środa, 15 maja 2013

53. pilot kameleon: Ego, Światowid



Ocena: ****1/2

Moje problemy z Ego.
Z pewnością umieściłbym ten album w cyklu Założę się, że tego nie znasz. Gdyby takowy cykl oczywiście istniał. Trójmiejskie Ego nie zapisało się w pamięci wielu osób. Ja trafiłem na nich przez przypadek. Jakiś klip był prezentowany w Clipolu czy innym muzycznym programie na wysokości 1997 roku. Tekst i muzyka były na tyle intrygujące, że zapamiętałem z kim mam przyjemność. A potem zapomniałem. Do czasu jakiejś wizyty w poznańskim Acid Shopie. To mógł być 2003 lub 2004 rok. Leżało kilka sztuk tej płyty, więc się zaopatrzyłem. Ciekawe, czy pozostałe egzemplarze nadal tam są...

Cztery twarze "Światowida".

Twarz pierwsza. Trójmiasto. Powiew trójmiejskiej bryzy odświeżał polską scenę muzyczną kilkukrotnie. Tam była mocna miejscówka pierwszej fali polskiego punka. Deadlock, przypominam. Połowa lat 80. to kolejna eksplozja zjawiskowej muzyki. Pamiętacie kompilację Gdynia? W tym samym czasie należy szukać korzeni kolejnego ważnego zjawiska, jakim niewątpliwie był yass. Czwarte uderzenie to druga połowa lat 90. Najmocniej w tym nurcie zapisała się Ścianka, ale Ego z pewnością również było chlubą tej partii. Światowid ocieka wprost bałtycką bryzą. W czym ona się objawia? Po pierwsze w luzie, po drugie w świadomości tego co i jak się gra, po trzecie, i chyba najważniejsze, w oryginalności. Inspiracje Ego bardzo łatwo wymienić, koledzy pewnie to zrobią, więc ja ograniczę się do stwierdzenia, że opary twórczego trawienia spowijają płytę od pierwszego do ostatniego dźwięku. Świeżość zawsze idzie od morza.
Twarz druga. Muzyka. Różne alternatywy, undergroundy i inne twory niezależne często zatracają się w swoich odlotach. Zerwanie kontaktu z odbiorcą dodaje kilka punktów do własnej zajebistości. Przynajmniej teoretycznie. Ego idzie inną drogą. Lubi piosenki i wie jak zgrabnie je zaserwować. Potrafi też w nich konkretnie pohałasować. Dokładnie wie jaki użytek można zrobić z odkręconego na fulla wzmacniacza niezależnie od tego czy jadą riffowo czy folgują sobie bardziej swobodnie. Doznania najwyższej klasy fundują zwłaszcza czadowe fragmenty grane bez twardego przesteru. Bardzo ciekawe jest też to, że w spokojniejszych fragmentach nie znika czad, a w miejscach gwałtownych, przy zwierzęcycm wręcz szarpaniu strun zespół nie traci kontaktu ze sobą i słuchaczem. Zdrowy balans. Zgiełkliwe i intensywne fragmenty smakują najbardziej, gdy są przekładane spokojem. I odwrotnie. Jest w tym jakieś unikalne wyrafinowanie. Nie brak też na płycie humorystycznych przerywników. Tomek czeka definiuje polską wersję bluesa. Pyszny to żart. Ego się nie napina, Ego lubi luz.
Twarz trzecia. Słowo. Nieczęsto pochylam się nad warstwą liryczną recenzowanych płyt. Ba, właściwie nie robię tego wcale. Tutaj jednak będzie mały wyjątek. Grzegorz Nawrocki, wokalista i lider Ego, lubi pisać teksty po polsku. I robi to w sposób bardzo ciekawy. Ma styl, który wymościł sobie w otaczającej rzeczywistości. Uniwersalna tematyka dnia codziennego spowita delikatną melancholią. Kobiety, koledzy, przemijanie, relacje międzyludzkie. Nawrocki nie ucieka w abstrakcję, posługuje się konkretem, ale niewątpliwie ma dar do poetyckiego opisywania rzeczywistości. Prostota tych tekstów wzmacnia tylko ich urok. Mnie to bierze. Nie dołuj mnie, nie dołuj mnie / Lepiej słodkiego kup mi coś...
Twarz czwarta. Problemy z Ego. Warunki do odniesienia sukcesu moim zdaniem zostały spełnione. Zaczynali w 1993 roku, płytę nagrali jesienią 1996 roku, a wydali rok później w alternatywnej Antenie Krzyku. Może Światowid pojawił się trochę za późno? A może zabrakło szczęścia? Grzegorz Nawrocki znalazł je chwilę później z Kobietami. No bo kto nie lubi Kobiet? Chyba tylko Martin Vanger...

