niedziela, 22 lutego 2015

90. pilot kameleon: Queen, A Kind Of Magic


***-

Lata osiemdziesiąte w dorobku Queen wyraźnie ustępują dokonaniom ze wcześniejszej dekady. Z wielowymiarowej kapeli przeistoczyli się w typowy zespół ejtisowy. No dobra, prawie typowy... Docenić należy chęć zmian i przystosowywanie się do innej rzeczywistości, ale niestety wraz z tą metamorfozą coś wartościowego zniknęło. Były genialne hity, był sceniczny szoł i porywające koncerty, ale płyty przestały mieć równy, wysoki poziom, a stały się zbiorem kawałków, z kilkoma hitami na krążek. Popularność natomiast nadal była wysoka, więc powodów do stresu raczej nie było. Era wideoklipów też zrobiła swoje.
A Kind Of Magic jest właśnie taką płytą typową dla Queen lat osiemdziesiątych. Po mieliźnie w postaci Hot Space zespół machnął przyzwoite The Works i po kolejnych dwóch latach dorzucił omawiany materiał. A jest to płyta nierówna, płyta z brzemieniem soundtracku i niestety kolejny przeciętny, jak na ten zespół, materiał. Jasne, o takich hitach w stylu Queen nikt inny nie mógł marzyć, ale wszystko to wtopione jest w dużą ilość kiepskiego grania. Przykłady? One Year Of Love z saxem na miarę najwspanialszego niemieckiego pornosa. Należy zauważyć, że panowie bardzo musieli cenić dorobek George'a Michaela, bo Pain Is So Close to Pleasure jest niebezpiecznie blisko tej stylistyki. Kto wie, może jakieś relacje na linii Freddie George? Tego typu kawałki ciągną materiał w dół. Oczywiście są też kozackie rzeczy, jak tytulak, One Vision, czy Who Wants to Live Forever (Znasz odpowiedź na to pytanie? Ja znam. Mick Jagger chciałby żyć wiecznie). To jednak trochę mało, bo to wszystko jednak się nie bilansuje tak jak powinno.
Równowaga w zespole wróci w momencie, kiedy historia będzie mieć się ku końcowi, czyli na wysokości 1991 roku.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Hity.
2. Najgorszy moment: Nie hity.
3. Analogia z innymi elementami kultury: AIDS. HIV.
4. Skojarzenia muzyczne: Queen.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Nieśmiertelnego. Machnij całość, proszę!
6. Ciekawostka: Wczoraj byłem na koncercie Queen + Adam Lambert. Miałem nawet wplatać fragment relacji o tym wydarzeniu do recenzji, ale wyszło inaczej. Dlaczego? Kiedyś Wam opowiem.
7. Na dokładkę okładka: Zawsze lubili mieć siebie na okładce. Czasami wychodziło, tutaj niekoniecznie.

90. Pippin: Queen, A Kind of Magic


Ocena: * * * 1/2

Gdy byłem dzieciakiem i znałem trzy utwory Queen na krzyż (załóżmy, że były to ”Radio Ga Ga”, „I want to break free” i „A kind of magic”, doznałem niemałego rozbawienia, czytając list w jakimś piśmie muzycznym lub młodzieżowym. Autor pisał mianowicie, że poszukuje na wymianę płyt zespołów hardrockowych – Deep Purple, Queen, Budgie i coś tam jeszcze. Budgie nie znałem, Deep Purple jak najbardziej kojarzyłem, ale Queen? Jaki hardrock, co to za głupie żarty? Przecież Queen to taki melodyjny poprock z syntezatorami. Nabrałem zatem własnego zdania o wiedzy i zorientowaniu autora listu i wróciłem do swoich zajęć.

Musiało minąć kilka lat, zanim zrozumiałem, że pod względem stylistyki były co najmniej dwa Queeny. Ten bardziej hardrockowy z lat siedemdziesiątych i ten bardziej komercyjny z następnej dekady. Plus jeszcze wybryk w postaci „Innuendo”. Z płyt „drugiego Queen” „A Kind of Magic” jest chyba najlepsze – kompozycje są ciekawsze, a aranżacje bardziej wyrafinowane niż na poprzednich dwóch, dość kiepskich, płytach.
Musiało minąć kolejne kilka lat, zanim zrozumiałem, że Queen był jednak jeden. I że w jakie stylistyczne rejony by nie brnął, cechy charakterystyczne miał zawsze te same. I to, może i popowo-plastikowe, „A Kind of Magic” wszystkie te cechy posiada. Bo „One vision” ma porządny riff, utwór tytułowy charakterystyczne wielogłosy i harmonie wokalne, „Who wants to live forever” natchnioną solówkę gitarową Briana, bo „Princes of the Universe” to wiązanka kilku wątków i zmieniających się tematów, niczym na „Nocy w operze”, a „Friends will be friends” to na pewno nie jest poziom „We are the champions”, ale należy do tego samego podgatunku stadionowych hymnów. Queen nie zmieniał ducha, zmieniał tylko środki wyrazu. Jasne, pomysły miewał lepsze i gorsze. Na tej płycie stoi pośrodku. Są wzloty („Who wants to live forever”), są utwory co najmniej dobre (tytułowy), są przeciętne („One vision”), są i słabe. Najbardziej przeszkadza nie słabość kompozycji, tylko dyskotekowo-popowe aranżacje. Ale cóż poradzisz, takie były czasy, a chłopaki nie zamierzali ignorować nowinek i popularnych brzmień.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Nagła zmiana wokalisty, czyli kontrast między pierwszą a drugą zwrotką „Who wants to live forever”.
2. Najgorszy moment: „Don't lose your head”.
3. Analogia z innymi elementami kultury: „One vision” z jakże znajomym wersem „I had a dream” nawiązuje do przemówień i poglądów Martina Luthera Kinga.
4. Skojarzenia muzyczne: Przede wszystkim Queen, a oprócz tego MTV i hity lat osiemdziesiątych.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wiecie, nic specjalnego – obcinanie głów w podziemnym garażu, ganianie po szkockich łąkach, Sean Connery z wąsami.
6. Ciekawostka: Gdy byłem mały, ale kojarzyłem już coś tam z języków angielskiego i niemieckiego, byłem przekonany, że tytuł tego albumu oznacza „magiczne dziecko”.
7. Na dokładkę okładka: Wszystko fajne i śmieszne, ale najbardziej Freddie, który jako żywo przypomina Jacka Cygana.

