czwartek, 16 października 2014

83. Azbest: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi, "Tar & Feathers"









 
 
 
****
 
Zapewne to przypadkowa zbieżność, ale tytuł płyty skojarzył mi się z opowiadaniem Edgara Allana Poe "System doktora Smoły i profesora Pierza". By nie psuć zabawy z lektury zdradzając za dużo napisze tylko, że główny bohater ma okazję wysłuchać pewnej kapeli. I nie był zachwycony występem. "Udręczały mnie te rzępoły nieskończoną rozmaitością zgiełków, które miały być muzyką i podobały się widocznie bardzo wszystkim obecnym, prócz mnie jednego". Dodał też, że "Członkowie orkiestry (...) Nie zawsze wprawdzie byli w zgodzie z melodią, lecz mimo to rzępolili z nadludzką energią przez cały czas tego zamętu". I choć jestem fanem Trzaski i łykam bez popitki wszystkie jego płyty, mam przy tym świadomość, że dla wielu zetknięcie z muzyka improwizowaną wzbudza reakcje jak u bohatera Poego.
"Tar & Feathers" to jedna z czterech wydanych w tym roku Trzaski (na razie czterech - piłka jeszcze w grze). I choć taka aktywność to dla niego standard to pod innymi względami płyta dla niego raczej niecodziennego. Nie tylko pierwsze jego wydawnictwo dla Gusstaff Records (w dodatku wytwórnia z jazzem jakoś nie kojarzona), ale również zagrane w nietypowej lokalizacji. Płyta bowiem została zarejestrowana w budapesztańskim klubie A38, umiejscowionym na barce rzecznej. No i rzecz najważniejsza - skład. Nieczęsto jest okazja słuchać go w składzie w 100% środkowoeuropejskim. Żadnych Szwedów, Duńczyków czy innych Anglików – Węgier i dwóch Polaków. No i w tej konfiguracji personalnej nie wydał jeszcze nic.
Dwuosobowa sekcja rytmiczna Pándi (perkusja) i Mazur (bas) nie stanowi tu tylko tła dla solisty. Swoją grą wręcz zdefiniowali charakter koncertu. To, że perkusista odziany był w bluzę Benümb (dla niewtajemniczonych - grindcore'owcy z Kalafiornii) stanowiło pewna wskazówkę – gra gęsto, dynamicznie i potrafi mocno uderzyć. Częściej też wali w membrany niż blachy co dodaje utworom energii. Rafał Mazur zamiast kontrabasu używa akustycznej gitary basowej. Nietypowy wybór jak na free jazz sprawdził się tym przypadku. Choć dźwięk nie jest tak głęboki, to instrument ten lepiej nadaje się do szybkiej gry. Ich gra nie tylko napędza utwory, ale również nadaje im świetnej, nerwowej atmosfery. Trzaska gra po swojemu. Czy wydobywa z saksu jakąś klimatyczna partię czy przeszywający wizg, zawsze z właściwą sobie dawką szorstkiego liryzmu. Skład zaskoczył jak trzeba, muzycy świetnie się zgrali, nikt nie usiłuje zdominować reszty. Przeważają pełne energii utwory w szybkich tempach, ale muzycy dają też słuchaczom kilka chwil wytchnienia w towarzystwie spokojniejszych dźwięków.
Udana płyta, może się spodobać tak amatorom jak słuchaczom mniej otrzaskanym (nomen omen) z muzyka improwizowaną. Również i muzykom musiało to granie przypaść do gustu bo spotkali się w tej samej konfiguracji w półtora roku później (jeśli kto ciekaw, do posłuchania i obejrzenia na Youtube https://www.youtube.com/watch?v=vzB_kTsZiaA), a ponoć szykują również trasę.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Black Ice Crackle"
2. Najgorszy moment: „Bout with Transparent Bottom”. Nie jest to słabe, ale "najmniej przebojowe".
3. Analogia z innymi elementami kultury: Edgar Allan Poe "System doktora Smoły i profesora Pierza"
4. Skojarzenia muzyczne: Chwilami delikatnie kojarzy się z Painkiller.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wczesny Neal Stephenson. Również China Miéville „Dworzec Perdido”.
6. Ciekawostka: Pierwotnie chcieliśmy rzucić tekstami 15.10, miałbym więc pretekst wyskoczyć z ciekawostką, że tego samego dnia w A38 grają Swans. Ale dziś sam nie wiem co napisać.
7. Na dokładkę okładka: Srebrzysta, co jest o tyle dziwne, że płyta jest instrumentalna.

83. Pippin: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi, Tar & Feathers













Ocena: * * 1/2

O czym tu pisać?
Jazz, zwłaszcza tak zwany free jazz, to zjawisko, którego nie tyle nie rozumiem, co nie potrafię analizować. Słucha się – i albo cię bierze, albo nie. I nie ma tu miejsca na mądre wywody i rozkminkę. Więc, powtarzam, bierze albo nie. Tym razem mnie nie wzięło.
Nazwisko Mikołaja Trzaski nie jest mi oczywiście obce, ze znajomością twórczości już gorzej. Być może zaczynanie naszej znajomości od tej płyty nie było szczęśliwym trafem, ale stało się. Póki co się nie polubimy. Usłyszałem kilka nie najkrótszych, rozimprowizowanych utworów, które ciężko od siebie odróżnić. Które praktycznie bez wyjątku składają się z czujnej, interesującej sekcji rytmicznej i wyrzuconego na pierwszy plan saksofonu, bądź instrumentów pokrewnych. Saksofon ów nie gra zaś miłych, pościelowych melodyjek spod znaku „Lily was here” czy „Your latest trick”, lecz atakuje uszy dźwiękami na pozór atonalnymi, piskliwymi, amelodyjnymi i drażniącymi. Jasne, tak grać też trzeba umieć, nie mam zamiaru wierzyć, że owe dźwięki są czysto przypadkowe. Lecz podobne granie, zwłaszcza w takiej ilości zupełnie do mnie nie trafia. Może wkręciłbym się w trans na koncercie (a może uciekłbym po kwadransie – kto wie?), ale na słuchanie z płyty nie mam siły. W zupełności zadowoliłbym się jednym utworem – dowolnym, bo różnice między nimi niewielkie.
Zatem dwie i pół gwiazdki za sekcję rytmiczną. A resztę zostawiam znawcom, sympatykom i koneserom.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jako się rzekło, perkusja i bas.
2. Najgorszy moment: Reszta.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Muzyki tej nie zanalogizuję.
4. Skojarzenia muzyczne: Taki drażniący saksofon pojawia się na berlińskich płytach Bowiego, z tym że raczej atakuje pojedynczymi dźwiękami.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wojna podjazdowa z sąsiadem.
6. Ciekawostka: A wiecie, że u Węgrów „s” czyta się „sz” i odwrotnie?
7. Na dokładkę okładka: Bruk?

