wtorek, 20 stycznia 2015

89. Azbest: Mission of Burma, "Vs."

 ****1/2

Łagodzenie brzmienia - zmora zespołów tzw. sceny alternatywnej. Z reguły traci na tym tak zespół jak i słuchacze. Wraz z szumami, trzaskami i przeróżnymi chropowatościami ubywa im wiarygodności, a i grają jakby mniej interesująco. Z reguły... Są rzadkie przypadki gdy taki zabieg decyduje o tym, że zespół zaistnieje w masowej świadomości. Przykład? Mission of Burma. Zasłynęli w rodzinnym Bostonie z hałaśliwych i piekielnie głośnych koncertów. I to parę lat przed Swans czy Sonic Youth. Lecz gdy krążąca w "środowisku" fama zderzyła się z pierwszymi zarejestrowanymi nagraniami okazało się, że realizator popracował trochę nad brzmieniem zespołu. Ale i tak było czego posłuchać.
Mission of Burma powstało w 1979 roku, ale zamiast załapać się na końcówkę pierwszej fali punka albo stać się pionierami hardcore poszli w swoją stronę. Muzykę na ich pierwszej (i do czasu reaktywacji jedynej) płycie "Vs." najlepiej można opisać jako swego rodzaju etap przejściowy między post-punkiem a noise rockiem.
Są tu hałaśliwe, brzęczące gitary - riffy sprawiają wrażenia jakby w każdej chwili miały się posypać w mniej czy bardziej kontrolowane sprzężenie. Kawałki są motoryczne co sprawia, że stają się łatwo przyswajalne. Ta transowość odziedziczona po Gang of Four czy The Pop Group bardzo służy materiałowi. Tu i ówdzie słychać też echa prostolinijnej melodyjności wczesnego punk rocka. Nie mieli tez zamiaru trzymać się struktury "zwrotka - refren - itd." - chwilami przypomina się wręcz NEU! „Vs.” to płyta tyleż intrygująca co porywająca.
Zbierając do wszystko w całość Mission of Burma najbliżej było chyba do No Wave, ale w przystępniejszym, strawniejszym wydaniu. Podobnie podejdą do zagadnienia w kilka lat później Sonic Youth. I to z doskonałym skutkiem. Tym bardziej, że nie będą mieć już na tym polu konkurencji.
Wspominałem o o tym, że grali zajebiście głośne koncerty? A o tym, że gitarzysta spieprzył sobie od tego słuch? No więc właśnie - nagrali jedna płytę i rozpadli się ze względów zdrowotnych. A, że udało im się zrobić coś fajnego i odeszli w niebyt nim zdążyli nagrać słabsza kontynuację zyskali legendarny wręcz status oraz rzesze zwolenników i naśladowców. Tu i ówdzie. W Polsce Tylko Rock lansował tezę, że za wielką wodą niezależny rock rozkwitł w pamiętnym roku 1991. A przecież Pearl Jam nie zatytułowali swojej drugiej płyty "Vs." z uwagi na swa fascynacje Godzillą. Po latach zespół się reaktywował, ale nawet nie słyszałem więc się nie wypowiem czy zrobili to z klasą. 
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Secrets"
2. Najgorszy moment: męczący, uporczywy szum w uszach.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Guy Delisle "Kroniki birmańskie". Poza tytułem raczej nie ma zbieżności, ale i tak warto przeczytać.
4. Skojarzenia muzyczne: Całe mnóstwo nazw, ale to Mission of Burma powinno być punktem odniesienia.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: drôle de hiver.
6. Ciekawostka: Michael Azerrad poświęcił im rozdział w "Our Band Could Be Your Life: Scenes from the American Indie Underground, 1981-1991".
7. Na dokładkę okładka: Marzy mi się taka tapeta...

89. Pippin: Mission Of Burma, Vs.


Ocena: * * * * 1/4

Na dzień dobry oddajmy głos polskiej Wikipedii: Ścisłe zdefiniowanie pojęcia post-punk jest niemożliwe. Dodatkowy problem sprawia rozgraniczenie post-punka od nowej fali.
Nie ukrywam, że sam mam z tym rozróżnieniem problem, co nie zmienia faktu, że gatunek (gatunki) ten sprawia mi radość wielką. Dla własnych potrzeb, choć nie z własnego pomysłu, zwykłem ów zbiór postpunku z nową falą nazywać eterem, od tytułu jednego ze sztandarowych utworów jednej ze sztandarowych grup nurtu. Skoro wkroczyliśmy poniekąd na grunt chemii, zastanówmy się, jakich składowych należy użyć, by uzyskać eter o odpowiednim nasyceniu i mocy.
Weźmy więc pesymizm Joy Division, melancholię późniejszego The Cure, melodie Buzzcocks, literackie ambicje The Fall, bas Public Image Ltd., gitarę Television, bębny Gang Of Four i zobaczmy, co nam z tego wyjdzie.
Nie twierdzę kategorycznie, że wyjdzie właśnie Mission Of Burma, ale pewnie coś w pobliżu. Bo na przykład smutku i doliny tu raczej mało. W powyższej wyliczance celowo pominąłem Wire, do którego chłopaki zdają się przejawiać największe podobieństwo. A jeśli jeszcze do czegoś porównywać – to dość blisko tu do bardziej melodyjnego Sonic Youth, a jeśli chodzi o wokal, to gdybyście mi powiedzieli, że słucham nieznanych archiwów Fugazi, może i bym uwierzył.
Krzywdzące jednakże byłoby określanie Mission Of Burma wyłącznie w odniesieniu do innych wielkich nowej fali. Grupie nie brakowało niczego, a jeśli nie jest dziś wymieniana jednym tchem z tamtymi, to już smutny splot kolei losu. Posłuchajcie „Vs.” - jego brzmienia gitar, jego nienachalnych, ale niezaprzeczalnie chwytliwych melodii, jego motorycznego basu. Bo słuchajcie i zważcie u siebie: jeżeli nie ruszają Was połamane rytmy „Mica”, przebojowość „Fun World” czy niepokój „Trem Two” - być może to tylko kwestia gustu. Ale jest też niebezpieczna, niezerowa szansa, że przyczepiło się do Was podobne uszkodzenie słuchu, jakiego po nagraniu tej płyty nabawił się Roger Miller. 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Fun World”? „Trem Two”? A może jednak „That's How I Escaped My Certain Fate”?
2. Najgorszy moment: Brak dalszej kariery.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Amerykańska alternatywa lat osiemdziesiątych to w ogóle temat na sążnistą księgę.
4. Skojarzenia muzyczne: Eter.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Escaping from Certain Fate.
6. Ciekawostka: Odrodzili się w początku obecnego tysiąclecia, ale nie wiedzieć dlaczego nie nazwali się Mission Of Myanmar.
7. Na dokładkę okładka: Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną.