90. Basik: Queen, "A Kind of Magic"

Queen - A Kind of Magic

Ocena: * * * 1/2

Osiemdziesiona nie była litościwa dla klasycznego rocka. Długowłosym gwiazdom z ubiegłej dekady albo nie udało się przetrwać, albo też zachować twarzy w obliczu ofensywy syntezatorów, glamu i pośladków George’a Michaela. Nawet tym największym jak David Bowie zdarzyły się nagrać albumy przykre lub bardzo przykre. I dobrze, że tak się stało. Muzycy zrobili miejsce, przewietrzyli środowisko i wrócili (lub nie) w latach 90 z nowymi siłami. To już oczywiście inna historia.
Dzisiaj zostajemy w tych „okropnych” latach 80. Przypadku Queen ‘80 nie da się generalizować według powyższego wzorca. Owszem nagrali głupawego „Flasha Gordona” i nikczemne „Hot Space”. Ale to właśnie na żałosnym „Hot Space” jest „Under Pressure” a temat z Flasza zna każdy. Gigantyczna część przebojów zespołu pochodzi z epoki osiemdziesiątej. „Radio Gaga”? „I Want it All”? „The Invisible Man”?, „Another One Bites a Dust”?, „I Want to Break Free”? Jeszcze? Jestem w stanie wyobrazić sobie, że wiele osób utożsamia zespół Freddiego bardziej z tamtą dekadą niż latami 70.
Problemem z albumami Queen z czasu syntezatorów jest jeden. Te płyty są po prostu nierówne. Na szczęście w różnych proporcjach. Zdecydowanie bez wstydu obok „The Game” (choć ten stoi jedną nogą w 1979 roku) można polecić „A Kind of Magic”. Ten album wygrywa lata osiemdziesiąte ilością świetnych numerów, z których połowę zna właściwie każdy średniozaawansowany słuchacz radia. Hardrockowy rozpierdalacz - „One Vision”, queenowski hymn - „Friends Will Be Friends”, ballada - „Who Wants to Live Forever” czy utwór tytułowy z chwytliwą, kołyszącą linią basu. Z drugiej strony gdyby przyjrzeć się “A Kind of Magic” szerzej, obcujemy z dziwną mieszanką popu i momentami naprawdę ciężkiego rocka. Syntetyczny „Don’t Loose Your Head” to właściwie jakiś proto-rave a zaraz za nim wjeżdża potężny i kucowaty „Princes of the Universe”. Ja lubię ten rozrzut, ale nie wszystkim to jednak podejdzie. Szczególnie, że produkcja albumu (ten werbel…) jest typowa jak na owe czasy i nie zachęca (choć trzeba przyznać, że remaster na czterdziestolecie jest całkiem soczysty).
„A Kind Of Magic” to taka mieszanka „zła koniecznego”, kompromisu z estetyką lat osiemdziesiątych i dużą dawką bardzo dobrego materiału. O tym, że zespół w okresie wydania płyty był u szczytu formy, popularności i brzmiał zupełnie rockowo najlepiej świadczą bardzo obficie udokumentowane koncerty z legendarnym „Live At Wembley” na czele. Była to ostatnia ich trasa koncertowa, choć nie ostatnie ważne osiągnięcie zespołu.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Princes of the Universe”. Jestę kucę.
2. Najgorszy moment: „Pain Is So Close to Pleasure”
3. Analogia z innymi elementami kultury: smażony kurczak w „One Vision”
4. Skojarzenia muzyczne: Moi ulubieni folołersi: Electric Six. (Poza tym Eazy-E).
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nie wspominam, że „A Kind of Magic” to soundtrack do filmu „Highlander” vel „Nieśmiertelny góral” z Szogunem i Bondem w rolach głównych. Po pierwsze, że film debilny (acz ekstremalnie i niezamierzenie śmieszny!) , po drugie muzyka – poza samplami – kompletnie oderwana od obrazu.
6. Ciekawostka: Christopher Lambert nigdy nie śpiewał w Queen. Generalnie słabo wychodzi mu mówienie, a co dopiero śpiewanie. Adam Lambert za to śpiewa w Queen. Wal się, Brian.
7. Na dokładkę okładka: Postacie z teledysku, który pamiętam mgliście z dzieciństwa. Na szczęście nikt nie wpadł na pomysł, aby wrzucić tu Kurgana.