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Mało osób słyszało o tym zespole. Jeszcze mniej zna jego dokonania. Wierzę, że ta mila poszerzy grono osób ceniących to wydawnictwo.
2. Najgorszy moment: Szkoda, że tylko jedną płytę nagrali. Kobiety też są fajne, ale znacznie mniej rockowe. Ja wolę Nawrockiego naparzającego w gitarę.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Ego. Jedna ze struktur osobowości. Coś wie o tym Zygmunt Freud.
4. Skojarzenia muzyczne: Trójmiejski flow zmiksowany z amerykańską alternatywą lat 80. i 90.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Ten album poprawia mi humor. Nie wiem jak to działa, ale taki jest fakt.
6. Ciekawostka: Oprócz trójmiejskiego Ego był jeszcze częstochowski zespół o tej samej nazwie, który hiphopował i pozostawił po sobie płyty Nibylandia (2001) i Nie ma takiego drugiego (2006).
7. Na dokładkę okładka: Jej autorem jest Jackson Janiszewski III. Grał w zespołach Biafra i The Plemniors. Grafika Świtowida wyraża niepokój związany z kończącym się XX wiekiem. Zmutowana postać mierząca pistoletem w odbiorcę jest tworem czasu przejściowego. Niesie ze sobą elementy przeszłości (kształty, gesty, emanacja wokół postaci), natomiast biel przyswoi wkrótce nowe treści, które przyniesie przyszłość.