83. pilot kameleon: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi "Tar & Feathers"

***1/2

Niełatwo napisać kilka zgrabnych słów na temat współczesnej płyty jazzowej. Ostatnio na to terytorium wchodziliśmy przy okazji "On The Corner"Milesa Davisa, czyli 200 lat przed Chrystusem. A tam przecież było prościutko, bo dźwięki z tamtej płyty zakodowane były w mocno rockowym języku.
Po co o tym? Ano dlatego, że z płytą "Tar & Feathers" nagraną przez Mikołaja Trzaskę, Rafała Mazura, Balázsa Pándi nie będzie już tak prosto. Trio jest zanurzone w gęstym free jazzowym graniu. Spokojnie, wszystko się ładnie skleja, bo muzycy wzajemnie się słuchają i pilnują, by nikt nie zniknął za horyzontem. Skleja się też dlatego, że ich granie jest tak gęste, że wszystkie cząstki są do siebie bardzo mocno przytulone. O jakichkolwiek prześwitach nie ma mowy. Oczywiście, w wolniejszych i bardziej lirycznych fragmentach okno się otwiera i wpada trochę powietrza. Częściej jednak z głośnika wylatuje gęste, ciężkie jazzowe polsko-węgierskie ciasto, które spadając na podłogę robi w niej sporej wielkości dziurę. I kto jest za to odpowiedzialny? Przede wszystkim sekcja. Świetny akustyczny bas, którego pochody, choć fragmentami szalone, to jednak są bardzo przemyślane. Bębny są gęste, czasem nawet zahaczające o jakieś rockowe tereny. Dominuje mocne i zdecydowane uderzenie. Tak właśnie urabia się ciasto o konsystencji gliny. A Trzaska? Ten charakterystyczny styl jest rozpoznawalny po ledwie kilku dźwiękach. Ugniata on od góry owo ciasto, kondensuje je na innej płaszczyźnie. Wspaniałość. No i nazwisko... Trzaska. Nie ma lepszego nazwiska dla saksofonisty.
Końcowa nota wychodzi zgrabna, ale nie można mówić o euforii. Dlaczego? W wydaniu koncertowym to z pewnością roznosi słuchacza. W wydaniu płytowych staje się nieco monotonne, nie daje punktu zaczepienia. I to też może się podobać, ale ja obrywam za to pół gwiazdki. Nie zmienia to jednak faktu, że album należy zagrać, bo to zdrowe i odświeżające granie.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Gęstość muzyki.
2. Najgorszy moment: W tej gęstości brak miejsc, gdzie coś mogłoby się wytrącić.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Szkoda, że nie kumasz jazzu.
4. Skojarzenia muzyczne: Pomimo lewitacji w kierunku free to wszystko ma dla mnie tutaj posmak szalonego rocka.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Miliardowa kolaboracja jazzowa.
6. Ciekawostka: Następna mila to też będzie jazz. Cieszycie się?
7. Na dokładkę okładka: Uświadomiłem sobie teraz, że obcuję z płytą tylko i wyłącznie w formacie cyfrowym. Nie mam pojęcia jak wygląda projekt graficzny, co jest na kopercie, co w środku. Jednak te dzisiejsze czasy, pomimo wielu atutów, sprawiają, że działania artysty są odbierane fragmentarycznie.

82. Basik: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi "Tar & Feathers"


Ocena: * * * 1/2

Pewien niezwykle inteligentny i zabawny artysta powiedział: „Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury”*. Można by dodać, że sentencja jest trafna szczególnie w przypadku współczesnego free – jazzu. Dla fanów „otrzaskanych” w tego typu dźwiękach, w tych wszystkich Vandermarkach, Gustafssonach i Zornach nie trzeba zbyt wiele wyjaśnień. Niniejsza płytę koncertową trio Trzaska-Mazur-Pándi otwiera jednak klasyczny wstęp niczym z „Meditations” Coltrane’a. Mocny i zwięzły temat saksofonu na tle gęstego pandemonium perkusyjnego. Podobny tłusty nakurw, tyle że już z niegrzecznym saksofonem będzie rządzić materiałem niemal do końca. Od czasu do czasu przelecimy przez różne klimaty. Momentami bardziej liryczne oraz „ilustracyjne” („Patter Of Seagulls”). Są też tu jakieś zajawki melodii (solo Trzaski w „Bout with Transparent Bottom”) albo śladowy groove (jak z Two Bands and a Legend w „Black Ice Crackle”) czy typowo koncertowe patenty, gdzie ten czy inny instrumentalista ma (krótką) chwilę dla siebie (Mazur solo w „Black Ice Crackle”). Kwintesencją materiału jest jednak dzika i gęsta jazda z rozwrzeszczanym, znerwicowanym altem (i klarnetem basowym) Miko na przedzie. 
Co wyróżnia materiał, poza rozpoznawalna ekspresją Trzaski? To na pewno dwaj pozostali instrumentaliści i dosyć niezwykła lokalizacja samego koncertu. O Pándim wiadomo, że nie jest mu obca ciężka metalowa szkoła gry na bębnach podobnie jak eksperymenty. W kontekście „Tar and Feathers” to trochę zbędne fakty bo Balázs wcale nie grzeje tu niczym Mick Harris. W improwizacji natomiast czuje się świetne. Gra gęsto, nisko i swobodnie dzięki wszechstronnym umiejętnościom. Rafał Mazur prezentuje niezwykle oryginalne podejście do akustycznego basu, wychodzące poza granice harmonii i melodii. Szybkie przeloty wzdłuż i w poprzek gryfu (jak również rytmu i linii saksofonu) wydobywają bardziej perkusyjną naturę instrumentu. Bulgotanie, skrzypienie, skrobanie i inne dziwaczne odgłosy. Zadziwiająco dobrze klei się to z kotłowaniem perkusisty oraz chaotycznie falującymi frazami Trzaski. 
Wyobrażam sobie, że uczestnicy koncertu słuchając tych odlotów tria mogli zapomnieć, że znajdują się na statku przy brzegu spokojnego Dunaju w centrum Budapesztu. Bo to, co podpowiada muzyka zarejestrowana na „Tar and Feathers” mogłoby się prędzej wydarzyć na otwartym morzu podczas sztormu. Jak wtedy było naprawdę - nie wiem. Jestem pewien jednak, że to nagranie to tylko namiastka prawdziwej przygody jaką niewątpliwie jest żywy kontakt z muzyką Mikołaja Trzaski.