90. Azbest: Queen, "A Kind of Magic"


**1/2

1986 - cóż to był za rok... Kometa Halleya ponownie pojawiła się na niebie. I choć postęp cywilizacji sprawił, że trudniej ją było dostrzec, jak zawsze wielu widziało w niej znak. Jedni pomyślny, inni złowróżbny. I rzeczywiście sporo się wówczas działo. Slayer wydał "Reign in Blood", Sonic Youth "EVOL". Bliżej nas zadebiutowali (w pewnym sensie) Siekiera i Lech Janerka. A tymczasem w Anglii...
Queen byli u szczytu sławy. Zaledwie rok wcześniej zabłysnęli euforycznie przyjętym koncertem na Live Aid. Powszechna jest opinia, że to oni tego dnia najbardziej porwali publiczność. A trzeba pamiętać, że zgromadziła się tam śmietanka ówczesnej muzyki pop. Daje to pojęcie o formie zespołu i jego możliwościach. Tak jak i może nasuwać przypuszczenia odnośnie zawartości kolejnego albumu. I faktycznie – archetypiczny stadionowy pop-rock w zawodowym wydaniu. Materiał różnorodny – znajdzie się i coś do pomachania głową („Princes of the Universe”), coś ckliwego do ochłonięcia („One Year of Love”), idealny podkład do wzniesienia zapalniczki („Friends Will Be Friends”) itd. Oczywiście kompozycje są na tyle uproszczone by nawet najmniej uważny słuchacz na stadionie nie miał okazji się pogubić. By dodać płycie rockowego sznytu bogato okraszono ją nachalnymi i nieciekawymi solówkami gitarowymi. A czy muszę wspominać o gładkiej i modnej produkcji?
Jak można się spodziewać, prawie trzy dekady później płyta nie za bardzo się broni. Piosenki pomyślane jako podkład pod grę świateł i popisy wokalisty słuchane w domowym zaciszu wydają się nie na miejscu. Oczywiście jest porywający „One Vision” czy całkiem interesujący utwór tytułowy, ale nie są w stanie usprawiedliwić słuchania całego albumu. W dodatku, pod względem brzmienia płyta się brzydko zestarzała (zwłaszcza perkusja kłuje w uszy) – plastik w międzyczasie wyszedł z mody.
1986 - cóż to był za rok... Kometa Halleya ponownie pojawiła się na niebie. I choć postęp cywilizacji sprawił, że trudniej ją było dostrzec, jak zawsze wielu widziało w niej znak. Jedni pomyślny, inni złowróżbny. I rzeczywiście sporo się wówczas działo. Rozpadło się Black Flag, pojawił się pierwszy wirus komputerowy, niefortunnie wystartował "Challenger". Bliżej nas zastrzelono Olofa Palme i miała miejsce katastrofa w Czarnobylu. No i swoją premierę miała dwunasta płyta Queen "A Kind of Magic"...
Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: "One Vision" 
2. Najgorszy moment: mimo dużej konkurencji bezkonkurencyjny pozostaje "Gimme the Prize" 
3. Analogia z innymi elementami kultury: Jakoś nie miałem jeszcze okazji wspomnieć o znakomicie przerobionym przez Laibach "One Vision". 
4. Skojarzenia muzyczne: "Princes of the Universe" przywodzi mi na myśl dokonania Manowar. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Zapewne golenie nóg, ale nie porwała mnie na tyle bym miał ochotę sprawdzać. 
6. Ciekawostka: Fanem Queen był Kurt Cobain. W swoim ostatnim dziele zacytował nawet fragment "Gimme the Prize" ("It's better to burn out than to fade away!"). 
7. Na dokładkę okładka: Żółte i pomarańczowe garniaki – eighties!.

wtorek, 20 stycznia 2015

89. Azbest: Mission of Burma, "Vs."

 ****1/2

Łagodzenie brzmienia - zmora zespołów tzw. sceny alternatywnej. Z reguły traci na tym tak zespół jak i słuchacze. Wraz z szumami, trzaskami i przeróżnymi chropowatościami ubywa im wiarygodności, a i grają jakby mniej interesująco. Z reguły... Są rzadkie przypadki gdy taki zabieg decyduje o tym, że zespół zaistnieje w masowej świadomości. Przykład? Mission of Burma. Zasłynęli w rodzinnym Bostonie z hałaśliwych i piekielnie głośnych koncertów. I to parę lat przed Swans czy Sonic Youth. Lecz gdy krążąca w "środowisku" fama zderzyła się z pierwszymi zarejestrowanymi nagraniami okazało się, że realizator popracował trochę nad brzmieniem zespołu. Ale i tak było czego posłuchać.
Mission of Burma powstało w 1979 roku, ale zamiast załapać się na końcówkę pierwszej fali punka albo stać się pionierami hardcore poszli w swoją stronę. Muzykę na ich pierwszej (i do czasu reaktywacji jedynej) płycie "Vs." najlepiej można opisać jako swego rodzaju etap przejściowy między post-punkiem a noise rockiem.
Są tu hałaśliwe, brzęczące gitary - riffy sprawiają wrażenia jakby w każdej chwili miały się posypać w mniej czy bardziej kontrolowane sprzężenie. Kawałki są motoryczne co sprawia, że stają się łatwo przyswajalne. Ta transowość odziedziczona po Gang of Four czy The Pop Group bardzo służy materiałowi. Tu i ówdzie słychać też echa prostolinijnej melodyjności wczesnego punk rocka. Nie mieli tez zamiaru trzymać się struktury "zwrotka - refren - itd." - chwilami przypomina się wręcz NEU! „Vs.” to płyta tyleż intrygująca co porywająca.
Zbierając do wszystko w całość Mission of Burma najbliżej było chyba do No Wave, ale w przystępniejszym, strawniejszym wydaniu. Podobnie podejdą do zagadnienia w kilka lat później Sonic Youth. I to z doskonałym skutkiem. Tym bardziej, że nie będą mieć już na tym polu konkurencji.
Wspominałem o o tym, że grali zajebiście głośne koncerty? A o tym, że gitarzysta spieprzył sobie od tego słuch? No więc właśnie - nagrali jedna płytę i rozpadli się ze względów zdrowotnych. A, że udało im się zrobić coś fajnego i odeszli w niebyt nim zdążyli nagrać słabsza kontynuację zyskali legendarny wręcz status oraz rzesze zwolenników i naśladowców. Tu i ówdzie. W Polsce Tylko Rock lansował tezę, że za wielką wodą niezależny rock rozkwitł w pamiętnym roku 1991. A przecież Pearl Jam nie zatytułowali swojej drugiej płyty "Vs." z uwagi na swa fascynacje Godzillą. Po latach zespół się reaktywował, ale nawet nie słyszałem więc się nie wypowiem czy zrobili to z klasą. 
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Secrets"
2. Najgorszy moment: męczący, uporczywy szum w uszach.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Guy Delisle "Kroniki birmańskie". Poza tytułem raczej nie ma zbieżności, ale i tak warto przeczytać.
4. Skojarzenia muzyczne: Całe mnóstwo nazw, ale to Mission of Burma powinno być punktem odniesienia.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: drôle de hiver.
6. Ciekawostka: Michael Azerrad poświęcił im rozdział w "Our Band Could Be Your Life: Scenes from the American Indie Underground, 1981-1991".
7. Na dokładkę okładka: Marzy mi się taka tapeta...