53. Azbest, Ego "Światowid"

Ego - Światowid
Ocena: * * * *

Na początku muszę ostrzec, że tytuł płyty jest mylący. "Światowid" to nie pogański metal z tajemniczych gęstwin prasłowiańskich lasów Pomorza. To zarazem debiut i łabędzi śpiew tego ciekawego, ale dziś jakby już zapomnianego zespołu (dziś Wodecki jest na fali i tak dali). A zawartość płyty to rockowe granie o szerokim spektrum działania. Znalazło się miejsce zarówno dla napierdalatoryjnie zriffowanych, uderzających z siłą orkanu czadziorów, melodyjnych piosenek z refrenem rozwichrzonym przez wiatr od morza, jak i refleksyjnych zwiewności ocierających się o małżowinę niczym szum fal.
Nie ma wątpliwości, że pod względem muzyki punktem wyjścia dla Ego była amerykańska tzw. alternatywa. Nie ma jednak mowy o jakimś zrzynaniu, to raczej kwestia skojarzenia. A że skojarzeń pojawia się dużo można się pokusić o delikatne zarzucenie im oryginalności. Z bliższych geograficznie grup można porównać Ego do środkowej Apteki i wczesnej Ścianki, czy też co bardziej zrockowiaciałych składów Tymańskiego. Może słychać też trochę Ewy Braun (zespołu, nie oblubienicy Honeckera). A nad całością unosi się zdecydowanie „trójmiejska” atmosfera – trochę leniwego luzu, trochę nerwowości.
Struktury utworów, raczej tradycyjne, ale bez przesady. Ważniejszy jest nastrój oraz styl gry. Gitara fajnie brzmi wydając z siebie dźwięki od zwiewnego pobrzękiwania aż po ciężki, dosadne (nie mylić z topornymi – to nie Pantera) riffy. Niemniej znacznie ciekawiej wypada sekcja rytmiczna, a zwłaszcza niebanalnie grająca perkusja – trudno uniknąć porównania ze Stanierem. Na dobrą sprawę tak mógłby zabrzmieć Helmet na „Aftertaste” gdyby złapali więcej luzu i melodii i nie zaczęli przynudzać. Tekstowo też interesujaco – odrobina przyziemnej codzienności, odrobina rozmarzenia, odrobina „wild side” (np. otwierający płytę "Polska złota" zaczyna się dość niewinne by zboczyć w okolice "Sister Ray").
Dziś "Światowid" nie robi już takiego wrażenia jakie mógł robić półtorej dekady (Już?! Ależ zleciało.) temu, ale wciąż wciąga i cieszy zmysły. Wielka szkoda, że zespołowi nie udało się przebić. Niby później coś kombinowali – Czan, Mordy. Nawet jakieś Kobiety się przydarzyły, ale wszystko to już plasowało się o klasę niżej niż ich macierzysty zespół.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Podsycona ćwiartką dżinu refleksja, że gdybym rzucił pracę miałbym wakacje nad morzem przez cały rok.
2. Najgorszy moment: "Tomek czeka", "Ciasno, bosko" - żartobliwe acz męczące i nic nie wnoszące miniaturki.
3. Analogia z innymi element kultury: „Falowiec” rozmarzony, ale mieszkańcom blokowisk jednak kojarzy się zupełnie inaczej. Nawet jeśli nigdy nie mieli okazji stać w cieniu prawdziwego falowca (polecam – daje do myślenia).
4. Skojarzenia muzyczne: Jak można wywnioskować z powyższego tekstu, gdyby postawić na półce miedzy Apteką i Ścianką to będzie pasować nie tylko alfabetycznie.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Spacer po Gdyni
6. Ciekawostka: Płytę produkował sam Roman Dmowski!
7. Na dokładkę okładka: Cztery głowy! Cztery ręce to Kali i Goro.