89. Basik: Mission of Burma, "Vs."

Mission of Burma - Vs. 

Ocena: * * * * 1/4

Przyznaję, że generalnie jaram się post-punkowymi wydawnictwami. Jest to na tyle pojemny gatunek i podatny na różnorakie międzygatunkowe mutacje, że można znaleźć szereg oryginalnych i niebanalnych zespołów. Post-punk od kilkunastu lat przeżywa swój „revival” (jak stary Interpol czy niedawny Protomartyr), choć jak każde odgrzewane jedzenie nie jest już tak smaczne jak to, co działo się na przełomie lat 70/80 zeszłego wieku, gdzie nastąpiła potężna eksplozja porywających i zmieniających oblicze muzyki na zawsze zespołów. Talking Heads, Killing Joke, Joy Division, Gang of Four - te nazwy zna prawie każdy. Istniało jednak mnóstwo bandów obecnie trochę niesłusznie zapomnianych a w naszym kraju po prostu nieznanych z uwagi na ograniczony dostęp do muzyki w owych w czasach. Przykładem niech będzie This Heat, The Chamelons czy właśnie Mission of Burma, o których istnieniu sam nie miałbym pojęcia gdyby nie red. Azbest. 
To, że warto zainteresować się MoB, już na starcie świadczy pewna straszna ciekawostka. Zespół po nagraniu debiutu zakończył działalność w wyniku uszkodzenia słuchu gitarzysty, spowodowanego w dużej mierze okrutnie głośnymi koncertami. Zachęcające, nie? Słuchając przenikliwej, „dzwoniącej” barwy gitar – co z resztą stanowi wyznacznik brzmienia MoB - trudno się dziwić. Źródła przebijającego wnętrzności ucha jest tu naprawdę dużo i nawet słuchając nagrań studyjnych jasne jest, ze zespół grał bardzo głośno.
Dynamiczne, hałaśliwe brzmienie zespołu to oczywiście nie jeden pozytyw. Dobry materiał zawsze broni się bez wspomagaczy a jego na „Vs.” nie zabrakło. Zawartość albumu jest zdecydowanie piosenkowa, ale przy tym różnorodna. Od numerów szybkich, agresywnych do swobodnych, klimatycznych i melodyjnych. Na przykład cały ”Trem Two” zbudowano na pulsie tremolo/pogłosu a sam numer to absolutnie piękny samograj, choć raczej z tych mrocznych. Podobnie melancholijnie jest bardziej hałaśliwym „Wheaterbox” czy ciekawym rytmicznie „Mica”. „Fun World” brzmi z kolei niczym czad w stylu Nomeansno. „That's How I Escaped My Certain Fate” to szybki punkrockowy hymn, ale ubrany w “brzęczące” gitary i turbochwytliwą melodię.
Poza tym, „Vs.” i w ogóle samo Mission of Burma to jakby kolejne brakujące ogniwo pomiędzy punkrockiem a amerykańską alternatywą przełomu lat 80/90 XX wieku. W dźwiękach „Vs.” odnajdziemy Fugazi, Husker Du, R.E.M. czy przede wszystkim Sonic Youth… Skojarzeń na pewno jest więcej a wpływ MoB na kształt muzycznej sceny USA (i nie tylko) można chyba bez wstydu porównać z zasięgiem rażenia brytyjskiego Wire. 

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Trem Two” i „That's How I Escaped My Certain Fate”
2. Najgorszy moment: przedawkowałem
3. Analogia z innymi element kultury: amerykańska alternatywa 80/90
4. Skojarzenia muzyczne: Fugazi, Husker Du, R.E.M, Nomeansno, Jesus Lizard (posłuchajcie koncertówki), Sonic Youth (bardzo, bardzo!). No i jeszcze Wire.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: „Trem Two” - obserwowanie jak mleko miesza się z kawą
6. Ciekawostka: Roger Miller nie ogłuchł jednak do końca, zespół reaktywował się w 2002 r. i nagrywa do dzisiaj.
7. Na dokładkę okładka: Szukam i szukam. To chyba jakiś wilec ale niestety nie znam się na tym. Podobny dysonans pomiędzy treścią a okładką miał np. „Crybaby” Melvinsów.

89. pilot kameleon: Mission Of Burma "Vs."


*****

Będzie laurka. Mission Of Burma bez wątpienia należą do tych formacji, które miały olbrzymi wpływ na kształtowanie się amerykańskiej sceny alternatywnej lat osiemdziesiątych. Łatwo pisać, nie? Wydany w 1982 roku długograj Vs. dewastuje słuchacza każdym dźwiękiem. Nuta po nucie, takt po takcie, kawałek po kawałku. Pod lupą wygląda to następująco. Niby pochodna punk rocka, ale z silnie pączkującymi zalążkami post punka, zagrana totalnie lekko, świeżo i bez dołującego balastu smutku i nihilizmu. To wszystko dodatkowo zaprawione wspaniale dużą ilością protopunkowych wysokokalorycznych przypraw. Wspaniałe pochody basowe, dyscyplina rytmiczna, genialne riffy, cudowne sprzężenia, świetna robota wokalna. Bez żadnego silenia się, całkowicie na luzie. Jakby grało się samo. Kawałki prują jeden za drugim, hit za hitem, orgazm goni orgazm, a ty padasz wycieńczony z rozkoszy. Erupcja supernowej. Wydaje mi się nawet, że ta muzyka nie mogłaby zostać pochłonięta przez czarną dziurę. Czarne dziury nie imają się zajebistości.
Słuchasz sobie tej płyty i widzisz całe chmary naśladowców, którzy nasłuchali się tego materiału i coś tam z niego skubnęli dla siebie. Kto? Choćby Nomeansno, które sporo patentów przekuło na swoje znaki firmowe. Połamany Fun World najlepszym przykładem. Piosenkowość Pixies? Bez problemu można wskazać kilka miejsc źródłowych. Kolesie od grunge'u, dzieciaki od indie rocka? Wszyscy znali i wałkowali ten album bez opamiętania. Podobno nawet R.E.M. ogrywał jakąś ich kompozycję pod koniec lat 80 na swoich koncertach. Nie dość, że zajebista, to dodatkowo żywa i inspirująca przez lata.
Jedna z najbardziej wpływowych płyt na świecie. Ciągle świeża, ciągle zaskakująca, wspaniale zajmująca. Jak ja lubię takie akcje! Na kolana.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Cały album kopie.
2. Najgorszy moment: Ciężko coś punktować. Bo i po co, skoro całe świetne?
3. Analogia z innymi elementami kultury: Ameryka pierwszej połowy lat 80.
4. Skojarzenia muzyczne: Wpisz ten album na listę obok płyt Wipers, Husker Du i Minuteman.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Poprawy humoru. Jakaś radośćbije z tej muzyki.
6. Ciekawostka: Muzykanty z Mission Of Burma miały ponoć wykształcenie muzyczne. I jest to jeden z niewielu przykładów, kiedy wiedza muzyczna nie prowadzi na manowce.
7. Na dokładkę okładka: Znakomita. Kwiaty i liście w delikatnych pastelowych odcieniach. Kupiłbym materiał w taki wzór i uszyłbym z niego koszulę.