89. Pippin: Mission Of Burma, Vs.


Ocena: * * * * 1/4

Na dzień dobry oddajmy głos polskiej Wikipedii: Ścisłe zdefiniowanie pojęcia post-punk jest niemożliwe. Dodatkowy problem sprawia rozgraniczenie post-punka od nowej fali.
Nie ukrywam, że sam mam z tym rozróżnieniem problem, co nie zmienia faktu, że gatunek (gatunki) ten sprawia mi radość wielką. Dla własnych potrzeb, choć nie z własnego pomysłu, zwykłem ów zbiór postpunku z nową falą nazywać eterem, od tytułu jednego ze sztandarowych utworów jednej ze sztandarowych grup nurtu. Skoro wkroczyliśmy poniekąd na grunt chemii, zastanówmy się, jakich składowych należy użyć, by uzyskać eter o odpowiednim nasyceniu i mocy.
Weźmy więc pesymizm Joy Division, melancholię późniejszego The Cure, melodie Buzzcocks, literackie ambicje The Fall, bas Public Image Ltd., gitarę Television, bębny Gang Of Four i zobaczmy, co nam z tego wyjdzie.
Nie twierdzę kategorycznie, że wyjdzie właśnie Mission Of Burma, ale pewnie coś w pobliżu. Bo na przykład smutku i doliny tu raczej mało. W powyższej wyliczance celowo pominąłem Wire, do którego chłopaki zdają się przejawiać największe podobieństwo. A jeśli jeszcze do czegoś porównywać – to dość blisko tu do bardziej melodyjnego Sonic Youth, a jeśli chodzi o wokal, to gdybyście mi powiedzieli, że słucham nieznanych archiwów Fugazi, może i bym uwierzył.
Krzywdzące jednakże byłoby określanie Mission Of Burma wyłącznie w odniesieniu do innych wielkich nowej fali. Grupie nie brakowało niczego, a jeśli nie jest dziś wymieniana jednym tchem z tamtymi, to już smutny splot kolei losu. Posłuchajcie „Vs.” - jego brzmienia gitar, jego nienachalnych, ale niezaprzeczalnie chwytliwych melodii, jego motorycznego basu. Bo słuchajcie i zważcie u siebie: jeżeli nie ruszają Was połamane rytmy „Mica”, przebojowość „Fun World” czy niepokój „Trem Two” - być może to tylko kwestia gustu. Ale jest też niebezpieczna, niezerowa szansa, że przyczepiło się do Was podobne uszkodzenie słuchu, jakiego po nagraniu tej płyty nabawił się Roger Miller. 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Fun World”? „Trem Two”? A może jednak „That's How I Escaped My Certain Fate”?
2. Najgorszy moment: Brak dalszej kariery.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Amerykańska alternatywa lat osiemdziesiątych to w ogóle temat na sążnistą księgę.
4. Skojarzenia muzyczne: Eter.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Escaping from Certain Fate.
6. Ciekawostka: Odrodzili się w początku obecnego tysiąclecia, ale nie wiedzieć dlaczego nie nazwali się Mission Of Myanmar.
7. Na dokładkę okładka: Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną.

89. Basik: Mission of Burma, "Vs."

Mission of Burma - Vs. 