53. Pippin: Ego, Światowid




Ocena: * * * *


Polska scena muzyczna znajdzie niejeden przykład zespołu, który nie tylko dobrze się zapowiadał, ale też zdążył wydać naprawdę dobrą płytę – a jednak nie wzbudził zbytniego zainteresowania i szybko się rozpadł. Zespół Ego (nie mylić z hiphopową kapelą z Częstochowy) jest tego scenariusza modelowym przykładem.
Ego to projekt Grzegorza Nawrockiego, poprzedzający założenie Kobiet, w których przypadku można już mówić o sporej popularności. Stylistycznie nie jest to jednak bliźniak bardziej znanego zespołu, choć jako reprezentant specyficznego brzmienia sceny trójmiejskiej sprawdza się doskonale. Pierwsze skojarzenia biegną jednak w zupełnie inne rejony, mianowicie do Wrocławia. Otóż Nawrocki przez większą część tej płyty śpiewa mocno w stylu Lecha Janerki (sprawdźcie wers Mały lęk w „Mocnej kawie”). Muzyka też jest trochę Janerkowa – nawet jak szybsza, to raczej leniwa i na luzie. A szybsza jest głównie w „Moc jest prosta” i – zgodnie z tytułem – we „Wściekłym”. Poza tym jest raczej spokojnie i nastrojowo, kojarzy się nie tyle z Kobietami, ile z jakimiś o kilka lat starszymi projektami typu, bo ja wiem, PRL. Trochę słychać funk („Miles”), trochę nową falę (motoryka zwrotki w „Japi”). Tym zaś, którzy Janerkę automatycznie stawiają obok Voo Voo, radzę nadstawić ucha na bas w „Mocnej kawie” – zbliżamy się tu wręcz do plagiatu „Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było”. 
Czy Ego miało ambicje zrobić karierę w mediach, również zagranicznych, tego nie wiem, ale nie można się oprzeć temu wrażeniu, słuchając „Wrong Way”. Przyjemny, melodyjny, popowy utwór w sam raz do radia – „Son of the Blue Sky” dawno przetarł szlaki dla polskich anglojęzycznych hitów, więc szansa była. Z drugiej strony pokazać chcą chłopaki oblicze nieprzebojowe, wariackie i czynią to w „Tomek czeka” – pseudopijackim bełkocie w stylu Tymona Tymańskiego (czyli nie opuszczamy Trójmiasta). Ale wolę pamiętać „Falowiec” będący swego rodzaju przeglądem specyfiki (fan powie, że magii) stylistyki Ego, a może i całej sceny trójmiejskiej, w pigułce – od leniwej, ciepłej zwrotki, po wykrzyczany refren.
Słówko o tekstach, bo jak rzucam kilka razy tym Janerką, to i tego tematu dotknąć należy. No tu do Pana Lecha jednak daleko, nie ma tej onirycznej poetyki i polotu. Znaczy, źle nie jest, ale pretensjonalne koszmarki typu Nóż na mym gardle, wtedy działać muszę nagle albo Moi koledzy prości i krzywi są też się znajdą.
I jeszcze jedno – płytę wyłączam po „Falowcu”. Gdybym lepiej pamiętał głupawe falsety z utworu numer 13, kojarzącego się ze średnio udaną imprezą w akademiku, ocena poszłaby o pół gwiazdki w dół.



Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Falowiec”.
2. Najgorszy moment: „Tomek czeka”, bo utworu numer 13 nie ma.
3. Analogia z innymi elementami kultury: To nie pierwsza płyta w historii 67 Mil, gdzie znajdziemy utwór poświęcony Milesowi Davisowi.
4. Skojarzenia muzyczne: Janerka, scena trójmiejska, polski rock środka schyłku tysiąclecia.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Imprezy w falowcu.
6. Ciekawostka: Utwór „Japi” przypomniał mi o tym, jak słowo to do języka polskiego wprowadzał dzielnie na początku lat dziewięćdziesiątych sam Krzysztof Ibisz Himself.
7. Na dokładkę okładka: Wariacja na temat Światowida, co to zamiast czterech głów ma cztery łapy. W odróżnieniu jednak od takiej choćby Kali, symbolika ich raczej uboga.

53. Basik: Ego, "Światowid"

Ego - Światowid

Ocena: * * * * 1/3

Podczas wybierania płyt do recenzji jestem zwolennikiem kontrowersji. Wolę materiał nie do końca oczywisty w ostatecznej ocenie, dzięki czemu komplet naszych tekstów wydaje mi się barwniejszy. Tym razem jestem pewien, że odchylenie standardowe średniej naszych sądów będzie niewielkie, ale nie przeszkadza mi to. Powód? Jedyny krążek tego zespołu-efemerydy jest w takim stopniu genialny co nie znany. 
Dla słuchaczy obeznanych w klimatach sceny trójmiejskiej (vide Apteka, Ścianka czy liczne projekty Tymona Tymańskiego) „Światowid” nie będzie wielkim zaskoczeniem. Płyta przynosi jednak tyle świetnych kompozycji naznaczonych indywidualizmem lidera – Grzegorza Nawrockiego, że dla nich, jak i słuchaczy mniej świadomych północnych wibracji stanowi pyszną rybną ucztę z dużą ilością natki pietruszki, plastrów czosnku i soczystego imbiru. Zrównoważona pomiędzy szalonym zgiełkiem a czułymi piosenkami, ostrością i słodyczą stanowi piękną syntezę wpływów amerykańskiej alternatywy lat 90. przefiltrowaną przez wybrzeża zatoki Gdańskiej. Od przyjemnego Pavement przez hałaśliwy Sonic Youth aż do funk-rockowego i psychodelicznego Jane’s Addiction. Jest też utwór iście helmetowy „Japi” oraz liczne echa grunge’u. Nie ma przy tym wrażenia obcowania z kalką i podróbką – muzyka Ego to wartość sama w sobie. Nie inaczej jest z warstwą słowną. Głos i filozofię śpiewania Nawrockiego można przyrównać do najlepszych wzorców polskiej alternatywy takich jak Cieślak, Tymański i Janerka. Teksty proste, istotne i niewydumane ze szczyptą „trójmiejskiej” abstrakcji. Lekkie pióro, użyte w tematach ważnych niech pozostanie platynowym wzorcem jak powinno się pisać w naszym ojczystym języku. 
Nawrocki po opuszczeniu i rozwiązaniu zespołu powołał do życia „Kobiety”, z którymi nagrywa do dzisiaj. Niestety ich twórczość – jakkolwiek sympatyczna - nie jest już tak błyskotliwa i pazurzasta. Ersatz nie istnieje w przypadku Ego więc, kto nie zna niech koniecznie nadrobi zaległości. 

