wtorek, 1 kwietnia 2014

73. Pippin



Ten początek płyty zawsze niemal rzucał mną o ziemię. Narastająca apokalipsa, trzęsienie ziemi – i to wcale nie dlatego, że muzyka jakaś szczególnie agresywna, kanonada perkusyjna, czy coś. Nie, precyzyjne, zimne do bólu narastanie ponurego klimatu – raz byłem na ich koncercie, zaczęli tym utworem, od razu rozglądałem się wokół siebie nerwowo. Taki nastrój ma cały album, chociaż muzyka potem wiele razy przyspiesza – takie czasy, jesteśmy przecież wcale blisko punkowej rewolucji. Wysyp zespołów grających dość podobnie był wówczas niemały, ale mało kto, przynajmniej z tych bardziej znanych, grał aż tak emocjonalnie i miał takiego wokalistę. Chłop jeszcze głównie śpiewał (na późniejszych płytach będzie częściej krzyczał), ale jego emocje, wściekłość na świat, na politykę i ludzką hipokryzję, słychać było nie tylko w tekstach, ale i w samym głosie. Potem flirtowali z new romantic, z metalem – ale jak dla mnie to na tym postpunkowym/nowofalowym debiucie wyłożyli na stół wszystkie swoje główne atuty.


Kwestionariusz:

1. Najlepszy moment: Rzeczony wstęp.
2. Najgorszy moment: Brak jeszcze jednego utworu na podstawowej brytyjskiej wersji (bo na amerykańskiej jest).
3. Analogia z innymi element kultury: Zawsze się zastanawiałem, czy nazwa zespołu to aluzja do Monty Pythona.
4. Skojarzenia muzyczne: Nowa Aleksandria.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Łukasz Orbitowski – „Tracę ciepło”. Ta trzecia część, w rozpadającej się wiosce.
6. Ciekawostka: Wokalista znany też jest z roli filmowej i to wcale nie ze swej ojczystej kinematografii.
7. Na dokładkę okładka: Polityczna. Nawiązanie do konfliktów w Irlandii Północnej, w anglojęzycznym świecie znanych jako Troubles.

73. pilot kameleon:

Pan zgadnie? A Pani? Pani może wie, co to za płyta?

Potężny wstęp. Rytmiczne bębny, bardzo plemienne, gitara dygocze, wierci, generuje zgiełk. I ten niewzruszony wokal. Tak bardzo monotonny, tak bardzo charakterystyczny. Drugie w kolejności jest apokaliptyczne disco, pędzi przed siebie, pulsuje czarnym światłem. A im dalej, tym coraz ciemniej i zimniej. Przez te dziewięć kawałków poruszamy się do kresu, coraz bliżej jest śmierć, która przytuliła jednego z członków zespołu. Post punk w esencjonalnym wykonaniu, genialny producent, doskonałe piosenki, wzorzec smutku i odosobnienia. Czy można było pójść dalej? Chyba jednak nie, więc tragedia ładnie zwieńczyła krótką działalność tego zespołu. Została żona, córka, kochanka i koledzy z zespołu, którzy poszli inną drogą. Starą się nie dało.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: całość genialna, ale wyróżniam dwa ostatnie utwory.
2. Najgorszy moment: dziejowe płyty mają to do siebie, że nie mają najgorszych momentów.
3. Analogia z innymi elementami kultury:
4. Skojarzenia muzyczne: jeden z najbardziej wpływowych zespołów w kosmosie.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: odczytywania testamentu.
6. Ciekawostka: Zgadłeś?
7. Na dokładkę okładka: Rzeźba, kwiat, kamień.