Ocena: * * * * 1/4

Przyznaję, że generalnie jaram się post-punkowymi wydawnictwami. Jest to na tyle pojemny gatunek i podatny na różnorakie międzygatunkowe mutacje, że można znaleźć szereg oryginalnych i niebanalnych zespołów. Post-punk od kilkunastu lat przeżywa swój „revival” (jak stary Interpol czy niedawny Protomartyr), choć jak każde odgrzewane jedzenie nie jest już tak smaczne jak to, co działo się na przełomie lat 70/80 zeszłego wieku, gdzie nastąpiła potężna eksplozja porywających i zmieniających oblicze muzyki na zawsze zespołów. Talking Heads, Killing Joke, Joy Division, Gang of Four - te nazwy zna prawie każdy. Istniało jednak mnóstwo bandów obecnie trochę niesłusznie zapomnianych a w naszym kraju po prostu nieznanych z uwagi na ograniczony dostęp do muzyki w owych w czasach. Przykładem niech będzie This Heat, The Chamelons czy właśnie Mission of Burma, o których istnieniu sam nie miałbym pojęcia gdyby nie red. Azbest. 
To, że warto zainteresować się MoB, już na starcie świadczy pewna straszna ciekawostka. Zespół po nagraniu debiutu zakończył działalność w wyniku uszkodzenia słuchu gitarzysty, spowodowanego w dużej mierze okrutnie głośnymi koncertami. Zachęcające, nie? Słuchając przenikliwej, „dzwoniącej” barwy gitar – co z resztą stanowi wyznacznik brzmienia MoB - trudno się dziwić. Źródła przebijającego wnętrzności ucha jest tu naprawdę dużo i nawet słuchając nagrań studyjnych jasne jest, ze zespół grał bardzo głośno.
Dynamiczne, hałaśliwe brzmienie zespołu to oczywiście nie jeden pozytyw. Dobry materiał zawsze broni się bez wspomagaczy a jego na „Vs.” nie zabrakło. Zawartość albumu jest zdecydowanie piosenkowa, ale przy tym różnorodna. Od numerów szybkich, agresywnych do swobodnych, klimatycznych i melodyjnych. Na przykład cały ”Trem Two” zbudowano na pulsie tremolo/pogłosu a sam numer to absolutnie piękny samograj, choć raczej z tych mrocznych. Podobnie melancholijnie jest bardziej hałaśliwym „Wheaterbox” czy ciekawym rytmicznie „Mica”. „Fun World” brzmi z kolei niczym czad w stylu Nomeansno. „That's How I Escaped My Certain Fate” to szybki punkrockowy hymn, ale ubrany w “brzęczące” gitary i turbochwytliwą melodię.
Poza tym, „Vs.” i w ogóle samo Mission of Burma to jakby kolejne brakujące ogniwo pomiędzy punkrockiem a amerykańską alternatywą przełomu lat 80/90 XX wieku. W dźwiękach „Vs.” odnajdziemy Fugazi, Husker Du, R.E.M. czy przede wszystkim Sonic Youth… Skojarzeń na pewno jest więcej a wpływ MoB na kształt muzycznej sceny USA (i nie tylko) można chyba bez wstydu porównać z zasięgiem rażenia brytyjskiego Wire. 

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Trem Two” i „That's How I Escaped My Certain Fate”
2. Najgorszy moment: przedawkowałem
3. Analogia z innymi element kultury: amerykańska alternatywa 80/90
4. Skojarzenia muzyczne: Fugazi, Husker Du, R.E.M, Nomeansno, Jesus Lizard (posłuchajcie koncertówki), Sonic Youth (bardzo, bardzo!). No i jeszcze Wire.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: „Trem Two” - obserwowanie jak mleko miesza się z kawą
6. Ciekawostka: Roger Miller nie ogłuchł jednak do końca, zespół reaktywował się w 2002 r. i nagrywa do dzisiaj.
7. Na dokładkę okładka: Szukam i szukam. To chyba jakiś wilec ale niestety nie znam się na tym. Podobny dysonans pomiędzy treścią a okładką miał np. „Crybaby” Melvinsów.

89. pilot kameleon: Mission Of Burma "Vs."


*****

Będzie laurka. Mission Of Burma bez wątpienia należą do tych formacji, które miały olbrzymi wpływ na kształtowanie się amerykańskiej sceny alternatywnej lat osiemdziesiątych. Łatwo pisać, nie? Wydany w 1982 roku długograj Vs. dewastuje słuchacza każdym dźwiękiem. Nuta po nucie, takt po takcie, kawałek po kawałku. Pod lupą wygląda to następująco. Niby pochodna punk rocka, ale z silnie pączkującymi zalążkami post punka, zagrana totalnie lekko, świeżo i bez dołującego balastu smutku i nihilizmu. To wszystko dodatkowo zaprawione wspaniale dużą ilością protopunkowych wysokokalorycznych przypraw. Wspaniałe pochody basowe, dyscyplina rytmiczna, genialne riffy, cudowne sprzężenia, świetna robota wokalna. Bez żadnego silenia się, całkowicie na luzie. Jakby grało się samo. Kawałki prują jeden za drugim, hit za hitem, orgazm goni orgazm, a ty padasz wycieńczony z rozkoszy. Erupcja supernowej. Wydaje mi się nawet, że ta muzyka nie mogłaby zostać pochłonięta przez czarną dziurę. Czarne dziury nie imają się zajebistości.
Słuchasz sobie tej płyty i widzisz całe chmary naśladowców, którzy nasłuchali się tego materiału i coś tam z niego skubnęli dla siebie. Kto? Choćby Nomeansno, które sporo patentów przekuło na swoje znaki firmowe. Połamany Fun World najlepszym przykładem. Piosenkowość Pixies? Bez problemu można wskazać kilka miejsc źródłowych. Kolesie od grunge'u, dzieciaki od indie rocka? Wszyscy znali i wałkowali ten album bez opamiętania. Podobno nawet R.E.M. ogrywał jakąś ich kompozycję pod koniec lat 80 na swoich koncertach. Nie dość, że zajebista, to dodatkowo żywa i inspirująca przez lata.
Jedna z najbardziej wpływowych płyt na świecie. Ciągle świeża, ciągle zaskakująca, wspaniale zajmująca. Jak ja lubię takie akcje! Na kolana.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Cały album kopie.
2. Najgorszy moment: Ciężko coś punktować. Bo i po co, skoro całe świetne?
3. Analogia z innymi elementami kultury: Ameryka pierwszej połowy lat 80.
4. Skojarzenia muzyczne: Wpisz ten album na listę obok płyt Wipers, Husker Du i Minuteman.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Poprawy humoru. Jakaś radośćbije z tej muzyki.
6. Ciekawostka: Muzykanty z Mission Of Burma miały ponoć wykształcenie muzyczne. I jest to jeden z niewielu przykładów, kiedy wiedza muzyczna nie prowadzi na manowce.
7. Na dokładkę okładka: Znakomita. Kwiaty i liście w delikatnych pastelowych odcieniach. Kupiłbym materiał w taki wzór i uszyłbym z niego koszulę.

czwartek, 1 stycznia 2015

88. Pippin: 2014

Numerem jeden roku 2014 w każdej możliwej kategorii są narodziny mojego syna. Tym samym w podsumowaniach kolejnych lat spodziewajcie się u mnie kołysanek, epigonów Fasolek i kolejnych odsłon nieśmiertelnych Smerfnych Hitów. A tym razem poprzestańmy jeszcze na rocku i okolicach.
 