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Bardzo lubię tekst „Falowca”, w którym opisane nocne wzbijanie się w kosmos z owego molocha ma oprócz oniryczno-awiacyjnego znaczenia przecież inny – znacznie bardziej przerażający kontekst. Uwielbiam tą dwuznaczność tekstu jak i sam utwór.
2. Najgorszy moment: płyta fizycznie niemal nie istnieje. Pilot ma, widziałem. Skradnę chyba.
3. Analogia z innymi element kultury: Sentyment za Milesem Davisem (podobnie jak w opisywanym przez nas Morphine) pojawia się w noise’owym numerze „Miles”. A może to po prostu tęsknota za prawdziwymi dźwiękami Muzyki.
4. Skojarzenia muzyczne: patrz główny tekst.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: słucham i już marzę o wakacjach w Trójmieście. Do zobaczenia.
6. Ciekawostka: Ciekawostkę odkładam na bok, żeby w tym miejscu pozdrowić M. i M. mieszkających w falowcu.
7. Na dokładkę okładka: Impresja na temat Świętowita. Taka dyskotekowa.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

52. Azbest: Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine, "White People & the Damage Done"

Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine - White People and the Damage Done
Ocena: * * * 1/2

Po rozpadzie The Clash, muzyka najwyraźniej przestała być priorytetem dla Jello Biafry. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcał gadaniu niż śpiewaniu (trochę czasu poświęcił tez na procesowanie się z eks-kumplami z zespołu). Oczywiście nie zerwał z nią zupełnie. W tym czasie romansował m.in. z Nomeansno, D.O.A. czy Melvins. Nie mniej jednak były to efemerydy – płyta i do widzenia. Najbliższy regularnego składu był Lard zmontowany wraz z obrzydliwcami z Ministry. Do czasu. Obejrzenie urodzinowego koncertu z okazji sześćdziesiątki Iggy Popa podrzuciło mu pomysł na własny zespół wieku średniego. Był to właśnie początek działalności jego Guantanamskiej szkoły medycznej.
"White People and the Damage Done" (Jello od zawsze lubował się w długaśnych tytułach. Z wiekiem mu nie przeszło) to drugi pełnowymiarowy krążek zespołu (po drodze złapali jeszcze minialbum/EPke). I najlepsza, a przy okazji najprzystępniejsza ich odsłona. Porównania z najsłynniejszym zespołem Biafry oczywiście nie da się uniknąć. Trzeba mu jednak oddać, że w odróżnieniu od reszty zespołu (jak sam ich nazywa "the world's greediest karaoke band”) nie oddaje się entuzjastycznemu pochłanianiu własnego ogona. Ta muzyka ma własny charakter – kawałki są wolniejsze, mniej w nich ciężaru, ale więcej melodii. Chwilami robią się bezwstydnie wręcz chwytliwe. Warto tez wspomnieć, że sporą role odgrywa bas, na którym wyżywa się sam Andrew Weiss (Rollins Band! I nie tylko.).
Tekstowo to wciąż zaangażowana, walcząca retoryka w prześmiewczym jak to u Biafry wydaniu ("Everyone was terrified of Doug. (...) He used sarcasm. He knew all the tricks, dramatic irony, metaphor, bathos, puns, parody, litotes and satire."). Obrywają politycy, biznes, media itd. Nie da się jednak ukryć, że jak na jego standardy to mało tu jadu. Ujęło mnie jednak przedstawienie finansistów z Wall Street jako wilkołaków. Odświeżający pomysł – znaczniej mniej oczywisty wybór niż wampiry.
Można trochę kręcić nosem, że płyta na pół gwizdka i zanadto ugładzona, ale słucha się bezboleśnie. I jest to o niebo ciekawsze niż w gatunku melodyjnego punku ma do zaoferowania Green Day chociażby. A na pewno jest duuużo lepsza od żenującej ostatniej płyty The Stooges.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Crapture".
2. Najgorszy moment: "Mid East Peace Process", "Hollywood Goof Disease".
3. Analogia z innymi element kultury: Tytuł płyty kojarzy się oczywiście z Neilem Youngiem.