73. Azbest

Praktycznie wzorcowe dokonanie amerykańskiego punku. W dodatku (co nie jest regułą) oprócz tej pomnikowości płyta broni się sama w sobie i mimo pokoleń epigonów na niej wyrosłych wciąż wyrasta ponad standardy. Nieco ponad pół godziny skrajnie energetycznego wyziewu słusznego gniewu. Na szczęście nie zapomniano o melodiach, a wręcz jest ich całkiem sporo (nawet jak na ówczesne standardy) – ale trudno się dziwić, że nasiąkli surfem – Pacyfik za oknem.
I choć muzyka jest udana to o wyjątkowości albumu zadecydowały teksty. Mimo swojego zaangażowania nie ograniczają się do steku wytartych frazesów czy schematycznych komunałów. Zjadliwe kopniaki są wymierzano na prawo i lewo – dostaje się tak zachodnim społeczeństwom jak i wschodnim komunistycznym totalitaryzmom. Wszyscy się ich bali – sarkazm, ironia i ryzykowny obrazoburczy humor aż buzują w tych piosenkach. Jeśli dodać, że wyśpiewywane jest to uroczo kozim głosem nietrudno zrozumieć, że słuchanie tego albumu wywołuje u mnie niewąską erekcję.

Kwestionariusz
1. Najlepszy moment:
Tak od początku do końca
2. Najgorszy moment: nowej płyty chyba się już nie doczekamy.
3. Analogia z innymi element kultury: Orwell oczywiście.
4. Skojarzenia muzyczne: To innych można porównywać do tej płoty.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wizualizowania sobie ostatecznego krachu systemu korporacji.
6. Ciekawostka: Podobało się nawet mojemu siostrzeńcowi (5,2192 roku – potwór w złudnie niewinnej postaci i fan Iron Maiden)
7. Na dokładkę okładka: Ok, można na coś ponarzekać – cóż to ma być?

73. Basik:

Ocena: 100

Jak ja kurwa lubię lata dziewięćdziesiąte! Dorastałem w tym czasie i pochłaniałem dźwięki muzyki niczym ryba wycięgnięta z wody, która łapie desperacko powietrze. Ile niesamowitych albumów! Kasety słuchane non-stop. W dzień i w nocy. Pomyśleć, że człowiek kupował tą taśmę i mielił ją przez parę miesięcy w walkmanie, no może na przemian z jedną czy drugą. Znał większość tekstów, chociaż niewiele z nich rozumiał. Teraz to już nie do pomyślenia. No dobra, powiesz mi – nie narzekaj, kup sobie płytę i słuchaj, ciesz się, badaj, módl się a za pół roku kup sobie następną. W przepychu internetowym nie ma już miejsca na takie doświadczenia. Nie daję rady znosić dłużej tego wirtualnego ciśnienia, tych promocji, wydarzeń, weź udział, zapraszam Cię, premiera mojego teledysku-gówno. Pornografia medialna zabija wyobraźnie. Kładziesz się wieczorem i już nie masz ochoty, bo ktoś cały dzień pod stołem wali Ci konia. Zaproś znajomych, polub moją gitarę, zagłosuj na moją dupę, PACZ jak śpiewam, tomusibyćmusic. Be aggressive!
I tak, tęsknie za czasami z walkmanem na uszach, rozwijana okładka - harmonijka pachnąca farbą, ekscytacja, co jest w środku? Spotkanie w cztery oczy, bez świadków. Wyższy poziom intymności i bliskości z muzyką, obecnie nieosiągalny. Czasy się zmieniły. Wszystko zapierdala. Sentyment? Nie tylko. Słuchanie muzyki było wydarzeniem, teraz przypomina raczej opierdalanie kebaba o drugiej nad ranem na Rynku. Nie mam siły już udawać, że jest inaczej. 
Co teraz? Pozostają płyty, takie jak ta, w których ten stary porządek rzeczy jakby został zaklęty. Albumy niosące już na zawsze echo tych dni, kiedy MUZYKA była najważniejsza. Nadal jest, ale chyba zbyt rzadko to mówię.
Hmm... miało być o płycie a wyszło jednak coś więcej.