*powiedział kiedyś również, że „Jazz nie umarł, on tylko tak dziwnie pachnie”

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: dużo smoły.
2. Najgorszy moment: za mało pierza.
3. Analogia z innymi element kultury: panierowanie ludzi w smołę i pierzę to mająca początek w zwyczajach morskich metoda karania niegodziwców. Trzymam kciuki, każda moda kiedyś w końcu powróci.
4. Skojarzenia muzyczne: free-jazz, śmiech-mew.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: ostrego strzaskania się.
6. Ciekawostka: W tym roku mewy zaatakowały mieszkańców Słupska i porwały psa. Dobrze, że a) mieszkam na południu, b) nie mam psa c) gołębie nie są tu tak przebiegłe.
7. Na dokładkę okładka: te wgłębienia w betonowej ścianie to prawdopodobny zapis nutowy występu (ZAiKS wymaga ponoć nośników na bazie cementu).

wtorek, 30 września 2014

82. Pippin: Lady Pank, O dwóch takich, co ukradli Księżyc


Ocena: * * * ¾

Z Lady Pank jest, w skrócie mówiąc, tak: są bezgraniczni fani, są tacy, którzy cały dorobek zespołu odrzucają z niesmakiem, są wreszcie ci, którzy wysoko cenią debiutancką płytę, a resztę, może poza pojedynczymi kawałkami, ignorują jak leci. Pierwsze dwie grupy można sobie odpuścić, bo są twardo okopane na swoich pozycjach, a tym trzecim warto przypomnieć – prócz debiutu istnieje jeszcze jeden album wart uwagi. 
Przedziwna to płyta. Raz, że wydawana na raty na przestrzeni prawie trzech lat. Dwa, że firmowana nazwą zespołu, ale nagrana w zasadzie tylko przez Borysewicza i Panasewicza. Trzy, że zawiera muzykę do filmu animowanego. Film sobie dziś darujmy, kto chętny – niech obejrzy, acz kreska jest dość dziwaczna.
A muzyka? Nie odbiega specjalnie od znanego z wcześniejszych płyt oblicza zespołu, choć zdarzają się też utwory instrumentalne – te można podzielić na dwie grupy: czysto ilustracyjne („Matka”) i te, które można by zapodać i bez obrazka (dajmy na to „Lawina”). Czyli mamy trochę zrzynki z The Police, trochę z Dire Straits, a trochę zgrabnego poprocka. I nawet jeśli uznamy, że taka to sobie muzyczka, która leci sobie przyjemnie, by po chwili wypaść drugim uchem, to jedno podnosi jej wartość – teksty. Żadna tam wielka poezja, ale zaskakująco trafione historie ni to bajkowe, ni to dziecięce, ni to surrealistyczne. Weźmy najsłynniejsze „Marchewkowe pole” - popularność ma toto może i nadmierną, ale czy ta wizja rosnących wokół ciebie przeogromnych marchwi nie ma swojego uroku? A pozytywne życiowe rady dla braci w „Dwie głowy, dwie szyje” i „Kto przygód zna smak”? A pochwała domu w „Każdy kij ma dwa końce”? Wreszcie, pociągająca każdego zmęczonego marzyciela, „Wędrówka” z pytaniem: Czemu nas tam nie ma? Zdarzają się i rymy częstochowskie, bywa, że niemal żenujące (mój ulubiony: Od Panamy aż do Gruzji / życie sztuką jest iluzji), ale nie psują dobrego wrażenia.
Najjaśniejsze punktu albumu? Krótkie, szybkostrzelne numery „Awantura” i „Dwuosobowa banda”, z łobuzerskim śpiewem Panasewicza, predestynującym go wręcz do obsadzenia go w jednej z głównych ról w filmie. Wspomniana „Wędrówka”. Kapitalna jest też pozafilmowa, dołączona do niektórych wydań bonusowo „Rysunkowa postać”. A przede wszystkim „Ktoś ukradł Księżyc”. Z nie do końca jasnych przyczyn zawsze poprawia mi humor. W ogóle cała płyta jest jednym z pierwszych moich muzycznych lekarstw, gdy smutno i źle. Jak śpiewał Lechu: Bądźmy dziećmi jeszcze raz!

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: W nocy wszystko jest na czarno...
2. Najgorszy moment: Film.
3. Analogia z innymi elementami kultury: No wiecie, był też ten film z Kaczyńskimi.
4. Skojarzenia muzyczne: Raczej „Kryzysowa narzeczona”, niż „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą”.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Patrz przedostatnie zdanie tekstu głównego.
6. Ciekawostka: Jak dzwonię w pracy do działu handlowego i mnie do kogoś przełączają, to automat gra melodyjkę łudząco podobną do głównego motywu w „W drogę... do krainy leniuchów”.
7. Na dokładkę okładka: Próbka talentu twórców filmu. No ale dzieciom się chyba podobało.