4. Skojarzenia muzyczne: słychać tu i ówdzie Dead Kennedys.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: wizualizacja ostatecznego krachu systemu korporacji.
6. Ciekawostka: Jeszcze tylko jeden dzień na złożenie PITa. Dasz radę czy czujesz się hardkorem i nie składasz?
7. Na dokładkę okładka: The Return of the Daughter of the Plastic Surgery Disaster.

52. Basik: Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine, "White People & the Damage Done"



Ocena: * * * 3/4

Stańczyk. Przeżył panowanie Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta I Starego i Zygmunta II Augusta. Jello Biafra. Zaliczył kadencje Cartera, Reagana, dwóch Bushów, Clintona i Hussajna Obamy II. Zestawienie bohatera słynnego obrazu Matejki z wokalistą kultowego Dead Kennedys nie jest przypadkowe. Biafra to inteligent od lat ganiający po amerykańskiej scenie muzycznej w przebraniu błazna. Punktując patologie demokracji ucieka się do skrajnych szyderstw i bezlitosnych drwin a język ma cięty niczym miecz Damoklesa i brzytwa Ockhama razem wzięte. Po rozpadzie Dead Kennedys i niezłych kolaboracjach z takim legendami jak Nomeansno, Melvins, Ministry czy D.O.A. odnalazł – wydaje się – na stałe pozycję, z której może tryskać wściekłym jadem na światowy establishment. Mowa o Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine.
Płyta “White People & the Damage Done” przynosi muzykę najbardziej zbliżoną do pierwszej formacji lidera z wszystkich nagranych pod szyldem Guantanamo albumów. Tym razem jest prosto i bez odlotów. Dużo wkurwionego i szybkiego punk rocka skrzyżowanego z rock’n’rollowym czadem. Rasowy hc punk odzywa się w „Road Rage” albo w „Mid East Peace Process”. Za echa kennedysowych zagrywek niech świadczy temat gitarowy z „Hollywood Goof Disease”. „John Dillinger” mógłby równie dobrze pojawić się na płycie nagranej z D.O.A. w 1990r. W kwestiach wokalnych jest bardziej melodyjnie i przystępnie niż kiedykolwiek („Schock-U-Py!”, „Crapture”) mimo groteskowej maniery Biafry. Jello (czyli tak naprawdę Eric Boucher) opisuje „White People” jako concept album spojony warstwą tekstową odzwierciedlającą tytuł płyty. Tematyka niezbyt zaskakująca, ale napisana w prześmiewczym tonie Biafry robi genialne wrażenie.
Słowny wpierdol dostaje się bankierom, którzy porównani są do żadnych ludzkiego mięsa bestii, skorumpowanym politykom-przestępcom, środowisku mediów i telewizyjnych celebrytów robiących odbiorcom wodę z mózgu a także sekciarzom czekającym na nadejście swojej apokalipsy. Biafra ma w tym wszystkim dobre wyczucie i odsuwa „politykowania” i ideologię na rzecz bardziej uniwersalnego przekazu osadzonego w tym samym anarchistycznym duchu jak twórczość Dead Kennedys sprzed 30 lat.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Brown Lipstick Parade”, „John Dillinger”, “Warewolves of Wallstreet”, “Road Rage”
2. Najgorszy moment: „Burgers of Wrath” (ale tytuł świetny)
3. Analogia z innymi element kultury: „Occupy!” to ruch społeczny skierowany przeciwko globalnemu kapitalizmowi, korupcji i nierównościom społecznym powstały w USA w 2011r („Shock-U-Py!”)
4. Skojarzenia muzyczne: Biafra lubi sięgać po cytaty. W „Crapture” mamy riff z… „Space Truckin’” Deep Purple. W „Brown Lipstick Parade” bas gra coś podobnego do „Yankee Doodle”, czyli amerykańskiej pieśni z czasów wojny o niepodległość.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: wypełniania PITa.
6. Ciekawostka: „Corruptosaurus Rex” pojawiający się w tekście „Brown Lipstick Parade” to niezwykle drapieżny i skorumpowany dinozaur.
7. Na dokładkę okładka: wygląda jak przestroga Kościoła przed „in vitro”