czwartek, 1 stycznia 2015

88. Pippin: 2014

Numerem jeden roku 2014 w każdej możliwej kategorii są narodziny mojego syna. Tym samym w podsumowaniach kolejnych lat spodziewajcie się u mnie kołysanek, epigonów Fasolek i kolejnych odsłon nieśmiertelnych Smerfnych Hitów. A tym razem poprzestańmy jeszcze na rocku i okolicach.
 
1. Swans – To Be Kind
2. Laibach – Spectre
3. Thurston Moore – The Best Day
4. Mastodon – Once More Round the Sun
5. Kristen – The Secret Map
6. The Afghan Whigs - Do to the Beast
7. J Mascis - Tied to a Star
8. Have a Nice Life – The Unnatural World
9. John Garcia
10. Woven Hand – Refractory Obdurate

11. Pink Floyd – The Endless River
12. And You Will Know Us by the Trail of Dead – IX
13. Einstuerzende Neubauten – Lament
14. Sun Kil Moon – Benji
15. Pixies – Indie Cindy
16. Damon Albarn - Everyday Robots
17. Antemasque
18. Mark Lanegan Band - Phantom Radio
19. Jack White - Lazaretto
20. Robert Plant - Lullaby and... the Ceaseless Roar





88. Azbest: 2014

Rok pański 2014 upłynął względnie bezboleśnie, a choć obyło sie bez większych niespodzianek było czego posłuchać.

Swallowed - Lunarterial
Troszkę mnie te fińczyki zaskoczyły. Wcześniejsze krótkie metraże nie przygotowały mnie na debiutancki długograj. Na pierwszy rzut ucha - oldschoolowy, pierwotnie wręcz brzmiący death. I nim się zorientujemy płuca zaczynają się wypełniać bagiennymi wyziewami. I robi się dziwnie...

Kristen - The Secret Map
Nie ma się co rozpisywać - trzeba posłuchać. Nawet już do tego zachęcałem: http://67mil.blogspot.com/2014/11/85-azbest-kristen-secret-map.html

Primordial - Where Greater Men Have Fallen
Obecność tej płyty na mojej liście to praktycznie formalność. Mam wrażenie, że horda Nemtheangi nawet by nie wiedziała jak nagrać słabą płytę. Dla laików i profanów - ci Irlandczycy od lat już grają metal po swojemu - porywający (ale bez zbytniego patosu) i energetyczny (co nie znaczy agresywny). Warto poznać.

Swans - To Be Kind
Gira robi się nudnie przewidywalny. Co dwa lata wypuszcza na rynek kolejna dobra płytę. A o tej to już nawet pisałem. http://67mil.blogspot.com/2014/06/77-azbest-swans-to-be-kind.html

Protomartyr - Under Color of Official Right
Post-punk, ale żadne tam retro. Rasowe, aktualnie brzmiące granie. A, że z czymś się przyjemnie kojarzy? Trudno z tego czynić zarzut, jeśli płyta taka dobra.
 
Scott Walker + Sunn O))) - Soused
Podejrzewam, że taką właśnie płytę chciał nagrać Lou Reed. Cóż, wyszła mu "Lulu" i zmarł. Tym razem zagrało wszystko - Sunn o))) doskonale sprawdziło się w bardziej piosenkowym materiale, a dla Walkera nietypowe podkłady to chleb powszedni.

Run the Jewels - Run the Jewels 2
Najlepsze tegoroczne rapy. A być tak nie musiało, bo druga płyta, i wydana raptem rok po debiucie sugeruje odcinanie kuponów. Na szczęście nie w tym przypadku. Wydawnictwo nie dość, że dojrzalsze to w dodatku ciekawsze niż jedynka. Aż strach pomyslec co El-P i Killer Mike zmajstrują nastepną razą.

Godflesh - A World Lit Only by Fire
Lata rozłąki. Lata domysłów - "Nagra coś czy ograniczy się tylko do lukratywnych, wspominkowych koncertów?". A potem jeszcze oczekiwanie na gotową płytę i trzymanie kciuków by okazała się słuchalna. I mimo, że jestem fanboyem Broadricka mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nie zawiódł. Co prawda tym razem Ameryki nie odkrył, ale co najmniej zrehabilitował się za kilka ostatnich Jesu.

Shellac - Dude Incredible
Kolejny jakby powrót, a sytuacja jednak zupełnie inna. Nie było tej spiny, bo w przypadku Albiniego nikt przy zdrowych zmysłach nie zastanawiał się czy plyta będzie dobra. I faktycznie nie jest źle. Może mniej porywająca i bardziej wyluzowana niż poprzednie Shellaki, ale i tak warto posłuchać.