Kwestionariusz (wracając do tematu recenzowanej płyty):
1. Najlepszy moment: myślisz, że to ich najlepszy album i nie masz racji.
2. Najgorszy moment: zespół nie żyje, choć udaje, że jest inaczej.
3. Analogia z innymi element kultury: A nie wystarczy, że to jeden z najbardziej esencjonalnych albumów lat 90.?
4. Skojarzenia muzyczne: wszystkiego po trochu.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: poprawienia humoru.
6. Ciekawostka: Powyższy tekst powstał w sobotę, w pół godziny, pomiędzy 600. godzinnym dniem pracy a koncertem zespołu Artykuły Rolne. Chyba widać.
7. Na dokładkę okładka: Dostojne zwierzę.

czwartek, 20 marca 2014

72. Azbest: Silence is Sexy








John Cage - 4:33 (1952)
Cisza w muzyce w najbardziej ekstremalnym wydaniu. Total - cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy (z zegarkiem w ręku!) podczas których wykonawca nie może wydać ŻADNEGO dźwięku z instrumentu. Tylko tyle i aż tyle. Ten moment ciszy sprawił, że podniosły się głosy, że to już nie muzyka. I zażarta dyskusja o cisze nie cichnie od ponad 60 lat.

Einstürzende Neubauten - Seele Brennt (Halber Mensch, 1985)
Skoro zostali patronami czerpmy z ich dorobku. Początkowo ekipa wyburzeniowa schematów w muzyce kojarzona była głównie z łomotem - wiertary, kafary - każdy to słyszał, a jak nie słyszał to sobie wyobrażał. Ale nawet trzydzieści lat temu potrafili znaleźć zastosowanie dla ciszy - te pauzy w bębnieniu na początku utworu świetnie budują napięcie.

Carnivore - Suck My Dick (Retaliation, 1987)
Ach! Trudno tą ekipę podejrzewać o przejawy finezji, ale potrafili zaeksperymentować. Otwierający drugą ich płytę ten porywający kawałek zespół urywa po kilku sekundach by zaraz potem zacząć go od nowa. Jeden z licznych (choć często nierozumianych) przejawów poczucia humoru zespołu). A sam Petrus nie zakończył na tym swego flirtu z ciszą. Ale o tym już kto inny.

Rollins Band - What Have I Got (Hard Volume, 1989)
Rozpoczęcie utworu od serii chłoszczących dźwiękowych ciosów, z których każdy jest poprzedzony kilkoma sekundami ciszy jest na tyle nietypowa, że zaraz zwraca na siebie uwagę. Nie tylko skłania do skoncentrowania się na utworze, ale również buduje atmosferę. Korzystając z okazji dodam tylko, że to bardzo niedoceniona płyta i jeśli ktoś kojarzy Rollinsa jedynie z płyt wydanych w latach dziewięćdziesiątych powinien jej posłuchać.

Lou Reed / John Cale - Small Towns (Songs for Drella, 1990)
Przerwa co prawda krótka, ale znacząca. Co istotne nie tyle w samej muzyce, a w monologu Reeda będącym centrum piosenki. I ta krótka pauza sprawia, że zjadliwa puenta jeszcze celniej podsumowuje utwór.

Nirvana - Something in the Way/Endless Nameless (Nevermind, 1991)
W pewnym momencie cedek z nowinki przekształcił się w standart. I Zaczęły się eksperymenty z tym formatem. "Nevermind" Nirvany po ostatnim (cichutkim!) po ostatnim utworze ma dodane dziesięć minut ciszy i jako niespodziankę "ukryty" dodatek. Oczywiście nie oni pierwsi wpadli na ten pomysł (Zawsze ktoś był wcześniej. Zawsze.), ale biorąc pod uwagę liczbę nabytych egzemplarzy "Nevermind" pewnie najbardziej rozpowszechniony.

Nine Inch Nails - March of the Pigs (The Downward Spiral, 1994)
Tu nie ma konieczności rozwodzenia się nad tym co Reznor tam zmajstrował - każdy chyba słyszał. 20 lat temu był na fali, a i dzisiaj nieźle mu się wiedzie - uznanie może mniejsze, ale sprzedaż wciąż solidna.

Mike Watt - Against the Seventies (Ball-Hog or Tugboat?, 1995)
Mucho pomysłowe - po trzech minutach utwór (Vedder na wokalu, ale nawet i bez niego byłoby fajnie) kończy się powolnym wyciszeniem... Chuja tam kończy! Po 15 sekundach ciszy piosenka wracana swoje miejsce by jeszcze przez chwile cieszyć uszy.