82. Azbest: Lady Pank "O dwóch takich, co ukradli księżyc"

 ***

Nostalgia. Moje najwcześniejsze wspomnienie dotyczące słuchania muzyki dotyczy właśnie Lady Pank i ich "Marchewkowego pola". Pamiętam, że piosenka mi się podobała. Bardzo podobała. Chociaż z cała płytą się nie zetknąłem. Aż do teraz. A było to tak...
Płyta Lady Pank "O dwóch takich, co ukradli księżyc" była tylko cząstka całego multimedialnego projektu. Przeznaczona dla najmłodszych widzów adaptacja powieści Kornela Makuszyńskiego była jak na polskie warunki przedsięwzięciem pionierskim i zaplanowanym z dużym rozmachem. Był film animowany, serial, widowisko teatralne, komiks i płyta z piosenkami z filmu (i pewnie pomniejsze drobiazgi). No właśnie, komu można było powierzyć nagranie piosenek dla milusińskich? A musi być to ktoś znaczny, by nadać dziełu wagi i splendoru! Maanam? Lombard? Maryla Rodowicz? Bajm? Nie! Lady Pank! Lady Pank! LADY PANK!
Czy mi brakuje wyobraźni czy zabrakło jej decydentom, ale piosenki do filmu dla dzieci nagrał zespół słynący tyleż z muzyki co z rozpierdalania pokoi hotelowych. Okładka ich drugiej płyty nie wzięła się znikąd. I stało się co stać się musiało. 1 czerwca 1986 (dwa tygodnie przed premierą płyty) w trakcie występu na festynie z okazji dnia dziecka napruty Panasewicz postanowił zamerdać widowni fujarą. Spektakularne, ale jakoś nie zaskakujące. W normalnych warunkach oznaczałoby to spalenie projektu. Jaki rodzic kupi dzieciakowi płytę zespołu kojarzącego mu się z wymachiwaniem pytongiem? Oczywiście ówczesny, wygłodniały rynek nie nosił znamion normalności i kupowano wszystko jak leci.
A sama płyta? Kilka fajnych kawałków, kilka mniej – można słuchać bez wielkich boleści. Sęk w tym, że teksty tylko w kilku przypadkach jakoś łącza się z filmem, czy mają chociaż powierzchownie bajkową tematykę. Biorąc pod uwagę, że materiał jest i tak krótki, płyta sprawia wrażenie robionej na siłę. Jednak, co zabawne dzięki temu można jej słuchać całkiem swobodnie, nawet wyrwanej z ilustracyjnego kontekstu. I w (niespełna) dwadzieścia lat później nie brzmi jak relikt przeszłości. Teksty Mogielnickiego zostały napisane tak sprawnie, że w dużej mierze są aktualne nawet dziś. Mało tego – fragment o dopalającym się łuku tęczy pobrzmiewa dziś niepokojąco profetycznie.
Celowo nic nie napisałem o muzyce – każdy to słyszał. A jeśli nie, to i tak już nie będzie miał ochoty. Ja idę słuchać nowego Godflesh.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
"Marchewkowe pole"
2. Najgorszy moment: „Czarownik”
3. Analogia z innymi elementami kultury: Nie ma co kombinować – wiadomy film.
4. Skojarzenia muzyczne: Początek "Marchewkowego pola" to trochę "Bela Lugosi's Dead" a trochę "Ta zabawa nie jest dla dziewczynek".
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Powiedziałbym, że wiadomo co, ale nie widziałem. O dziwo.
6. Ciekawostka: Krążą plotki o drugiej części płyta, ale to tylko plotki szerzone przez złe języki.
7. Na dokładkę okładka: Tylko która? Każe wydanie płyty ma inną. Uzbierało się przynajmniej 5 różnych - winyl (okładka widoczna nad tekstem), kaseta i 3 różne CD.

82. pilot kameleon: Lady Pank, O dwóch takich, co ukradli księżyc



I - ***1/4
II - * i 1/2

Dobra, po chwili wątpliwości dochodzę do wniosku, że to jednak mocny strzał do recki. Wiadomo, że należałoby raczej tłuc i kopać ile wlezie, ale... nie da się ^. W każdym razie dotyczy to pierwszej części tej płyty, czyli tej z piosenkami najbardziej znanymi. Kompozycje zrośnięte z człowiekiem od dawien dawna. Trudno wyplenić, trudno popatrzeć w lustro i powiedzieć, że to jest grówno, którego tykać nie wolno. Bo nie jest. O ile tandem Borysewicz Panasewicz wzbudza we mnie obrzydzenie, do czego przyczyniła się lwia część dorobku formacji LP, ale przede wszystkim buraczana aura, jaką wokół siebie roztaczają, o tyle warunkowo akceptuję debiut, omawiany tu filmowy materiał i handmejdowy debeściak [udostępnię ci listę, jak przelejesz mi 100 złotych na konto]. Każdy w życiu ma jakąś wstydliwą fascynację muzyczną. Każdy!
Jakby nie było, "O dwóch takich..." to kopalnia hitów, która zabarykadowała się w głowie lata temu, nawet nie wiedząc, skąd. Nie przeszkadza wiadoma stylistyka przeładowana chorusami i innymi napowietrzaczami dźwięku, nie bolą teksty, które powinny boleć. Jednym słowem, czym Bartosza nasycisz za młodu, tym na starość trąci. Nośność "Marchewkowego pola", czy "Dwuosobowej bandy" czesze zawsze. Wszystko jest tu przepełnione osiemdziesioną, syntetykiem, czasem Markiem Knopflerem i The Police, zawsze Borysem (oddajmy mu to, co jego), ale to nie boli tak jak powinno. Nie boli, bo ma pewien urok i powab. Dobrej piosenki nie da się nie lubić, a większość z nich jest tutaj co najmniej bardzo dobra. Szkoda tylko, że ten poziom nie jest utrzymany przez całą długość, bo wtedy można byłoby mówić nawet o jakiejś czwóreczce...
Teraz pora na drugi dysk, co to w wydaniu kompaktowym jest razem z częścią pierwszą. I tu już pojawiają się problemy. Słabiutko, kiepsko. W filmie (sam film się nie bronił) takie ilustracyjne plamy dawały radę, bez obrazu trudno się tego słucha. Krótkie kompozycje, bez pomysłu, bez zęba, bez niczego, co sprawiłoby, że zostaną w głowie na dłużej. Lepiej pić browary w tym czasie i słuchać Boba Dylana z wczesnych płyt.

Podsumowując:
  • film nie nadaje się do oglądania,
  • pierwsza płyta z muzyką może być rekomendowana w szczególnych przypadkach, dla mnie mocne ***,
  • druga płyta z muzyką powinna zostać wykasowana z wszelkich nośników na zawsze, czyli takie * z plusem.