Trzaska, Mazur, Pandi - Tar & Feathers
Czy roczne podsumowanie mogło się obyć bez moich bałwochwalczych zachwytów nad twórczością Trzaski? Nie mogło. A, że płytę już mieliliśmy podrzucę tylko link: http://67mil.blogspot.com/2014/10/83-azbest-mikoaj-trzaska-rafa-mazur.html

Koncertowo tez nie miałem powodów do narzekań, a chwilami miałem nawet powody do zachwytu. Wystarczy wspomnieć fenomenalny koncert Trzaski, Budzyńskiego i Jacaszka albo Swans.

88. Basik: 2014

Właśnie złapałem się na tym, że na płytę roku chciałbym wytypować “Push the Sky Away” Nick Cave’a. Stukam się w głowę, że to było przecież album z zeszłego roku. Nic nie poradzę, że to tak wyborna rzecz. Zmylił mnie oczywiście wspaniały seans „20 000 dni na Ziemi” – przeciągłe echo tego albumu.
Gradacja lepsza – gorsza płyta w poniższym zestawieniu nie ma większego sensu, bo wszystkie prezentowane poniżej albumy to bardzo grube i soczyste rodzyny. Wyróżniam więc zupełnie subiektywnie, bo mi akurat nikt nie wmówi, że Swans jest lepsze od Zappy. 
Przy okazji Swans stwierdzam, że koncertowo ten rok był całkiem satysfakcjonujący. W Łaźni Nowej nie miażdżyli brutalnie jak poprzednio, tym razem było bardziej klimatycznie. Przypadkiem wylądowałem też na północy w Operze Leśnej na totalnym gigu Portishead. I był jeszcze Slowdive (Bogi!) i tańce na Jeri-Jeri pomiędzy jawą a snem koło szóstej nad ranem na ponoć-chujowym-w-tym-roku Offie. Brotzmann w doskonałym składzie na „jesieni żezu”. Rogiński w Cheder a potem impreza z tysiącem śledzi. Działo się i będzie co wspominać.
Tegorocznych płyt wartych polecenia jest na pewno więcej niż ta skromna dycha poniżej. Z metalowych półek – pisaliśmy o Kriegsmachine ale o zacnym powrocie Godflesh "A World Lit Only by Fire" już nie. Powrócił również Shellac, choć bez rewelacji dobrze usłyszeć Albiniego za wiesłem i majkiem. Bardzo dobrze, zdecydowanie lepiej od debiutu wypadł nowy, dynamiczny Philm gniotący ostatnie dokonania Slayera trzema pierwszymi nutkami. W zeszłym roku przegapiłem Vista Chino, w tym nadrobiłem świetną płytą solową Johna Garcii i przybiłem Brantem Bjorkiem. Post-punkowym odpowiednikiem zeszłorocznego New Model Army stał się piękny "Refractory Obdurate" Wovenhand. Stańko płyty w tym roku nie wydał, jego duch natomiast zderza się z krautrockiem w muzyce Innercity Ensemble
Po drugiej stronie tęczy, w krainie pop znalazły się również rzeczy fajne, jak najczęściej grany u mnie w aucie (nie tylko z uwagi na tytuł) „I Love You But I Must Drive Off This Cliff Now” Got a Girl, zatopiony w ukradzionych z Mazzy Star pogłosach "Ultraviolence" Lany Del Rey oraz świetnie wkręcający się "S/T" St. Vincent czy mroczy „Mess” Liarasów
Kwaśną stronę mocy podtrzymuje nadal The Flaming Lips bezczeszczący Beatlesów w sposób, który chyba spodobałby się Lennonowi. Primus zaskoczył najbardziej „Residentsową” płytą w swojej karierze - Primus & the Chocolate Factory with the Fungi Ensemble. Dla równowagi do psychodelicznych odlotów dorzuciłbym 82-letniego Johna Mayalla, który nagrał "A Special Life", swoją najlepszą płytę od wielu lat (czego nie można powiedzieć o jego ziomku Claptonie). 
To tyle w skrócie, bo tego jest naprawdę więcej. Widzimy się prawdopodobnie w przyszłym roku. Wszystkiego dobrego.

Zappa / Mothers - Roxy by Proxy
W końcu doczekaliśmy rozszerzenia „Roxy & Elswehere”. Tamten album był doskonały, ten jest jeszcze lepszy i dołącza do grona najwybitniejszych płyt koncertowych ever. Arf! Arf! Arf!

Swans - To Be Kind
Przejmująca, uzależniająca, mącąca zmysły pozycja. Swans to więcej niż muzyka. To aura, to kompletne środowisko muzyczne. Muzyka totalna, dźwiękowy kosmos.

Lydia Lunch & Cypress Grove - A Fistful of Desert Blues
Wchodzi pod skórę i zostaje na długo. Niepokojąca. Nawiedzona. Lydia Lunch im starsza, tym lepsza. Pilot, kiedyś stwierdził, że mi wystarczy jak laska śpiewa i już się jaram. Coś w tym jest trafnego, tylko laska jest pod sześćdziesiątkę.

Queen - Live at the Rainbow '74
Zawsze czułem głód wydawnictw koncertowych Queen z etapu „bezwąsego” Freddiego. Wykony z ’74 to absolutny czad, moc i potęga. Łącznie z Zappą „Roxy by Proxy” czuję spełnienie.

Pere Ubu - Carnival of Souls
To chyba będzie najbardziej niedoceniona pozycja w tym roku i osobisty „grower”. Płyta zespołu, który zawsze szusował poza głównym nurtem i jest tak do dzisiaj. Płyta eklektyczna, o baśniowo-upiornej atmosferze. Wciąga jak cholera.

Neneh Cherry - Blank Project
Właściwie tylko głos, instrumenty perkusyjne i syntezator. Bardzo oszczędnie, wręcz surowo. Tak jak trzeba. Poza tym laska koło pięćdziesiątki na wokalu, czyli „wszystko jasne, Basik”.

Antemasque - Antemasque
Patrząc na nazwiska tych panów i znając ich przeszłość oczekiwałem albo ostrego pokurwieństwa albo smęcenia. A tutaj zaskoczenie! Chwytliwe jak jasna cholera. Radiowo – przebojowo a przy tym niebanalnie.

Thurston Moore - The Best Day
Teraz już nie musimy płakać po Sonic Youth. Ta płyta ma bardzo dużo z mojego ulubionego okresu SY i siedzi klimatem gdzieś pomiędzy "Goo" a "Washing Machine".