Slayer + Atari Teenage Riot - No Remorse (I Wanna Die) (Spawn the Album, 1997)
Dwa pokolenia wyznawców jazgotu - klasycznego (już) i nowomodnego (wówczas) zebrane do kupy nie mogło wydać z siebie nic innego tylko kwitesencję zgiełku. A dlaczego pisze o tym kawałku? W 1:18 słychać (sic!) nawet nie chwilę ciszy, ale ułamek chwili. Biorąc jednak biorąc pod uwagę piekielne (Slejer!) tempo tej muzyki nawet takie mgnienie kłuje w uszy.

Gorguts - Sweet Silence (Obscura, 1998)
Płyta "Obscura" z której pochodzi ten utwór to (jak już kiedyś wspominałem) doznanie niezwykle intensywne i hałaśliwe, stawiające przed słuchem odbiorcy duże wyzwanie. Kanadyjczycy poszli słuchaczowi na rękę i ostatnia minuta ostatniego utworu to tytułowa cisza z rzadka tylko przerywana hałasami. Takie łagodnie wyjście z wiru dźwięków. A po kontakcie z "Obscura" można docenić cisze.

72. Pippin: Silence is Sexy


Wbrew tytułowi, nie będzie to wpis monograficzny o Einstürzende Neubauten. Nie będzie to również spontaniczna wyliczanka piosenek z ciszą (lub seksem) w tytule. Chociaż przyznam, że kusiło, by zbudować dziesiątkę z hitów tego sortu co „Cisza jak ta” Budki Suflera czy „Między ciszą a ciszą” Grzesia Turnaua. Zajmijmy się jednakowoż faktycznie dziesięcioma wybranymi przejawami użycia ciszy w muzyce, a użycia owe mogą być różne – dosłowne lub przenośne, trafione lub pretensjonalne, poważne lub głupawe... Co kto lubi.

John Lennon & Yoko Ono – Two Minutes of Silence (Unfinished Music No. 2: Life with the Lions, 1969)
Tytuł mówi wszystko – mamy dwie minuty ciszy. I tyle. Jedni widzą w tym hołd dla Johna Cage’a, inni jedną z artystycznych prowokacji Johna i Yoko. Oficjalna wykładnia jest jednak taka, że te dwie minuty ciszy oddają uczucia sławnej pary po stracie dziecka. Jak niemal dwadzieścia lat później zaśpiewali Floydzi - silence that speaks so much louder that words.

King Crimson – In the Court of the Crimson King (In the Court of the Crimson King, 1969)
Ja wiem, że Pilot napisze o „Moonchild”, ale ja o czym innym. Bo ilekroć słyszę takie pauzy, jak w końcówce tytułowego utworu debiutu Frippa i spółki, przypomina mi się, jak w liceum zgrywałem ten album na kasetę i musiałem poprawiać tę czynność kilka razy, bo za wcześnie wciskałem „stop”.

Black Sabbath – War Pigs (Paranoid, 1970)
Jakiejś specjalnie spektakularnej ciszy nie ma, ale te minipauzy i brak podkładu muzycznego pod wokalem Ozzy’ego w zwrotkach wyznaczyły trend i wzór na długie lata. Sprawdźcie choćby takie „Sweating Bullets” Megadeth.

Że co, że głupio? Moi drodzy, to w tej piosence poznałem (a przynajmniej po raz pierwszy świadomie), że można zakontrować ciszą w piosence popowej. Miałem ze 12 lat i te kilkusekundowe pauzy między zwrotkami wydawały mi się jakimś nieziemsko odkrywczym pomysłem.

Maanam – To tylko tango (Nocny Patrol, 1983)
Te werble do dziś wywołują ciarki, a chwile ciszy oddzielające uderzenia tylko je potęgują. A z samą piosenką wiąże się historyjka o jeszcze innym wymiarze ciszy, mianowicie ciszy w eterze. Maanam nie zgodził się zagrać na zjeździe młodzieży socjalistycznej i na kilka tygodni kraj dostał zakaz grania ich piosenek w radiu. Na liście Trójki nie chciano ot tak wyrzucić utworu z zestawienia, grano więc, bez żadnych zapowiedzi i komentarzy same werble. Marek Niedźwiecki był (jest), jaki był, ale za ten pomysł ma ode mnie ukłon do samej ziemi.