1. Swans – To Be Kind
2. Laibach – Spectre
3. Thurston Moore – The Best Day
4. Mastodon – Once More Round the Sun
5. Kristen – The Secret Map
6. The Afghan Whigs - Do to the Beast
7. J Mascis - Tied to a Star
8. Have a Nice Life – The Unnatural World
9. John Garcia
10. Woven Hand – Refractory Obdurate

11. Pink Floyd – The Endless River
12. And You Will Know Us by the Trail of Dead – IX
13. Einstuerzende Neubauten – Lament
14. Sun Kil Moon – Benji
15. Pixies – Indie Cindy
16. Damon Albarn - Everyday Robots
17. Antemasque
18. Mark Lanegan Band - Phantom Radio
19. Jack White - Lazaretto
20. Robert Plant - Lullaby and... the Ceaseless Roar





88. Azbest: 2014

Rok pański 2014 upłynął względnie bezboleśnie, a choć obyło sie bez większych niespodzianek było czego posłuchać.

Swallowed - Lunarterial
Troszkę mnie te fińczyki zaskoczyły. Wcześniejsze krótkie metraże nie przygotowały mnie na debiutancki długograj. Na pierwszy rzut ucha - oldschoolowy, pierwotnie wręcz brzmiący death. I nim się zorientujemy płuca zaczynają się wypełniać bagiennymi wyziewami. I robi się dziwnie...

Kristen - The Secret Map
Nie ma się co rozpisywać - trzeba posłuchać. Nawet już do tego zachęcałem: http://67mil.blogspot.com/2014/11/85-azbest-kristen-secret-map.html

Primordial - Where Greater Men Have Fallen
Obecność tej płyty na mojej liście to praktycznie formalność. Mam wrażenie, że horda Nemtheangi nawet by nie wiedziała jak nagrać słabą płytę. Dla laików i profanów - ci Irlandczycy od lat już grają metal po swojemu - porywający (ale bez zbytniego patosu) i energetyczny (co nie znaczy agresywny). Warto poznać.

Swans - To Be Kind
Gira robi się nudnie przewidywalny. Co dwa lata wypuszcza na rynek kolejna dobra płytę. A o tej to już nawet pisałem. http://67mil.blogspot.com/2014/06/77-azbest-swans-to-be-kind.html

Protomartyr - Under Color of Official Right
Post-punk, ale żadne tam retro. Rasowe, aktualnie brzmiące granie. A, że z czymś się przyjemnie kojarzy? Trudno z tego czynić zarzut, jeśli płyta taka dobra.
 
Scott Walker + Sunn O))) - Soused
Podejrzewam, że taką właśnie płytę chciał nagrać Lou Reed. Cóż, wyszła mu "Lulu" i zmarł. Tym razem zagrało wszystko - Sunn o))) doskonale sprawdziło się w bardziej piosenkowym materiale, a dla Walkera nietypowe podkłady to chleb powszedni.

Run the Jewels - Run the Jewels 2
Najlepsze tegoroczne rapy. A być tak nie musiało, bo druga płyta, i wydana raptem rok po debiucie sugeruje odcinanie kuponów. Na szczęście nie w tym przypadku. Wydawnictwo nie dość, że dojrzalsze to w dodatku ciekawsze niż jedynka. Aż strach pomyslec co El-P i Killer Mike zmajstrują nastepną razą.

Godflesh - A World Lit Only by Fire
Lata rozłąki. Lata domysłów - "Nagra coś czy ograniczy się tylko do lukratywnych, wspominkowych koncertów?". A potem jeszcze oczekiwanie na gotową płytę i trzymanie kciuków by okazała się słuchalna. I mimo, że jestem fanboyem Broadricka mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nie zawiódł. Co prawda tym razem Ameryki nie odkrył, ale co najmniej zrehabilitował się za kilka ostatnich Jesu.

Shellac - Dude Incredible
Kolejny jakby powrót, a sytuacja jednak zupełnie inna. Nie było tej spiny, bo w przypadku Albiniego nikt przy zdrowych zmysłach nie zastanawiał się czy plyta będzie dobra. I faktycznie nie jest źle. Może mniej porywająca i bardziej wyluzowana niż poprzednie Shellaki, ale i tak warto posłuchać.

Trzaska, Mazur, Pandi - Tar & Feathers
Czy roczne podsumowanie mogło się obyć bez moich bałwochwalczych zachwytów nad twórczością Trzaski? Nie mogło. A, że płytę już mieliliśmy podrzucę tylko link: http://67mil.blogspot.com/2014/10/83-azbest-mikoaj-trzaska-rafa-mazur.html

Koncertowo tez nie miałem powodów do narzekań, a chwilami miałem nawet powody do zachwytu. Wystarczy wspomnieć fenomenalny koncert Trzaski, Budzyńskiego i Jacaszka albo Swans.