The Raveonettes - Pe'ahi
Jasne, że mało oryginalne i, ze to już wszystko było. Mam jednak sporą słabość do chwytliwego noise popu. A ten jest odpowiednio chwytliwy i hałaśliwy.

Einstürzende Neubauten - Lament
Eksperymentalna i koncepcyjna rzecz, pewnie najlepiej sprawdziłaby się na żywo. Póki co, Blixa omija Polskę i domowy odsłuch musi wystarczyć.

88. pilot kameleon: 2014

Cywilizacja umiera. Cały świat chyli się ku upadkowi. Natomiast muzyka od kilku lat jest u mnie na fali wznoszącej. Nie chodzi bynajmniej o jej konsumpcję, ale o jakość tego, co obecnie powstaje. Jest w czym wybierać, jest czego słuchać i są to płyty bardzo dobre i znakomite. A kto uważa, że jest inaczej jest raczej dziadem, któremu nie chce się szukać czegoś nowego. A w sumie, to co mnie to obchodzi. Jego sprawa.

1. Swans, To Be Kind. Była mila na temat. W międzyczasie miałem przyjemność zetrzeć się z nimi scenicznie po raz trzeci. I nie ma obecnie większego zespołu niż Łabądki.

2. Kristen, The Secret Map. W tym wypadku też zachwycałem się już wcześniej. Dorodny okaz, smakołyk, który wytrzymuje porównania z resztą świata. Przepięknie skonstruowane wydawnictwo, pełne wewnętrznej dynamiki, ukrytego piękna, ładnych piosenek i niesamowitych przestrzeni muzycznych. Na żywo też kruszą.

3. Eyehategod, Eyehategod. Tutaj mocny, wulgarny cios po ryju. Niby wszystko znane, niby drużyna rozpoznawalna, ale tak entuzjastycznie dopierdolili, że aż zakochałem się na nowo. Takie rzeczy trzeba umieć robić.

4. Have a Nice Life, The Unnatural World. Jeśli brakuje ci smutków do leżenia na kanapie, gapienia się w sufit i umierania, bo wszystko ci się już przejadło, to strzel sobie The Unnatural World. Może nie nowa jakość do umierania, ale zacne odświeżenie dołującej klasyki.

5. Kriegsmaschine, Enemy of Man. Czarna polewka. Gęsta, brutalna, swojsko-polska, ale bez cebuli zaserwowana. W sumie pogniewam się, jak następne ich wydawnictwo wyjdzie za te dajmy na to dziesięć lat. Bo wiem, że będzie na takim samym poziomie jak Enemy Of Man.

6. Mondkopf, Hadès. Nieczęsto przyklejam się do takich dźwięków jak te. Tutaj przywarło dość mocno. Ciemny, spalony, smolisty teren z okolic Hadesu. Szoruję i nie odchodzi. I nie odejdzie. Mało znane, a zapoznać się zdecydowanie warto.

7. Innercity Ensemble, II. Przemielenie tradycji krautowej, elektrycznego Milesa, dorzucenie worka własnych dźwięków i zaserwowanie tego na podwójnym albumie, choć przecież wszystko zmieściłoby się na jednym kompakcie. Teoretycznie tak się nie powinno robić. Teoretycznie.

8. Thurston Moore, The Best Day. Długo wałkowałem. Im więcej słuchałem, tym bardziej się podobało. I w sumie to najlepsza rzecz TM od kilkunastu lat. Wliczając w to również dorobek Sonic Youth.

9. Wovenhand, Refractory Obdurate. Brudaskowata amerikana, mocno przysłonięta kapeluszem i mocno wciskająca w fotel. Nie dane mi było widzieć koncertu, ale liczę, że może w tym roku się uda.

10. Antemasque, Antemasque. Omar i Cedric w kolejnym miłosnym uścisku. Tym razem penetrują teren piosenki, wszystko na swoim miejscu, zamknięte w dość zdyscyplinowanych ramach. Liczę, że popełnią jeszcze coś, bo jak zawsze w przypadku projektów tych panów jest potencjał.

Lista rezerwowa: The Austerity Program, Beyond Calculation; Fennesz, Bécs; Godflesh, Decline & Fall; King Buzzo, This Machine Kills Artists; Merkabah, Moloch; Robert Plant, Lullaby and... the Ceaseless Roar; Primus, Primus & the Chocolate Factory with the Fungi Ensemble; Sun Kil Moon, Benji.

A co na scenie najbardziej radowało?
Wszystko wygrał Negative Approach w Fabryce. Półgodzinny koncert, minutowy bis, energia godna dwudziestolatków, zero pauz między utworami. Tak już nikt dziś nie robi. A szkoda. Dalej genialne Kristen w Re. Miało być dobrze, wyszło tak, że nie wiedziałem gdzie przód, a gdzie tył. Wiosną wspaniały koncert w Bombie, gdzie objawiło się trio Trzaska/Rychlicki/Szpura. Trzy kwadranse jazzu. Jazzu? Skąd! Trzy kwadranse absolutu. Jakby kieliszek za kieliszkiem do gardła się pchał. Jak wspomniałem nie zawiedli Swans na festiwalu Unsound. Oni nigdy już nie zawiodą. A na końcu jesienna poezja nieoczekiwanie się objawiła: Marcin Oleś, Jorgos Skolias i Radek Krzyżowski z poezją Kawafisa w Teatrze Słowackiego. 
Wyróżnienia? Trzaska/Jacaszek/Budzyński na Męskim Graniu słuchane z Plant, Shofar w Fabryce Shindlera, Raphael Rogiński w Cafe Cheder i Innercity Ensemble w klubie Re.
Wszystko w Krk, jakby kto pytał.

A w przyszłym roku nowy Bond. "Spectre" się będzie zwać.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

87. Azbest: Dziesiąta muza

Dla mniej lotnych wyjaśniam - ta muza w tytule nie jest jednoznaczna. Tym razem postanowiliśmy skupić się nie na samej muzyce, ale jej połączeniu z obrazem. Krótko mówiąc - wskazujemy kilka sytuacji gdy wykorzystanie w filmie piosenki znacznie wzbogaciło scenę.
I jeszcze uwaga techniczna. Wybrane filmy mają już parę lat i są raczej znane, ale na wszelki wypadek przestrzegam. Tu i ówdzie może pojawić się SPOILER.

