bez trudu mógłbym jej poświęcić całą dyszkę. Posłuchajcie w 100% damskiego trio (Lydia+Kim Gordon+Sadie Mae) - Harry Crews.

Diamanda Galas
Nie mógłbym w zestawieniu pominąć autentycznej wiedźmy. Bo niechybnie czarnej magii zawdzięcza głos tyleż wszechstronny co przeszywający i wstrząsający. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dla wokalistyki była tym czym no wave dla muzyki gitarowej.

Le Mystere Des Voix Bulgares
Wydawać by sie mogło, że trudno znaleźć coś bardziej przyziemnego niż muzyka ludowa. A jednak ta brzmi nieziemsko i egzotycznie. I nie są to przeciez nagrania z Togo czy Tybetu. To swojska Bułgaria. A jednak brzmi równie eterycznie co najlepsze 4AD.

Moe Tucker
Niedoceniona heroina The Velvet Underground. Pozostawała w cieniu samców, ale to jej pierwotny, minimalistyczny bit perkusyjny trzymał te muzykę za mordę. Posłuchajcie tylko "Rock and Roll" w wersji z jej udziałem i porównajcie z "kanoniczną" z "Loaded".

Nico
W The Velvet Underground była tylko ozdoba, ale na własną rękę (no dobra, współudział Johna Cale był więcej niż znaczący) nagrała kilak spośród najciekawszych płyt z epoki. "The Marble Index" czy "Desertshore" nawet dziś potrafią poruszyć i zainspirować.

Karen Dalton
Czy wystarczająco zachęcające do sprawdzenia będzie stwierdzenie, że to ulubiona piosenkarka Boba Dylana. Nie wystarczy? No to dodam, że była obdarzona niezwykle ciekawym głosem. Wielka szkoda, że tak niewiele wydała i życie obeszło się z tak bezceremonialnie.

92. pilot kameleon: Śmierć w bikini

Płeć piękna w twardych rockowych realiach niestety nie ma lekko. Daleko jej do uzyskania równowagi z męską częścią. Ot, uroki branży, z którymi chyba nie ma co walczyć. Poniżej subiektywna dyszka pań, które swoją twórczością i bytnością szarpnęły moimi trzewiami najbardziej.

Yoko Ono. Rozjebać największy zespół w kosmosie? Do tego trzeba mieć jaja jak kule bilardowe. Posłuchajcie sobie wspaniałego kawałka "Whole Lotta Yoko" formacji The Dirty Mac. Brawurowa partia wokalna obraca w pył wszystkie kosmosy.

Nika z Post Regimentu. Czy na polskiej scenie punkowej była jakaś bardziej wyrazista dama? Nie wydaje mi się. Z debiutu "Catch Another Train" to jest coś, co nie mieści się na tej skromnej scenie i wykracza daleko poza wąskie hardcore'owe ramy. I duża w tym zasługa Niki.

Olivia Anna Livki. Ta pani sama kręci swoje lody. Młoda, zdolna, ale moim zdaniem ciągle za mało znana. Niemniej jednak jej debiutancki materiał ma kopa o sile kilku głowic jądrowych. Zwłaszcza ten kawałek [kliknij w link]. Ten kobiecy flow. Nie do opisania.

PJ Harvey. Co nie napiszę, będzie truizmem. Postać pierwszej wielkości. Ciężko sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł ją przyćmić. Nie mam pytań. Chłepy, do garów wypad!

Янка Дягилева. Tragedia w każdym dźwięku podana w taki sposób, że nie można nie uwierzyć. Głos i gitara w Продано! to są szczyty depresji w najautentyczniejszej formie przypieczętowane autentycznym dramatem.

Bożena Janerka. Gra w zespole swojego męża drugie skrzypce. Tzn gra na wiolonczeli. Ten żeński koloryt jest jak najlepsza przyprawa na świecie. Dyskretnie nadaje potrawie smak. Dopiero gdy zniknie, wiesz, że właśnie jej brakuje.

Marianne Faithful. Tutaj będę złośliwy i zapodam Sister Morphine The Rolling Stones. Niby męska, ale jednak żeńska sprawa. Co ciekawe, Faithful jako jedna z niewielu osób jest wpisana jako współkompozytorka. Mało komu udało się wbić między bliźniaków.


The Slits. Kapela bardzo ciekawa, bo w właściwie w całości napędzana mocą jajników. Ich debiutancki album wydany w 1979 roku do dziś niszczy świeżością. Każda hipsterska impreza musi w sobie zawierać sporą dawkę muzyki The Slits. No i pyszna okładka z cyckami.

Poly Styrene z X-Ray Spex. Dawno temu na tym blogu napisałem, że X-Ray Spex byli jak meteor, który przeleciał nad punkowym niebem Zjednoczonego Królestwa. Meteor, choć sam w sobie jest zjawiskiem chwilowym, zawsze ciągnie za sobą ogon mogący unosić się na niebie długo po zaniku ciała, które doprowadziło do jego powstania. Nie dodałem, że sercem tego meteoru była Poly Styrene.

Alice Coltrane. To nie są twarde rockowe realia, ale kto wie, czy te jazzowe nie są twardsze. W każdym razie zastąpić kogoś takiego jak Mc Coy Tyner to nie lada wyzwanie. A zastąpić i wygrać? No właśnie.