^ Znajomi, koledzy, koleżanki, nie skreślajcie mnie za to, że lubię ten album.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Przy pisaniu tej recenzji piję portera. Jest pyszny!
2. Najgorszy moment: Kto widział film ręka w górę? Komu się podobało noga w górę? Nie wiedzę. Dziękuję.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Anal ogia z domem kultury.
4. Skojarzenia muzyczne: Jak ich nie lubię, tak rozpoznawalności im nie zabiorę.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Do historii o tym, jak zespół Lady Pank zniszczył w Polsce komunizm.
6. Ciekawostka: Znam super historię o zespole Lady Pank, którą opowiedział mi Basik, bo miał kiedyś przyjemność (ROR) supportować ten zespół. Niestety obiecałem mu, że pary z ust nie puszczę. Jakby co, piszcie do niego.
7. Na dokładkę okładka: Zamek jak z Hammera albo Amicusa.

82. Basik: Lady Pank, "O dwóch takich, co ukradli księżyc"

Lady Pank - O dwóch takich, co ukradli księżyc 

Ocena: * * 1/2

Dobroduszny Zbigniew Wodecki stanął w obronie zespołu Panasa usprawiedliwiając jego sceniczne zachowanie, że to przecież standardy rock’n’rollowe. O co to oburzenie? W ogóle to oddać im te czterdzieści tysi. Zbigniew ponadto porównuje te przykre przedstawienia w wykonaniu lidera i gitarzysty do gigów The Rolling Stones co świadczy, że po pierwsze Zbigniew dawno nie był na koncercie Lady Pank, po drugie w ogóle nie kuma dżezu jak myśli, ze Jagger latał zbetoniony po scenie i bełkotał swoje teksty a Richards zaliczał co trzeci gig bo leżał „niedysponowany” w swoim hotelu. Nie wiem czy Mickowi zdarzyło się kiedykolwiek przeklnąć na scenie, w odróżnieniu od Panasewicza, rzucającego „chujami” w obecności dzieci. Zbigniewie, zastanów się proszę jak to „rokendrolowe” zachowanie na scenie koresponduje z współczesną twórczością Lady Pank - żeby użyć języka lidera – z tym pizdowatym pop-rockiem. 
Nie sądzę, że historia z Tarnobrzega, do której nawiązuję (szacuneczek dla burmistrza!) w jakiś sposób wpłynęła na dalszą „karierę” LP. Zawsze przecież będą do ogarnięcia jakieś „sztuki” na Dniach Kasztana, Biennale Przędzy Chujewskiej, czy świniobiciu u wójta w Muszynie. Tak czy siak, ziarno zostało zasiane. 
W takiej sytuacji, perspektywa pisania o Lady Pank, w dodatku o płycie, którą znam z dzieciństwa (podobnie jak „Gwiazdkowe Dzieci”) jawiła się dla mnie drogą przez mękę.
Po trudzie zerwania z kontekstem dnia dzisiejszego, ścieżka dźwiękowa do serialu animowanego „O dwóch takich, co ukradli księżyc” okazuje się całkiem przyzwoitym longplejem. Ustępującym naprawdę świetnemu debiutowi ale jednak słuchalnym w odróżnieniu od ich współczesnych dokonań. W muzyce Lady Pank nadal siedzi post-punkowy puls, nowofalowa przebojowość oraz Police’owe interpretacja reggae. Z albumem mam jednak kilka problemów. Rzecz jest bardzo nierówna kompozycyjnie. Obok ciekawych numerów, które zna pewnie każdy, jest kilka naprawdę irytujących banałem i drażniącym brzmieniem syntezatorów np. temat „Matka” czy „rycerska” „Chmurka”. Szczytem okropieństwa jest ballada - „Oaza” śpiewana (chyba) przez Borysewicza, którą pogrąża totalnie niby-psychodeliczna transowa końcówka z solówką na udawanym sitarze. 
Jeszcze większy problem - tym razem urodzony wyłącznie w mojej głowie –słuchając tego soundtracku przed oczami stają mi obrazy z serialu animowanego, którego nie znoszę. Nie doceniam odniesień do „Żółtej Łodzi Podwodnej” i „Alicji w Krainie Czarów”, denerwuje mnie fabuła, która bez wyraźnego morału jest tylko historią o dwóch małych złamasach, którzy skazują samotną matkę na śmierć głodową. A ponad wszystko nie zachwyca mnie przygnębiająca i brzydka atmosfera. Muzyka Borysewicza pasuje do tego jak pięść do nosa, ale mimo to przyjemniej się tego słucha niż ogląda.

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: mało znany "Latający Kot", ma fajny tekst i muzycznie jest w stylu Oldfielda z „Discovery”, co lubie. 
2. Najgorszy moment: opowie Ci o nim pani z Pruszcza Gdańskiego 
3. Analogia z innymi element kultury: alkoholizm 
4. Skojarzenia muzyczne: Rolling Stones
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nie pasuje 
6. Ciekawostka: W 1988 roku, Borysewicz nagrał samodzielnie drugą część płyty. Bardzo złą. Wydanie CD z 2007r, które można znaleźć na półkach sklepów zawiera obie części. Niepotrzebnie. 
7. Na dokładkę okładka: Z przodu rysunkowy Jagger i Richards, na balkonie Renata Wood, na murach Charlie Watts zapina Wymana. Zdjęcie wykonał Zbigniew Wodecki na koncercie Stonesów w 1548 roku na Wyspie Wolin.

wtorek, 23 września 2014

81. Azbest: "Does Humor Belong in Music?"

Charles Mingus "The Clown" (z płyty "The Clown")
Mingusowi udała się duża sztuka. Bo jak inaczej można nazwać wykorzystanie (skrajnie wzrokowego jakby się mogło wydawać) humor slapstickowego w muzyce. Pozornie nie przystaje do tego medium, a jednak udało sie i mozemy napawać się cudzym nieszczęściem.

Screamin' Jay Hawkins "I Put a Spell On You"
Można by złośliwie stwierdzić, że to wykonawca jednego szlagieru. I choć nie do końca to sprawiedliwe, to bliskie prawdy. Ale nie można mu odmówić nowatorstwa, wizjonerstwa wręcz, w kreowaniu swojego wizerunku. Jego koncerty przypominały krzyżówkę cyrku i rytuału voo doo. Hawkins rozpoczynał koncert wyskakując z trumny, otaczał się rekwizytami w postaci czaszek czy plastikowych węży. Wił się po scenie, wrzeszczał, wył i skrzeczał. Krótko mówiąc, ubaw po pachy.