Egzorcysta (1973) - Mike Oldfield "Tubular Bells"
Cóż, nie jest to z całą pewnością typowa piosenka, ale.. Mimo, ze kompozycja Oldfielda sama w sobie nie jest mroczna to jednak użyta w tym filmie sprawia niepokojące wrażenie. Umieszczona w tym kontekście pozwala dostrzec w niej coś nowego? Czy po prostu wiedząc o czym jest film ulegamy autosugestii?

Zagadka nieśmiertelności (1983) - Bauhaus "Bela Lugosi's Dead"
Flagowy kawałek Bauhaus broni się nawet po solidnym skróceniu. Nie tylko czas trwania został zredukowany - z kwartetu na ekranie ostał się praktycznie tylko Peter Murphy. Mimo to straszą tak solidnie, że to najlepszy fragment filmu.

Szklana pułapka (1988) - Vaughn Monroe "Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!"
Doskonałe podkreślenie świątecznej atmosfery filmu. I nie tylko dlatego, że "Szklana pułapka" (tak jak i jej druga część) dzieje się w święta. Bruce Willis na początku filmu zlatuje z chmur z prezentem... Stara się działać niepostrzeżenie... Przeciska się ciasnymi przejściami... Karci niegrzecznych... Zaczęło świtać?

Milczenie owiec (1991) - Q. Lazzarus "Goodbye Horses"
One-hit wonder. Ładna piosenka, ale wyczuwa się w niej coś nieoczekiwanego. To tak jak z tym numerem tanecznym z "Milczenia owiec". Niby Bill wymalowany i wystrojony, ale coś tu wyraźnie nie pasuje. Nawet jeśli ukryte, nie rzuca się w oczy...

Dzień świstaka (1993) - Sonny & Cher "I Got You Babe"
Jest coś drażniącego w tej piosence. I nie tylko przez tę upiorną fujarkę. Może nie wkurza aż tak żeby wjechać pod pociąg, ale... Wyjątkowo umiejętnie użyta w filmie jako element motywujący głównego bohatera.

W imię ojca (1993) - The Jimi Hendrix Experience "Voodoo Child (Slight Return)"
Niebezpieczne czasy, ale przynajmniej muzyka nie musiała byc wówczas bezpieczna. I to dosłownie - gra na wyimaginowanej gitarze o mały włos nie skończyła się tragicznie, ale kinomani mogli nasycić oczy. I uszy. I tak już niezwykle dynamiczna scena po wzbogaceniu kawałkiem Hendrixa wręcz buzuje adrenaliną.
 
Dzień świstaka (1993) - Sonny & Cher "I Got You Babe"
Jest coś drażniącego w tej piosence. I nie tylko przez tę upiorną fujarkę. Może nie wkurza aż tak żeby wjechać pod pociąg, ale... Wyjątkowo umiejętnie użyta w filmie jako element motywujący głównego bohatera.

Shrek (1999) - John Cale "Hallelujah"
Johna Cale słyszeli wszyscy, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. "Hallelujah" to co prawda piosenka Leonarda Cohena, ale to właśnie wykonanie Cale'a stało się tym kanonicznym. A już zwłaszcza po umieszczenie jego wersji w "Shreku". A korzystając z okazji chciałbym przypomnieć, że John Cale to współczesny Mozart.
 
Dzień świstaka (1993) - Sonny & Cher "I Got You Babe"
Jest coś drażniącego w tej piosence. I nie tylko przez tę upiorną fujarkę. Może nie wkurza aż tak żeby wjechać pod pociąg, ale... Wyjątkowo umiejętnie użyta w filmie jako element motywujący głównego bohatera.

Incepcja (2010) - Edith Piaf "Non, Je ne regrette rien"
Idealny wybór, nawet jeśli nie brać pod uwagę, że to znakomita piosenka. Przede wszystkim jeśli zagrać ją woooolnieeej zaczyna szumieć jak morze (a to pojawia się tu i ówdzie). No i jej tematyka idealnie odpowiada historii. Widzowie mogą się głowić nad finałowa sceną: "upadnie czy nie"?, ale dla Cobba nie ma to już znaczenia - wybrał tę chwilę i niczego nie żałuje.
 
Dzień świstaka (1993) - Sonny & Cher "I Got You Babe"
Jest coś drażniącego w tej piosence. I nie tylko przez tę upiorną fujarkę. Może nie wkurza aż tak żeby wjechać pod pociąg, ale... Wyjątkowo umiejętnie użyta w filmie jako element motywujący głównego bohatera.

Tinker Tailor Soldier Spy (2011) - Julio Iglesias "La mer"
Trudno wyobrazić sobie utwór gorzej pasujący do charakteru filmu. Nawet jeśli miał towarzyszyć happy (?) endowi. A jednak gdy słyszymy go po tych dwóch ponurych godzinach przez swój kosmiczny kontrast miażdży głowę niczym obuch.
 
Dzień świstaka (1993) - Sonny & Cher "I Got You Babe"
Jest coś drażniącego w tej piosence. I nie tylko przez tę upiorną fujarkę. Może nie wkurza aż tak żeby wjechać pod pociąg, ale... Wyjątkowo umiejętnie użyta w filmie jako element motywujący głównego bohatera.

Kac Vegas III (2013) - Mr. Chow "Hurt"
Trent Reznor to cienias. Johnny Cash wysiada. Co za ekspresja! No i jakże prorocza okazuje sie ostatnia linijka tekstu. A jeśli nie widzieliście jeszcze filmu, o szczęściarze - darujcie sobie. To jedyny zdatny do konsumpcji fragment.

87. pilot kameleon: Dziesiąta muza

Muzyka w filmie. Dźwięk scalony z obrazem. Muzyka i ruchomy obrazek. Poniższa lista, wybór z przeogromu możliwości, to esencja takiego połączenia. Scalone na amen. Może nieco bałaganiarskie wyszło, bo jest zarówno piosenka, są fragmenty o charakterze ilustracyjnym, czyli w sumie jest lekki bigos. Ale bigos jest dobry, więc musi tak zostać. Kolejność nie ma znaczenia.

Miazgator. Od lat mnie śmieszy. A dialog Psiego Detektywa z kolesiem pod sceną to absolutne arcydzieło.