W sumie żart, powtórzenie pomysłu Lennona, choć nie do końca – jakieś szmery i odgłosy słychać w tle. Mnie ujęli tym, że utwór jest na płycie oficjalnie opisany jako... przeróbka utworu Lennona.

Talk Talk – Laughing Stock (cały album, 1991)
Oooo, to jest temat. Kto inny tak budował nastrój, kto inny operował oniryzmem, pograniczem rocka i ambientu oraz ciszą właśnie, niż Talk Talk, nie tylko na tej płycie? Można mówić długo, ale lepiej, zgodnie z tematem audycji, pomilczeć. I posłuchać.

Einstürzende Neubauten – Sabrina (Silence is Sexy, 2000)
Neubautenów jednak nie zabraknie, skoro od tytułu ich płyty wzięliśmy tytuł odcinka. Ale nie będzie kawałka tytułowego, nie będzie nawet kawałka ze specjalnym użyciem ciszy. Oto „Sabrina”, utwór otwierający album. Tak niezwykle, jak na nich, delikatny, melodyjny i subtelny, że może uchodzić za przejaw zainteresowania Blixy spokojem i ciszą właśnie.

Swans – Eden Prison (My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky, 2010)
Nie wymieniliśmy jeszcze dość specyficznego i często spotykanego rodzaju ciszy, jakim jest cisza przed burzą. Doskonałym jego przykładem jest ten fragment „Eden Prison”, zanim padną słowa „We are free”.

Tutaj trochę się pogimnastykuję w tłumaczeniu, co autor miał na myśli, bo jakkolwiek ciszy w twórczości The Cure szukać można z powodzeniem, to chcę zwrócić uwagę na coś innego. Niech za ciszę posłuży brak wokalu Roberta Smitha i delektowanie się samymi tylko instrumentami. O co mi chodzi? O te wszystkie utwory The Cure, gdzie wokal wchodzi sobie w połowie albo jeszcze później. Gdzie Robert w pięciominutowej piosence zaczyna śpiewać dopiero po upływie trzech minut, a wcześniej pozwala gitarom powtarzać niemal do znudzenia jeden motyw. Leniwie, nie spiesząc się, czy to przygotowując grunt pod własny śpiew, czy to zwracając uwagę, że sam śpiew nie jest najważniejszy. Przykładów znajdziecie sporo – na „Faith”, „Kiss me kiss me kiss me”, „Disintegration”, Bloodflowers...

72. pilot kameleon: Silence Is Sexy

Cisza w muzyce. Zagadnienie szerokie i głębokie jak Pacyfik. Ileż fałszywych ścieżek musiałem przemierzyć, żeby dokopać się do satysfakcjonujących przykładów. I nadal nie czuję pełnej satysfakcji. Niejednokrotnie tam, gdzie miał znajdować się przykład wzorcowy znajdowałem nic, a tam, gdzie nie miało być niczego pojawiał się kwiat najzwyczajniejszej urody. Zwodnicza pamięć, zwłaszcza przy tak delikatniej materii! Niejedna habilitacja mogłaby powstać na ten temat, niejedna klasyfikacja gatunków ciszy, jak "Systema Naturae" Linneusza. A poniżej mój skromny i wielce wstępny przyczynek do badań. Kolejność zupełnie przypadkowa.

King Crimson - Moonchild (In The Court Of The Crimson King, 1969)
Po fragmencie piosenkowym rozpościera się najbardziej eksperymentalny fragment tej płyty. Po latach postrzegam go jako najbardziej świeży, wizjonerski i inspirujący. Utkany z nieskrępowanej improwizacji, przez którą przenikają fragmenty ciszy, która rozsypana jest na całej długości tej kompozycji, tak jak pieprz gęsto przykrywa powierzchnię steku. Puk, stuk, plum, wrrr, plam, plask, tusk. Tusk? 