Beatles "Back in the USSR" (z płyty "The Beatles")
Beatlesowska odpowiedź na "Back in the USA" Chucka Berry i "California Girls" The Beach Boys. Nie tylko świetny pastisz oryginałów, ale i świetna piosenka. Dodam jeszcze tylko, że dorzucenie linijki "Georgia on my mind" to dla mnie przejaw autentycznego geniuszu. Pękam ze śmiechu za każdym razem gdy to słyszę.

Warren Zevon "Werewolves of London" (z płyty "Excitable Boy")
I znów pogranicze humoru i korroru - groteska wymieszana z grozą. Po Londynie grasuje wilkołak. Wilkołak światowiec - obyty, wytworny i szykowny. Wciąz jednak brutalny i krwiożerczy - bez wahania może wyrwać ci płuca.

Lou Reed "Walk on the Wild Side" (z płyty "Live: Take No Prisoners")
Cała ta koncertówka to jeden wielki żart. I to głównie kosztem słuchacza. Bogu ducha winne pospólstwo przyszło posłuchać piosenek. Zamiast tego mogą obserwować jak naspeedowany Lou wygłasza swe sardoniczne monologi. Fuck "Radio Ethiopia". I'm Radio Brooklyn. Obraża wszystkich wkoło, z pasją i inwencją. Narzeka na krytyków, fanów, ceny narkotyków. W przerwach zdarza mu się jednak coś zaśpiewać. Akurat nie w "Walk on the Wild Side". Zamiast tego otrzymujemy mizantropijna tyradę o kulisach powstania utworu. Lou jakiego kochamy. Sto lat Lou.

NoMeansNo "Dad" (z płyty "Sex Mad")
Jest się z czego pośmiać? Zobaczmy - przemoc w rodzinie, przemoc w rodzinie... O! Jeszcze trochę przemocy w rodzinie. Gwałt, kazirodztwo... Tak sobie. Ale życie nagradza cierpliwych. W ostatnim wersie główny bohater "poważnie rozważa opuszczenie domu".

Minutemen "Political Song for Michael Jackson to Sing" (z płyty "Double Nickels on the Dime")
1984. Pomysł, że gładki i (już wówczas) plastikowy Jackson mógłby zaśpiewać piosenkę zaangażowaną politycznie jest przezabawny choć absurdalny. I Mike Watt musiał zdawać sobie z tego sprawę - w utworze padają autoironiczne słowa  "I must look like a dork". A najzabawniejsze, że  koniec końców Jacko jednak nie nagrał tej piosenki.
Film dokumentalny z trasy koncertowej tuzów hard rocka. Tak jakby... Rockowy etos podkręcony do 11. Wszystkie grzeszki rocka ukazane w krzywym zwierciadle. Wielu rockmanów twierdziło, że film doskonale oddaje rzeczywistość. Choć paradoksalnie sam zespół jest fikcyjny.

Stormtroopers of Death "Ballad of Jimi H." (z płyty "Speak English or Die")
W tym kawałku S.O.D. szargają jedną z rockowych świętości. S.O.D. byli znani ze swych ciętych riffów oraz czarnego, politycznie niepoprawnego humoru. Ich poczucie humor okazało się dla niektórych na tyle niezrozumiałe, że brano ich teksty dosłownie. Co doprowadziło do tego, że zespół składający się w połowie z żydów został uznany za skrajnie prawicowy.

Wesley Willis "Rock'n'Roll MacDonalds" (z płyty "Greatest Hits")
Humor skrajnie pojechany. Twórczość Willisa to głównie bliźniaczo brzmiące kawałki (jesli można tak nazwać fabryczny akompaniament z klawisza) z absurdalnymi tekstami. A to podmiot liryczny klepie michę Spider-manowi, a to pomiata Batmanem. Albo dla odmiany obrywa od nich. Jest też cała seria piosenek o różnych obliczach miłości - robienie laski gepardowi, psu, lamie, karibu itd. "Rock over London, rock on, Chicago".

81. pilot kameleon: Does Humor Belong in Music?

Znów kwartał za nami. Tryby czasu nieubłaganie nas mielą. Zatem pora na kolejną listę. Humor! Idzie jesień, trzeba czerpać pozytywne bodźce z każdego możliwego źródła. Zatem jakie śmiesznostki można wyciągnąć z muzyki? Ano różne. Bo i muzyczne, i okładkowe, i wideoklipowe, i tekstowe... Można wchodzić na poziomu dyskretnej ironii, jak i bazować na totalnej głupocie. Co kto lubi. Zatem poniżej dyszka ode mnie [w układzie bez układu]. I jeśli Ciebie to nie śmieszy, to już Twój problem. *

* Tłumaczyć się z tego, co cię śmieszy, to jak tłumaczenie kawałów. Zawsze słabe.

The Users – Galwanick Story [z płyty Nie idź do pracy]
Tutaj zawieram humor całego yassu oraz esencjonalną i niezrównoważoną nawijkę Tymańskiego. Bardzo króka historia, która potrafi rozbawić mnie właściwie zawsze. Przed Państwem poeta Galwanick.

Dead Infection – split z Parricide
Popatrz na okładkę z kotem Hitlerem, wyłap wszystkie smaczki i nawiązania. Za każdy dostaniesz punkt. Najlepsza okładka ever.

Apteka – Korow-D [z płyty Urojonecałemiasta]
Jedna z najbardziej radykalnych przeróbek, która w pewnym momencie przeradza się w jakąś orgiastyczną fantazję pełną humoru typowego dla Apteki. Z francuskim akcentem. I obciągniętą rurką.

Rolling Stones – She's Was Hot [z płyty Undercover]
Mało znany kawałek The Stones. No i nie ma się co dziwić, bo w sumie to... nie porywa. Klip też nie podbił telewizorów. A szkoda! Bo to, co się tam wyprawia to jest TOTAL. Nie będę psuł zabawy, proszę zerknąć.

Green Jelly – Misadventures of Shitman [z kasety wideo Cereal Killer]
No dobra, tutaj jest już humor bardzo specyficzny. Na trzeźwo nie podchodź. Przygody Shitmana. Tyle powinno wystarczyć, reszta w linku. A jak komuś przypadnie do gustu, powinien zaznajomić się z materiałem "Cereal Killer". Absolunie najlepszy materiał muzyczno-dźwiękowy, jaki pojawił się na kasecie VHS.