88. Basik: 2014

Właśnie złapałem się na tym, że na płytę roku chciałbym wytypować “Push the Sky Away” Nick Cave’a. Stukam się w głowę, że to było przecież album z zeszłego roku. Nic nie poradzę, że to tak wyborna rzecz. Zmylił mnie oczywiście wspaniały seans „20 000 dni na Ziemi” – przeciągłe echo tego albumu.
Gradacja lepsza – gorsza płyta w poniższym zestawieniu nie ma większego sensu, bo wszystkie prezentowane poniżej albumy to bardzo grube i soczyste rodzyny. Wyróżniam więc zupełnie subiektywnie, bo mi akurat nikt nie wmówi, że Swans jest lepsze od Zappy. 
Przy okazji Swans stwierdzam, że koncertowo ten rok był całkiem satysfakcjonujący. W Łaźni Nowej nie miażdżyli brutalnie jak poprzednio, tym razem było bardziej klimatycznie. Przypadkiem wylądowałem też na północy w Operze Leśnej na totalnym gigu Portishead. I był jeszcze Slowdive (Bogi!) i tańce na Jeri-Jeri pomiędzy jawą a snem koło szóstej nad ranem na ponoć-chujowym-w-tym-roku Offie. Brotzmann w doskonałym składzie na „jesieni żezu”. Rogiński w Cheder a potem impreza z tysiącem śledzi. Działo się i będzie co wspominać.
Tegorocznych płyt wartych polecenia jest na pewno więcej niż ta skromna dycha poniżej. Z metalowych półek – pisaliśmy o Kriegsmachine ale o zacnym powrocie Godflesh "A World Lit Only by Fire" już nie. Powrócił również Shellac, choć bez rewelacji dobrze usłyszeć Albiniego za wiesłem i majkiem. Bardzo dobrze, zdecydowanie lepiej od debiutu wypadł nowy, dynamiczny Philm gniotący ostatnie dokonania Slayera trzema pierwszymi nutkami. W zeszłym roku przegapiłem Vista Chino, w tym nadrobiłem świetną płytą solową Johna Garcii i przybiłem Brantem Bjorkiem. Post-punkowym odpowiednikiem zeszłorocznego New Model Army stał się piękny "Refractory Obdurate" Wovenhand. Stańko płyty w tym roku nie wydał, jego duch natomiast zderza się z krautrockiem w muzyce Innercity Ensemble
Po drugiej stronie tęczy, w krainie pop znalazły się również rzeczy fajne, jak najczęściej grany u mnie w aucie (nie tylko z uwagi na tytuł) „I Love You But I Must Drive Off This Cliff Now” Got a Girl, zatopiony w ukradzionych z Mazzy Star pogłosach "Ultraviolence" Lany Del Rey oraz świetnie wkręcający się "S/T" St. Vincent czy mroczy „Mess” Liarasów
Kwaśną stronę mocy podtrzymuje nadal The Flaming Lips bezczeszczący Beatlesów w sposób, który chyba spodobałby się Lennonowi. Primus zaskoczył najbardziej „Residentsową” płytą w swojej karierze - Primus & the Chocolate Factory with the Fungi Ensemble. Dla równowagi do psychodelicznych odlotów dorzuciłbym 82-letniego Johna Mayalla, który nagrał "A Special Life", swoją najlepszą płytę od wielu lat (czego nie można powiedzieć o jego ziomku Claptonie). 
To tyle w skrócie, bo tego jest naprawdę więcej. Widzimy się prawdopodobnie w przyszłym roku. Wszystkiego dobrego.

Zappa / Mothers - Roxy by Proxy
W końcu doczekaliśmy rozszerzenia „Roxy & Elswehere”. Tamten album był doskonały, ten jest jeszcze lepszy i dołącza do grona najwybitniejszych płyt koncertowych ever. Arf! Arf! Arf!

Swans - To Be Kind
Przejmująca, uzależniająca, mącąca zmysły pozycja. Swans to więcej niż muzyka. To aura, to kompletne środowisko muzyczne. Muzyka totalna, dźwiękowy kosmos.

Lydia Lunch & Cypress Grove - A Fistful of Desert Blues
Wchodzi pod skórę i zostaje na długo. Niepokojąca. Nawiedzona. Lydia Lunch im starsza, tym lepsza. Pilot, kiedyś stwierdził, że mi wystarczy jak laska śpiewa i już się jaram. Coś w tym jest trafnego, tylko laska jest pod sześćdziesiątkę.

Queen - Live at the Rainbow '74
Zawsze czułem głód wydawnictw koncertowych Queen z etapu „bezwąsego” Freddiego. Wykony z ’74 to absolutny czad, moc i potęga. Łącznie z Zappą „Roxy by Proxy” czuję spełnienie.

Pere Ubu - Carnival of Souls
To chyba będzie najbardziej niedoceniona pozycja w tym roku i osobisty „grower”. Płyta zespołu, który zawsze szusował poza głównym nurtem i jest tak do dzisiaj. Płyta eklektyczna, o baśniowo-upiornej atmosferze. Wciąga jak cholera.

Neneh Cherry - Blank Project
Właściwie tylko głos, instrumenty perkusyjne i syntezator. Bardzo oszczędnie, wręcz surowo. Tak jak trzeba. Poza tym laska koło pięćdziesiątki na wokalu, czyli „wszystko jasne, Basik”.

Antemasque - Antemasque
Patrząc na nazwiska tych panów i znając ich przeszłość oczekiwałem albo ostrego pokurwieństwa albo smęcenia. A tutaj zaskoczenie! Chwytliwe jak jasna cholera. Radiowo – przebojowo a przy tym niebanalnie.

Thurston Moore - The Best Day
Teraz już nie musimy płakać po Sonic Youth. Ta płyta ma bardzo dużo z mojego ulubionego okresu SY i siedzi klimatem gdzieś pomiędzy "Goo" a "Washing Machine".