A View To A Kill (1985) - Duran Duran "AView To A Kill
Najlepszy temat muzyczny z Bonda. Schyłkowy Moore i kwitnący Duran Duran. Potem wszystko było już inne. No i ten klip z latającymi kamerami i walkmanem.

Urodzeni mordercy (1994) - Lard "Forkboy"
Co za pierdolnięcie! Prosty pochód basu, sprzęgło i cios! Bunt w więzieniu, a w tle "Forkboy" z "The Last Temptations Of Reid", czyli Biafra połączony z Ministry. Esencja gęstości.

Film słabiutki jak knajpiane piwo, ale Lipiński zacny jak zawsze. Tutaj na planie filmowym oraz w ujęciu romantyczno-hipisowskim. Lubię. A w filmie występował też Robert Brylewski z legendarnym "Papa Mobile". Czy pamięta to ktoś?
 
More (1969) - Pink Floyd "More"
Płytę znam od dawna, film obejrzałem ostatnio. Obraz jest silnie nasycony flojdowskimi dźwiękami, które bardzo ładnie łączą się z fabułą. Narkotyki, odloty, imprezy, ćpanko, itd. Nie powinno to dziwić, bo nagrano ten materiał specjalnie pod ten obraz. Niemniej jednak muzyka dużo lepsza niż obraz Schroedera.

Aguirre, gniew boży (1972) - Popol Vuh"Aguirre"
Wzorzec. Genialne połączenie dźwięku z obrazem. Herzog, Kinsky, Popol Vuh, mgła, gniew boży, podróż do wnętrza. Jeden z najlepszych tematów muzycznych wykorzystanych w filmie. Total.

Easy Rider (1969) - Steppenwolf "BornTo Be Wild"
Chyba jednak chciałbym mieć motor. Jechałbym. W zachodzącym słońcu Kansas.

Powiększenie (1966) - Yardbirds "Stroll On"
Jeff Beck niszczący wiosło i demolujący zawodny wzmacniacz Voxa. Młodziutki Jimmy Page. Zespół tnie mocnego bluesa, a publika sterczy jak stado zombiaków. Porusza ich jedynie złom muzyczny zrzucony ze sceny.

Dead Man (1995) - Neil Young "Guitar Solo"
Każdy dźwięk  nasycony jest wielkim uczuciem i wielkim znaczeniem. Każde muśnięcie struny, każdy brud, który wylatuje z głośnika. Tak potrafi zagrać tylko Neil Young.

Miami Vice (1986) - Frank Zappa
Dźwięk karabinów maszynowych, narkotyki, piękne kobiety, jachty, słońce. Miami Vice i Frank Zappa jako Mario Fuente. Mogę oglądać bez przerwy.

87. Pippin: Dziesiąta Muza

Dziś będzie o muzyce w filmie, ale nie o takiej, za którą John Williams dostał milion Oscarów. Będzie za to o piosenkach. O konkretnych scenach, z konkretnymi piosenkami, w konkretnych filmach. Które mogą wzruszać, śmieszyć, straszyć – a na pewno zostawać w pamięci. W moim przypadku – dużo mocniej, niż rzeczony John Williams.


Yesterday (1985) – The Beatles „Love me do”
Trochę się tym razem musiałem nagimnastykować, żeby zacząć od Beatelsów, bo tym ruchem skasowałem kilkadziesiąt lat historii kina (a przecież mogłem olać zwyczaj i zacząć choćby od „Somewhere over the Rainbow”). Ale mniejsza. Studniówka, na którą Paweł wejść nie może i stojąc pod bramą szkoły nagle dostrzega Anię i prosi ją do tańca – gdyby film kończył się tą sceną, a nie wezwaniem na rozprawę rozwodową, miałby dziesięć gwiazdek. A tak ma tylko dziewięć z dużym ułamkiem.
(Inna konkurentka z tego filmu to oczywiście scena z „She loves you” w Radiu Luxemburg, ale tam negliż jest.)

Powrót do przyszłości (1985) – Huey Lewis and The News „The Power of Love”
Z tego filmu oczywistym wyborem wydawałoby się „Johnny B. Goode” (i telefon do Chucka Berry'ego), ale zdecydowałem się na inny. Tym razem żadna tam pomnikowa scena. Po prostu ten kawałek zawsze wpędza mnie w dobry nastrój.

Labirynt (1986) – Dawid Bowie „As the World Falls Down”
Jeden z filmów mojego dzieciństwa, byłem ze trzy razy w kinie Szarotka. I chociaż wtedy nie kochałem się jeszcze w Jennifer Connelly (dziś też już się w niej nie kocham), ani nie lubiłem balladek, ten dziwaczny bal hipnotyzował mnie za każdym razem.

Niebo nad Berlinem (1987) – Nick Cave and The Bad Seeds „The Carny” / „From Her to Eternity”
Tu się spotkali po raz pierwszy, gdy anioł przestał być aniołem. A oprócz tego – taką mam w głowie wizję Berlina, jego ponurego klimatu i jego klubów muzycznych okresu zimnej wojny, jaką pokazał mi tu Wim Wenders.

Leon Zawodowiec (1994) – Sting „The Shape of my Heart”
Najbardziej chyba lubię takie sceny (jeszcze o kilku takich dziś przeczytacie), gdy film się kończy, wszystko już zostało powiedziane, a piosenka wszystko puentuje. Piosenka, która zresztą niekoniecznie musi pasować do fabuły, która poza filmem może nawet wydawać się mdła – a tu trafia w punkt. Jak ten Sting, gdy Matylda już posadziła roślinkę.

Zagubiona Autostrada (1997) – Lou Reed „This Magic Moment”
Co tu więcej tłumaczyć? Zobaczył ją po raz pierwszy. This Magic Moment.

Matrix (1999) - Rage Against The Machine „Wake up!”
Wybór z gatunku oczywistych. Fanem Rage Against The Machine specjalnie nie jestem, jednak nie da się ukryć, że z ich muzyką można obalać barykady i robić rewolucję. Tu mamy rewolucję na skalę makro – Neo odkłada słuchawkę, wychodzi z budki i właśnie otworzył ludziom oczy na prawdę o ich świecie. Który już nie jest taki sam. Czy może tu zabrzmieć co innego, niż „Wake up!”? Nawet im daruję zerżnięcie riffu od Zeppelinów.
A czy można też przy ich muzyce robić rewolucję w skali mikro? Można.