Acid Drinkerd – Are You A Rebel? [okładka winyla, kasety i płyty kompaktowej]
To zawsze mnie śmieszyło. Jak miałem 12 lat, to zwariowałem na punkcie "Mike'a Cwela" czy "Baby z brudnymi syrami". No i ta okładka! Taka zabawna, taka śmieszna! Przez lata miłość stygła, by... ostatnio znów przybrać na sile.

Ramones – One, Two, Three, Four [całe Ramones, zawsze Ramones]
Powtarzane setki razy przed każdym kawałkiem przestaje pełnić rolę startera, a staje się wspaniałą mantrą, esencją punkowej witalności. Powtórz i posłuchaj to milion razy, a wtedy poczujesz.

PIL – This Is Not A Love Song [z płyty This Is What You Want... This Is What You Get]
To nie jest piosenka o miłosna. Nie, to zdecydowanie nie jest pisoenka miłosna. Nie, to z pewnością nie jest piosenka miłosna. To z pewnością jest John Lydon i zespół PIL.

Dead Kennedys – Too Drunk To Fuck [z singla Too Drunk Too Fuck]
Motto dla każdego, kto lubi mocno popić. Uważaj, bo nie dasz rady! A to tylko jedna z propozycji wujka Jello, który zgryźliwie, ironicznie, a czasem dosadnie komentował i komentuje otaczającą rzeczywistość.

Desert Session – Ending [z płyty Desert Session vol 7&8]
Ośmieszenie jednego z archetypów rockowego grania. Ekstatyczny finał kompozycji stał się osobnym utworem. Miazga.

81. Pippin: Does Humor Belong in Music?

Pobieżny rzut oka na, nawet szeroką, listę moich ulubionych kapel i odnalezienie na niej wesołków pokroju Joy Division, The Cure, Radiohead czy innych Alice In Chains jasno zasugeruje, że w moim przypadku odpowiedź na pytanie postawione w tytule mili raczej pozytywna nie będzie. Tymczasem nie jest aż tak czarno. OK, jestem z tych, co to muzykę raczej wolą Przeżywać, Doświadczać i Odczuwać – ale pozamuzyczne poczucie humoru mam, jak sądzę, niezgorsze, więc jak ktoś inteligentnie i zabawnie czymś przyłoży, to czasem łaskawie zaakceptuję. Poniżej dziesięć losowych przykładów.

The Beatles – Glass Onion (1968)
Chłopaki z Liverpoolu poczucie humoru mieli niezmierzone. Dowody można mnożyć – wczesne wywiady, filmy, żarty czysto muzyczne... Ja wybieram autoironiczne „Glass Onion”, prztyczek w stronę niestrudzonych badaczy twórczości The Beatles (Well, here's another clue for you all – the Walrus was Paul).

Monty Python – Decomposing Composers (1980)
Jak humor – to Monty Python. A że panowie, prócz robienia filmów, również nieźle śpiewali, miejsce na liście mają bez problemu. Weźmy „Decomposing Composers”, w którego końcówce mamy piękny przegląd synonimów pożegnania się z tym światem. Alternatywną propozycją może być recytacja rozpoczynająca pieśń o Oliverze Cromwellu (The most interesting thing about King Charles, the First is that he was 5 foot 6 inches tall at the start of his reign, but only 4 foot 8 inches tall at the end of it).

Klaus Mitffoch – cała, jakże krótka, twórczość, ale niech będzie „Siedzi” (1985)
Cała płyta i pozapłytowa twórczość Mitffocha przesiąknięta jest inteligentnym czarnym humorem, nie tylko słownym. Weźmy chórki w „Powinności kurdupelka”, pieśń „Śpij, aniele mój”, wreszcie poetyckie przedstawienie dylematów metafizycznych w tekście „Siedzi”. Z frazą Nie wiem, a chciałbym wiedzieć (w informacji też nie wiedzą), dokąd zmierza świat.

Bielizna – Kołysanka dla narzeczonej tapicera (1989)
Wgląd w specyficzny humor Jarka Janiszewskiego i Bielizny dają już tytuły piosenek - „Dwóch wchodzi, a jeden wychodzi”, „Prywatne życie kasjerki PKP”, czy moja ulubiona „Krótka przygoda z człowiekiem, który obiecywał wykładzinę podłogową”. Należy jednak dostrzec, że za tym wariactwem kryje się niemały talent. Bo czyż wsłuchawszy się w „Kołysankę dla narzeczonej tapicera”, nie znajdziemy tam przede wszystkim pięknej piosenki miłosnej?

Dread Zeppelin - Immigrant Song (1990)
Cały pomysł na ten zespół to był jeden wielki wygłup. Rege szczerze nie znoszę i tym bardziej powinienem się zżymać, gdy mi ktoś na rege przerabia jeden z ulubionych zespołów. A tu proszę, uśmiałem się po pachy.

Ugly Kid Joe – Heavy Metal (1991)
Konstruktor Trurl sporządził raz maszynę, która umiała robić wszystko na literę n. (…) - Na n? - rzekł Klapaucjusz. - Dobrze. Niech zrobi naukę.
Maszyna zawarczała i po chwili plac przed domostwem Trurla wypełnił się tłumem naukowców. Wodzili się za łby, pisali w grubych księgach, inni porywali te księgi i darli je na strzępy, w dali widać było płonące stosy, na których skwierczeli męczennicy nauki, tu i ówdzie coś hukało, powstawały jakieś dziwne dymy w kształcie grzybów, cały tłum gadał równocześnie, tak że słowa nie można było zrozumieć, od czasu do czasu układając memoriały, apele i inne dokumenty, w odosobnieniu zaś, pod nogami wrzeszczących, siedziało kilku samotnych starców i bez przerwy maczkiem pisało na kawałkach podartego papieru.
- No co, może złe?! - zawołał z dumą Trurl. - Wykapana nauka, sam przyznasz!
Ugly Kid Joe, zapomniana dziś gwiazdka początku lat dziewięćdziesiątych, startując z podobnych pozycji, w niespełna pół minuty opisali heavy metal.