The Raveonettes - Pe'ahi
Jasne, że mało oryginalne i, ze to już wszystko było. Mam jednak sporą słabość do chwytliwego noise popu. A ten jest odpowiednio chwytliwy i hałaśliwy.

Einstürzende Neubauten - Lament
Eksperymentalna i koncepcyjna rzecz, pewnie najlepiej sprawdziłaby się na żywo. Póki co, Blixa omija Polskę i domowy odsłuch musi wystarczyć.

88. pilot kameleon: 2014

Cywilizacja umiera. Cały świat chyli się ku upadkowi. Natomiast muzyka od kilku lat jest u mnie na fali wznoszącej. Nie chodzi bynajmniej o jej konsumpcję, ale o jakość tego, co obecnie powstaje. Jest w czym wybierać, jest czego słuchać i są to płyty bardzo dobre i znakomite. A kto uważa, że jest inaczej jest raczej dziadem, któremu nie chce się szukać czegoś nowego. A w sumie, to co mnie to obchodzi. Jego sprawa.

1. Swans, To Be Kind. Była mila na temat. W międzyczasie miałem przyjemność zetrzeć się z nimi scenicznie po raz trzeci. I nie ma obecnie większego zespołu niż Łabądki.

2. Kristen, The Secret Map. W tym wypadku też zachwycałem się już wcześniej. Dorodny okaz, smakołyk, który wytrzymuje porównania z resztą świata. Przepięknie skonstruowane wydawnictwo, pełne wewnętrznej dynamiki, ukrytego piękna, ładnych piosenek i niesamowitych przestrzeni muzycznych. Na żywo też kruszą.

3. Eyehategod, Eyehategod. Tutaj mocny, wulgarny cios po ryju. Niby wszystko znane, niby drużyna rozpoznawalna, ale tak entuzjastycznie dopierdolili, że aż zakochałem się na nowo. Takie rzeczy trzeba umieć robić.

4. Have a Nice Life, The Unnatural World. Jeśli brakuje ci smutków do leżenia na kanapie, gapienia się w sufit i umierania, bo wszystko ci się już przejadło, to strzel sobie The Unnatural World. Może nie nowa jakość do umierania, ale zacne odświeżenie dołującej klasyki.

5. Kriegsmaschine, Enemy of Man. Czarna polewka. Gęsta, brutalna, swojsko-polska, ale bez cebuli zaserwowana. W sumie pogniewam się, jak następne ich wydawnictwo wyjdzie za te dajmy na to dziesięć lat. Bo wiem, że będzie na takim samym poziomie jak Enemy Of Man.

6. Mondkopf, Hadès. Nieczęsto przyklejam się do takich dźwięków jak te. Tutaj przywarło dość mocno. Ciemny, spalony, smolisty teren z okolic Hadesu. Szoruję i nie odchodzi. I nie odejdzie. Mało znane, a zapoznać się zdecydowanie warto.

7. Innercity Ensemble, II. Przemielenie tradycji krautowej, elektrycznego Milesa, dorzucenie worka własnych dźwięków i zaserwowanie tego na podwójnym albumie, choć przecież wszystko zmieściłoby się na jednym kompakcie. Teoretycznie tak się nie powinno robić. Teoretycznie.

8. Thurston Moore, The Best Day. Długo wałkowałem. Im więcej słuchałem, tym bardziej się podobało. I w sumie to najlepsza rzecz TM od kilkunastu lat. Wliczając w to również dorobek Sonic Youth.

9. Wovenhand, Refractory Obdurate. Brudaskowata amerikana, mocno przysłonięta kapeluszem i mocno wciskająca w fotel. Nie dane mi było widzieć koncertu, ale liczę, że może w tym roku się uda.

10. Antemasque, Antemasque. Omar i Cedric w kolejnym miłosnym uścisku. Tym razem penetrują teren piosenki, wszystko na swoim miejscu, zamknięte w dość zdyscyplinowanych ramach. Liczę, że popełnią jeszcze coś, bo jak zawsze w przypadku projektów tych panów jest potencjał.

Lista rezerwowa: The Austerity Program, Beyond Calculation; Fennesz, Bécs; Godflesh, Decline & Fall; King Buzzo, This Machine Kills Artists; Merkabah, Moloch; Robert Plant, Lullaby and... the Ceaseless Roar; Primus, Primus & the Chocolate Factory with the Fungi Ensemble; Sun Kil Moon, Benji.

A co na scenie najbardziej radowało?
Wszystko wygrał Negative Approach w Fabryce. Półgodzinny koncert, minutowy bis, energia godna dwudziestolatków, zero pauz między utworami. Tak już nikt dziś nie robi. A szkoda. Dalej genialne Kristen w Re. Miało być dobrze, wyszło tak, że nie wiedziałem gdzie przód, a gdzie tył. Wiosną wspaniały koncert w Bombie, gdzie objawiło się trio Trzaska/Rychlicki/Szpura. Trzy kwadranse jazzu. Jazzu? Skąd! Trzy kwadranse absolutu. Jakby kieliszek za kieliszkiem do gardła się pchał. Jak wspomniałem nie zawiedli Swans na festiwalu Unsound. Oni nigdy już nie zawiodą. A na końcu jesienna poezja nieoczekiwanie się objawiła: Marcin Oleś, Jorgos Skolias i Radek Krzyżowski z poezją Kawafisa w Teatrze Słowackiego. 
Wyróżnienia? Trzaska/Jacaszek/Budzyński na Męskim Graniu słuchane z Plant, Shofar w Fabryce Shindlera, Raphael Rogiński w Cafe Cheder i Innercity Ensemble w klubie Re.
Wszystko w Krk, jakby kto pytał.

A w przyszłym roku nowy Bond. "Spectre" się będzie zwać.