Pink Floyd - Alan's Psychedelic Breakfast (Atom Heart Mother, 1970)
Należy przewinąć utwór na sam koniec, tam gdzie już milknie muzyka, a wszyscy bohaterowie wychodzą z mieszkania. Zostaje pustka. Tylko ta woda z kranu kapie. A jak słyszysz kapiącą wodę, to znaczy, że cisza się do ciebie wprowadziła.

The Beatles - A Day In The Life (Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band, 1967)
Kto wie, może to największy bitelsowski finał? Najpierw długie i powoli stygnące wybrzmienie. I gdy wszystko ma się już skończyć ucho zostaje doprowadzone do porządku końcową erupcją kakofonicznych dźwięków, która nie bierze żadnych jeńców. A pomiędzy tym cisza. Polecam wersję mono, w której jest ona nieco inna niż w wersji stereo.

The Young Gods - Moon Revolution (Only Heaven, 1995)
Ten utwór trwa ponad szesnaście minut. Jego wewnętrzne napięcie mogłoby zasilić sporej wielkości miasto. Narracja w pewnym momencie się wycisza, a nawet na chwilę zanika. Akcja serca ustaje, pulsują tylko neurony, wieje kosmiczny wiatr. Ambient tli się w tle. Następuje piękne przełamanie nieba na pół. Centralny moment płyty.

This Heat - Hi Baku Shyo (Suffer Bomb Disease) (Deceit, 1981)
Jaka tam cisza może ktoś powiedzieć. A jednak znaczne obniżenie poziomu głośności względem poprzednich nagrań robi swoje. Ciągły szum oraz dźwięki jakiegoś japońskiego (?) instrumentu wymownie informują o tytułowych cierpieniach. A swoją drogą, "Deceit" to jedna z najważniejszych post-punkowych płyt. Stawiać na równi z "Closer" i "Pink Flag".

Maurice Ravel - Boléro (1928)
Ja wiem, że tam od początku orkiestra nawija główny temat. Ja wiem, że tam nie ma ciszy, a narastanie. No ale jak odpalam płytę na normalnej (czyt. preferowanej przeze mnie) głośności i przez minutę prawie nic nie słyszę, to znaczy, że tam jest cisza, nie? No bo jak nic nie słuchać to jest cisza.

Miles Davis - Shhh/Peaceful i In a Silent Way/It's About That Time (In A Silent Way, 1969)
Gdzie tu cisza? Hmmm... Wychodzi na to, że przede wszystkim w tytule. Ale jeśli wrzucimy przed lub po tym albumie "Bitches Brew" bez problemu zauważymy cudowną pastelowość i spokój płyty. Ciche fragmenty też się znajdą, ale nie w tym rzecz, żeby wszystko odczytywać dosłownie.


Ash Ra Tempel - Suche & Liebe (Schwingungen, 1972),
Tu są oceany ciszy, fragmentów delikatnych i zwiewnych jak jedwabny szalik. "Suche & Liebe" to wręcz wzorcowy przykład tego, co można zrobić z ciszą nie wpadając przy tym w czarną dziurę niezrozumienia. Żeby Niemiec taką finezją się popisał? Niebywałe...

The Necks - Open (Open, 2013)
Kiedyś napisałem poniższy tekst, wydawca (nazwę magazynu oraz nazwisko redaktora złodzieja mogę podać jak ktoś sobie życzy) go opublikował, ale zapomniał zapłacić. No to go tu wykorzystam, bo jest MÓJ!
Domeną najnowszej płyty The Necks jest cisza. Cisza to specyficzna, występująca w wielu najróżniejszych odmianach. Potrafi się rozpościerać pomiędzy trzema instrumentami, być szalenie rozimprowizowana, a nawet zaczepna. Równie chętnie pokazuje swój monumentalny i całkowicie niewzruszony charakter. Nie brak tu również fragmentów pełnych ciszy kameralnej, skromnej i delikatnej. Cisza uchwycona na "Open" ma jeszcze jedną ważną cechę: nie znosi powtarzalności, żyje pomiędzy kolejnymi zmianami, można nawet stwierdzić, że jest ich głównym sprawcą. Równie interesująca jest występująca tu w dużej ilości cisza paradoksalna, czyli ta zamknięta w dźwięku. Wyczulone ucho natychmiast wyłapie różnicę pomiędzy jej brakiem, a zwykłą nieobecnością dźwięku. Takich momentów tutaj nie ma. Nie ma ich też dłuższą chwilę po zakończeniu odsłuchu...