Acid Drinkers – Seek and Destroy (1992)
Acid Drinkers, mimo że są solidną mocną metalową kapelą, żarty stroją sobie już od ponad dwudziestu lat. Jedne lepsze, inne gorsze, ale pomysłów im nie brakuje. Wybieram pierwszy, który mnie ujął – Metallikę zagraną na flamenco. A dodatkowo Bartosiewiczka udaje Janis.

Big Cyc – Przemówienie Lecha Wałęsy na zjeździe hodowców trzody chlewnej (1995)
Mógłbym chyba nawet się założyć, że w sondzie wśród tak zwanych przeciętnych Polaków na hasło „humor w muzyce” Big Cyc pewnie by wygrał. Humor Big Cyca, często przyciężki i siermiężny miewa czasem piękne wzloty na szczyty absurdu. Jak w tym utworze – który nie byłby niczym szczególnym, gdyby nie tytuł.

Kazik – DJ Killer (1999)
Częstym zjawiskiem jest wypełnianie płyty różnego rodzaju gadanymi przerywnikami. Zazwyczaj przestają one śmieszyć po trzech – czterech przesłuchaniach i albo słuchasz, bo musisz, albo przewijasz. Na”Las Maquinas de la Muerte”, płycie o dość mocnym ciężarze tekstowym, wstawki takie robią tym bardziej dyskusyjne wrażenie. A jednak ta próba wywiadu dla miesięcznika „Gang” śmieszy mnie niezmiernie do dzisiaj.

Artur Andrus – Glanki i pacyfki (2012)
Jest wreszcie tak zwana piosenka kabaretowa, od której zasadniczo trzymam się z daleka. Z kabaretowego getta co i raz próbuje uciec Artur Andrus, nagrywając utwory, które ochoczo, z uporem godnym lepszej sprawy, na prawo i lewo promuje radiowa Trójka. I mimo że humor Andrusa niezbyt do mnie trafia, w każdej z tych piosenek z radosnym zdziwieniem odnajduję zazwyczaj jeden wers absolutnie w swym humorze doskonały. Niezłym przykładem jest Syn studiuje medycynę, martwię się tym moim synem – nie osiągnął nic. Ale ponad wszystkie wyrasta fragment tego, w sumie mało ciekawego, utworu: Mój dziadek był też skinheadem na zamku w Szczecinie.

81. Basik: "Does Humor Belong in Music?"

Miała to być lista jesienna, pełna liści, deszczu i melancholii. Ostatecznie uznaliśmy, że przewrotnie napiszemy o tej zabawniejszej stronie muzyki, mimo niskiego ciśnienia i szarego nieba za oknem. Z poczuciem humoru jest jak z dupą, każdy ma trochę inną i każdego kręcą inne, więc nie wszystko pewnie Was rozbawi. Wybrałem rzeczy, które nie są jednoznacznie komediowe, o zdecydowanie mroczniejszym charakterze. Zaczynamy jednak od jednej z najgłupszych piosenek artysty, o którym można by zrobić oddzielną listę śmieszności, i którego w takim zestawieniu nie może zabraknąć. Listę proszę czytać łącznie z klipami w linkach, warto zapoznać się z tekstami piosenek.

Frank Zappa – He’s So Gay (Does Humor Belong in Music?,1984)
Fani „progresywnego” FZ pewnie omijają takie rzeczy z daleka, ale nie da się ukryć, że na drugim końcu jego twórczości stoją takie o to wspaniałe i kretyńskie zarazem piosenki jak ta. A humor w jego muzyce jest obecny nawet w najbardziej pompatycznych i „poważnych” rzeczach.

The Beatles – Maxwell’s Silver Hammer (Abbey Road, 1969)
Maxwell ma uniwersalne rozwiązanie na wszystko. Jeden z najśmieszniejszych tekstów Beatlesów utrzymany w groteskowej, lekko makabrycznej konwencji. Śmieszne* mimo tego, że w stereo. Bang, Bang! Clang Clang! 

*(McCartney zieje pod koniec drugiej zwrotki, rozśmieszony w trakcie nagrywania przez Lennona, więc podwójnie śmieszne).

Anal Cunt – I Don’t Wanna Dance (Morbid Florist, 1993)
Najgorszy (najlepszy) zespół na świecie i kopalnia śmieszności, dzięki takim evergreenom jak: “Hitler Was a Sensitive Man”, „Your Kid is Deformed” albo „I Pushed Your Wife In Front of Subway”. Tym razem w przeróbce znanego szlagieru Eddiego Granta w wykonaniu prawie tak świetnym jak oryginał.

Świetliki – M-Mordestwo (O.gród K.oncentracyjny {dwa dni później}, 1995)
„Troszeczkę na dywanie, troszkę na podłodze”.

Type O Negative – My Girlfriend’s Girlfriend (October Rust, 1996)
Geniusz Type O Negative polega na tym, ze nigdy tak do końca nie da się określić proporcji, ile w tym wszystkim jest powagi a ile zabawy, ile piękna i kiczu. Tak to wszystko jest ze sobą fenomenalnie wymieszane. Stay Negative!

Nick Cave – Lay Me Low (Let Love In, 1995)
Nick refleksyjne, z dystansem i autoironią o tym, co będzie, gdy kopnie w kalendarz. W sumie bardzo pozytywna rzecz.

Rocky Horror Picture Show – Sweet Transvestite (The Rocky Horror Picture Show, 1975)
"I'm just a sweet transvestite from Transsexual, Transylvania". Milion gwiazdek dla Tima Curry.

H. P. Lovecraft Historical Society - Tentacles! (Shoggoth On The Roof, 2003)
Niebezpiecznie zabawna parodia „Skrzypka na dachu” w śmiecie Lovecrafta. "How does it sit on such a pointy roof? I can tell you in one word: Tentacles!". Jest też oczywiście najsłynniejszy: “If I Were A Deep One”

Tymon & Transistors – Song o Grzywce (Wesele, 2004)
Lech Janerka, kosmos i powtórka z mniej znanych pierwiastków układu okresowego.

Electric Six – Taxi to Nowhere (Señor Smoke, 2005)
Najbardziej znane rzeczy: “Gay Bar” i “Danger! High Voltage” mimo, że urywają dupę, nie pasują do koncepcji mojego zestawienia. Wolę nostalgiczne, poetyckie i głupawe „Taxi to Nowhere”. Dick Valentine to najśmieszniejszy głos muzyki rockowej.