Podziemny Krąg (1999) – Pixies „Where is my Mind?”
Jedna z bardziej powalających końcówek w historii kina. Gdy oni stoją, a budynki zaczynają się walić. Jaka piosenka by tu nie zabrzmiała – byłoby dobrze. Niech będą Pixies.

Między Słowami (2003) – The Jesus and Mary Chain „Just like Honey”
I pocałowali się na do widzenia, i każde odeszło w swoją stronę, do swojego życia...

Strażnicy (2009) – Bob Dylan „The Times They are a-changing”
Było dużo zakończeń, więc przewrotnie zakończmy początkiem. Czołówka przypomina minioną chwałę grupy suberbohaterów, a Dylan niepowtarzalnym głosem przypomina, że czasy się zmieniają.

87. Basik: Dziesiąta muza

Dźwięk oraz muzyka już na zawsze wgryzła się w obraz i ciężko wyobrazić sobie, że mogłoby być inaczej. Ile zajebistości straciłby James Bond bez piosenki na otwarcie. Jak bardzo epicka byłaby „Odyseja Kosmiczna” Kubricka bez Straussa? Jak interpretować „Koyaanisqatsi” Godfreya Reggio bez narracji muzyką Philipa Glassa? Czy RMS Titanic zatonąłby bez pomocy Celine Dion?
Do tematu muzyki w filmie można podejść na wiele sposobów. Ja postawiłem na zbiór różnorodnych piosenek pomijając: tematy muzyczne, muzykę poważną, klasyczne musicale (w rozumieniu np. „Sound of Music”) czy muzykę z seriali („The Muppet Show”, “Moonlighting”).
Liczba miejsc jak zwykle ograniczona. Przepraszam cię Bryanie Adamsie, jesteś w drugiej dziesiątce.

1. “Mocne uderzenie” (1967) – Niebiesko-Czarni „Nie pukaj do moich drzwi”

- Przecież ja nie umiem śpiewać!
- To nie ma znaczenia. Mało kto umie a wszyscy śpiewają.
- Ale ja nigdy nie grałem na gitarze!
- To skąd wiesz, że nie umiesz?.

Johnny Tomala to polski pierwowzór muzycznego celebryty. Śpiewać nie potrafi, na gitarze nie zna pół chwytu, ale pławi się w sławie. W tej zabawnej komedii omyłek, satyrze na ówczesny rynek muzyczny, grają za niego gwiazdy big-beatu: Skaldowie i Niebiesko - Czarni

2. “The Rutles: All You Need Is Cash” (1978) – The Rutles “Get Up and Go”

- . Its music led thousands to experiment with tea.

W takim zestawieniu jak to powinien znaleźć się jakiś film muzyczny Beatlesów np. Help!. Chciałem, aby znalazła się też jakaś piosnek Monty Pythona, jak chociażby „Always Look on the Bright Side of Life” albo ta o dzielnym Sir Robinie. Postanowiłem jednak połączyć obie pozycję w jedną i wyszło mi The Rutles.

3. “All That Jazz” (1979) – Roy Scheider & Ben Vereen “By Bye Life"

- Oh, fuck him! He never picks me!
- Honey, I did fuck him and he never picks me either.

Kto nie chciałby odejść z tego świata w Broadwayowskim stylu jak Joe Gideon? EPIC!

4. “Stranger Than Paradise” (1984) - Screamin' Jay Hawkins “I Put a Spell on You”

- What the fuck is that? I really hate that kind of music.
- It’s Screamin Jay Hawkins and he’s a wild man, so bug off!

Zawsze gdy patrzę na czarno białe kadry z “Inaczej niż w Raju” w głowie zaczyna mi grać ten demoniczny walczyk. Jeśli chodzi o filmy Jarmusha warto na pewno dorzucić jeszcze fenomelne otwarcie „Poza Prawem” w wykonaniu Toma Waitsa

5. “Top Gun” (1986) – Kenny Logins “Playing With the Boys"

- Talk to me, Goose.

Obowiązkowy akcent homoerotyczny aby zadowolić wszystkich czytelników.

6. “Der Himmel über Berlin” (1987) – Crime & the City Solution “Six Bells Chime"

- To smoke, and have coffee - and if you do it together, it's fantastic.

“Niebo nad Berlinem” dzięki poetycko-indutrialnej atmosferze oraz muzyce to orgia dla post-punkowców. Nie dość, że gra tu C&tCC, to w finale hałasuje Nick Cave & the Bad Seeds mieszkający wówczas w Berlinie Zachodnim.

7. “Leningrad Cowboys Go America” (1989) – Leningrad Cowboys “Kasakka”

- No commercial potential. Go to America. They'll put up with anything there...

Basista zespołu Leningrad Cowboys – Pekka zamarzł na śmierć. Cena sukcesu jest ogromna a droga trudna tym bardziej, jeśli się jest najgorszym zespołem na Ziemi.

8. “Clerks” (1994) – Olaf “Berserker”

- He really wants to play metal ?
- Yeah, he's got his own band in Moscow.
- it's called "Fuck Your Yankee Blue Jeans"" or something.
- That doesn't sound metal.

K U L T !

9. “Gridlock’d” (1997) - 2pac “Life Is A Traffic Jam”

- Hello? There's a woman been shot - a white woman. Okay? There's a whole bunch of black people out here, shooting and burning cars, talking about revolution. You better send some motherfuckers out here!

Mało znany film a zacny. Bohaterowie zmagając się z problemami natury chemicznej przy okazji ciągną fikcyjny zespół „Eight Mile Road” który jest niemal fikcyjnym supertrio: Na basie Tupac Shakur, na pianinie Tim Roth.

10. „Lost In Translation”(2003) – Bill Murray “More Than This”

- For relaxing times, make it Suntory time.

Nominacja w kategorii najlepszy dziabnięty aktor śpiewa najlepszą piosenkę. Na dokładkę ten piękny finał z „Just Like Honey” The Jesus & Mary Chain. Sofia Coppola kocha muzykę i to w jej filmach widać.

(Wszystkie cytaty pochodzą z przytaczanych filmów)