The Mars Volta - Miranda (Frances The Mute, 2003)
Ci to potrafili się zgubić w tym plumkaniu. Nawet na tym wspaniałym albumie, który powinien być troszkę skrócony. No ale ryli w temacie głęboko, więc wspomnieć trzeba, a i szacuneczek przy tym spory i raczej dożywotni.

72. Basik: Silence is Sexy

„Slience is sexy, Silence’s not sexy at all”. Blixa mruczy pod nosem I nie może się zdecydować. My zdecydowaliśmy się poszukać również innych aspektów tego niedocenionego instrumentu jakim jest cisza. Tych poważnych, refleksyjnych ale też lekkich i humorystycznych. Z jednej strony cisza niesie w sobie absolutną dowolność interpretacji. Z drugiej, umieszczona w odpowiednim kontekście staje się określona. Nie dziwię się, że Blixa się waha.

P.S. Jest to lista wiosenna więc rozpocznę ją odpowiednią pozycją. 

Tuż przed zakończeniem utworu muzyka milknie na sekundę. To moment śmierci Wybranej, gdy wyczerpana rytualnym tańcem pada i ofiarowuje się Ziemi. Bez ciszy nie byłoby tej opowieści i nie byłoby wiosny. 

Czym się różni łasica od odkurzacza? Na to pytanie odpowie Wam tytułowy utwór wieńczący tą doskonałą płytę Franka Zappy. Temu uroczemu wykonaniu koncertowemu z jednej strony blisko do ciszy i nic nie znaczącego szumu a z drugiej do hałaśliwych freejazzowych odlotów. 

Świat powstaje z ciszy. Ciszy torturowanej i maltretowanej wszechpotężnym chaosem. Próbuje walczyć i stawiać opór groźnym i nieokiełznanym mocom. Ten porażający utwór umieszcza ciszę, jako porządek naprzeciwko morderczej sile bezładu. 

Skutki nadinterpretacji milczenia bywają katastrofalne. Jeśli nie wierzycie, posłuchajcie. O doskonałym poczuciu humoru zespołu niech świadczy to, ze utwór trafił nawet na oficjalną składankę pt. „The Least Worst Of”. 

Utwór otwierają agresywne, nieregularne uderzenia bębna. Niczym uderzenia młotem, uwalniają powolna lawinę dźwięków, której drgania najpierw się wyczuwa a dopiero później świadomie słyszy. 

Co znajduje się na końcu każdego utworu? Oczywiście cisza. W przypadku tego numeru nawet wielokrotnie. Kyuss zaprasza do gry pt. „Zgadnij czy skończyliśmy?” 

Obecność FF na liście, której głównym tematem jest cisza może wydawać się komuś przewrotne. Rozpoznawalny styl zespołu, mechaniczny, precyzyjny opiera się jednak w tym samym stopniu na potężnych punktowych uderzeniach co na ciszy pomiędzy nimi. Ciszy pomiędzy kolejnymi powtarzającymi cyklami pracy maszyny. Ciszy w czasie, której tłok wraca na swoje miejsce a młot podnosi się. 

Stargate to milczenie kosmosu słuchane przez radio, a bardziej szczegółowo – kilkanaście minut nagrań impulsów radiowych pochodzących ze zmian na powierzchni słońca (tzw. Solar Radio Emission). W tej kosmicznej ciszy (hałasie) jest coś absolutnie tajemniczego i hipnotyzującego. 

„Dobry wieczór. Zapraszamy na piętnastominutową przerwę!” - tak oto rozpoczyna się siódmy utwór na płycie a potem następuje… zapowiadania przerwa (choć skrócona o połowę). Rozbawia mnie to za każdym razem. 