92. Pippin: Śmierć w bikini

Jak wiosna, to marzec. A jak marzec, to Dzień Kobiet – chociaż on jeszcze w zimie. A przecież prawie każdy lubi, jak kobieta śpiewa. A śpiewać potrafi różnie – delikatnie, żarliwie, seksownie, agresywnie, zimno, odpychająco. Co kto lubi. W dzisiejszym krótkim przeglądzie możecie marudzić na nadreprezentację nazwisk oczywistych. Ale jakiś porządek musi być – bo coś mi mówi, że Koledzy Redaktorzy pójdą mocno niszowo.

1. Billie Holiday
Ale zaczniemy w trochę mniej oczywisty sposób. A przynajmniej mało rockowy – bo przecież nikt nie odmówi sławy i rozpoznawalności Billie Holiday. Wielka dama jazzu, a przy okazji jedna z pierwszych postaci tragicznych w muzyce popularnej – uzależniona od narkotyków, alkoholu, wielokrotnie aresztowana, karana zakazami koncertowania, zmarła w wieku czterdziestu czterech lat.

2. Janis Joplin
No ale jak już o postaciach tragicznych mowa, to na gruncie rocka królowa może być tylko jedna.

3. Patti Smith

Gdy koleżanki szykowały wieczór panieński mojej przyszłej (znaczy się obecnej) Małżonce, zajęły się i jedną z klasycznych atrakcji, czyli przesłały mi kwestionariusz z pytaniami dotyczącymi mnie i miałem na nie odpowiedzieć, a potem weryfikowały odpowiedzi szczęśliwej narzeczonej i tym samym jej znajomość moich gustów i poglądów. Jednym z pytań było „Twoja ulubiona wokalistka”. Na przygotowanie kwestionariusza miałem bardzo mało czasu i nad pytaniami zastanawiać się mogłem raptem kilka sekund. Odpowiedziałem wówczas „Patti Smith”, a potem długo się zastanawiałem, czy to odpowiedź właściwa. No bo może PJ, a może Elisabeth, a może jednak Beth? Ale skoro pierwszy impuls wskazał Patti, to nie wypierajmy się Patti. A koncert w Poznaniu był super.

4. Kate Bush
A może jednak odpowiedź na pytanie z punktu powyżej powinna brzmieć „Kate Bush”? Każdy z Was ma pewnie tak, że zna melodie, które, nie wiadomo dlaczego, czasem nawet wbrew rozsądkowi i gustom muzycznym, idealnie trafiają w jego wrażliwość, jakieś magiczne częstotliwości czy co. Dla mnie jedną z takich melodii jest na pewno refren „Wichrowych Wzgórz”.

5. Elisabeth Fraser
Bo jeśli chodzi stricte o głos – to wybieram jednak Elisabeth Fraser. Sami widzicie – jej piosenki nawet tekstów nie potrzebują.

6. Kim Gordon
A tu z kolei ciężki rockowy kaliber. Bo nie dość, że głos, to jeszcze i ten bas, i ogólnie – osobowość. No i grała z zespole, który wynosił rock w inny wymiar, szedł własną ścieżką, a inni mogli mu tylko wzmacniacze polerować.

7. Kim Deal
Zresztą basistek w rocku nie brakuje – pamiętamy Tinę Weymouth, D’arcy czy Melissę Auf der Maur. Traf chciał, że drugi, obok wspomnianych Sonic Youth, wielki alternatywny (indierockowy, hehe) amerykański zespół lat osiemdziesiątych też miał basistkę w składzie. O takim samym imieniu nawet. I powiem jedno – Kim Deal nie była ładna. Ale była fajna. Była na tyle fajna, że gdy The Dandy Warhols śpiewali „I want a girl as cool as Kim Deal” – to ja ich dobrze rozumiałem. A przy okazji sprawdźcie wszystkie terytoria zależne i historie pokrewne – The Amps, The Breeders, Throwing Muses, Kristin Hersh, Belly. Jest tego trochę.

8. Björk
Ona pojawiła się z zupełnie innej bajki. Jakieś tam nowofalowe historie pod tytułem KUKL czy Sugarcubes ten i ów słyszał, ale solowy debiut Björk to był strzał między oczy. Głos i ekspresja niepodobne do niczego co znałeś a do tego masa eksperymentów stricte muzycznych. Eksperymentów w późniejszych latach mocno dyskusyjnych, ale pierwsze trzy – cztery płyty nadal trzymają się mocno.

9. Tori Amos
Pisałem tu kiedyś o nieszczęsnej fali (fali? to cały ocean!) klonów, którym się wydaje, że są Kate Bush i powtórzą jej styl. Nazwać Tori takim klonem byłoby grubym nadużyciem, ale mocnej inspiracji się nie wyprze. Częściej niż mój ulubiony (choć w dzisiejszym zestawieniu w sumie nieobecny, co jest?) typ dziewczyny z gitarą preferowała typ dziewczyny z fortepianem, ale wiele uroku przez to nie traciła. Chociaż ostatnie płyty jakoś nie wymiatają specjalnie.

10. Beth Gibbons
Więc nie tylko lubiłem te dziewczyny z gitarą, ale ogólnie w swej dumie i zadufanym poczuciu szesnastolatka, co to zjadł wszystkie rozumy i pojął całą muzykę rockową, żyłem w przekonaniu, że podstawą dobrej muzyki jest gitara, muzyka musi być zbudowana na gitarze, a na kolegów ze szkoły, co to interesowali się elektroniką, patrzyłem z politowaniem. I stała się zmiana – do elektroniki (choć z umiarem) przekonała mnie mało urodziwa dziewczyna, z głosem i muzyką jak z małej zadymionej knajpki. Z pokorą przyznałem, że mało jeszcze wiem.