Chyba wszyscy są zaznajomieni z idiomem „cisza przed burzą”. Jeśli chodzi o Neurosis to jest właściwie cisza przed tornadem. Więcej nie trzeba dodawać, tylko posłuchać.

poniedziałek, 10 marca 2014

71. Pippin: 5x500


Arcade Fire - Her
Ocena: * *

W filmie jakoś się sprawdzało – istnieje wszak teoria, że muzyka filmowa jest najlepsza, gdy widzowi wydaje się, że jej nie słyszy. Cóż, mi nawet się nie wydaje, ja muzyki ilustracyjnej w filmie autentycznie nie słyszę, przechodzi zazwyczaj obok mnie. Niemniej, skoro film był wcale niezły, choć ckliwy, to pewnie i muzyka dawała radę. A bez filmu rady nie daje. Nudne toto, monotonne i jednostajne plumkanie. Coś jak, wiecie, słuchanie płyt ze śpiewami wielorybów lub szumem traw. A może takiej muzyki słuchała po prostu Samantha o głosie Scarlett Johansson?




Have a Nice Life - The Unnatural World
Ocena: * * * 3/4

Zaczęło się kapitalnie. Shoegaze zgrabnie ożeniony z postpunkiem, gdy wydawałoby się, że shoegaze dawno przepadł i jedynie My Bloody Valentine ma prawo się po latach odzywać, w pierwszych dwóch-trzech kawałkach naprawdę mnie ujął („Defenestration Song”!!!). Jakieś nawiązania do industrialu, nowej fali – nie mam pytań. Dalej jest trochę gorzej, płytka grzęźnie i trochę się gubi, ale ogólne wrażenie pozytywne. A na youtube można znaleźć całkiem oryginalny filmik jako ilustrację całości. Co ciekawe, jest to dopiero druga płyta zespołu i czekano na nią 6 lat.




Jacaszek - Pieśni
Ocena: * * *

Oczekiwania były niemałe i, przynajmniej u mnie, płyta im nie sprostała. Potencjału Jacaszkowi nikt nie odmawia, ale tu poszedł chyba zbyt zachowawczo. Jasne, staropolskie monumentalne pieśni kościelne raczej sugerują poważne potraktowanie, a nie przerabianie ich na skoczne polki, niemniej większość materiału potraktowano zbyt jednostajnie i jednolicie – instrumentalne wersje, dużo długich, stojących niskich dźwięków, a do kompletu smyczki. Jedynie „Bogurodzica” wyróżnia się potęgą i odmiennością – mocno wydłużona, z wokalem, potrafi zahipnotyzować.



Kriegsmaschine - Enemy Of Man
Ocena: * * * 1/2
 

Ej, nie było źle! Kilka już razy zżymałem się tu na blackmetalowców i Koledzy pewnie myśleli, że robią mi kolejny wątpliwej jakości dowcip, tymczasem zmogłem bez problemu i z niemałym uznaniem. Ta przystępność to zasługa głównie wokalu – nie był to może czysty śpiew ani nawet Slayerowy krzyk, ale też był to występ daleki od syków i potępieńczych jęków. A czysto muzycznie jest wcale na poziomie – ani to piekło na ziemi, ani epatowanie wstrętem i brzydotą. Porządny, mocny metal. Tekstów nie badałem, może i dobrze.


Sun Kil Moon – Benji
Ocena: * * *



Spokojny folkrock z akustyczną gitarą i fortepianem jest dobry zazwyczaj wtedy, gdy nie ma go zbyt wiele. Takoż i w tym przypadku odchudzenie by płycie nie zaszkodziło, ale tragedii na pewno nie ma. Jest ciepła melancholia, piosenki o mamie, tacie, Led Zeppelin, ale też i o szkolnej strzelaninie w Newtown. Red House Painters było lepsze, ale kolega Kozelek ma jeszcze niejeden pomysł i nawet w folkowym smęceniu ma do zaoferowania niemało i uroku odmówić mu nie można. A, jeszcze jedno – na perkusji Steve Shelley!
 

Kwestionariusz:
Najlepszy moment: Defenestration Song.
Najgorszy moment: „Her” bez filmu.
Ciekawostka: w okładkowych informacjach na płycie Have A Nice Life jako personel widnieją wyłącznie dwie osoby, w następujących rolach: performance, writing.
Na dokładkę okładka: Niepokój „The Unnatural World” zapamiętam na długo.