52. Pippin: Jello Biafra and The Guantanamo School Of Medicine, White People And The Damage Done



Ocena: * * * ¼
Jello Biafra? To on jeszcze żyje? A owszem, żyje, ma się nieźle i wciąż nagrywa. Od kilku lat towarzyszy mu w tym zespół o jakże wdzięcznej nazwie The Guantanamo School of Medicine i towarzystwo to właśnie uraczyło nas nową płytą.
Powiedzmy sobie jasno – czytelnicy 67 Mil mogą już by trochę znudzeni, bo znów gadać im będziemy o nowej płycie weterana, który prochu nie wymyśla i niczego nowego nie odkrywa. Tak było z wujkiem Nickiem,tak było z Bowiem, tak było z Mudhoney, tak jest z kolegą Biafrą. Bo co – myślicie, że zaczął grać pościelówy, psychodelię albo country? Gdzie tam, łoi to, z czego słynie od dawna. Ultraszybkie... wróć, ultraszybkie to one były w czasach debiutu Dead Kennedys, zatem – szybkie utwory lokujące się gdzieś między punkiem a hardcorem (oddajmy sprawiedliwość – być może bez Biafry termin „hardcore” by w ogóle masowo nie zaistniał), gdzie gitary preferują riffy nad solówki, a perkusista też nie zapodaje rytmów szczególnie wyrafinowanych technicznie. Jeśli myślicie, że mój zgrubny opis jest trochę na odwal się i tyczyć się może miliona kapel, to dodać muszę, że The Guantanamo School of Medicine od miliona kapel odróżnia wokal Jello Biafry, nieporównywalny z niczym innym. Skandowanie i charakterystyczny zjadliwy ton głosu od lat nie pozwalają pomylić gościa z nikim innym. I zawsze jak słucham niektórych utworów Faith No More, ze szczególnym naciskiem na „Ugly In The Morning”, nie mogę się oprzeć skojarzeniu wzorowania się na Biafrze.
Jako się rzekło, urozmaiceń i udziwnień w utworach nie będzie. OK, jest motyw kojarzący się z tykaniem zegara w „Mid-East Peace Process” (a może z bombą zegarową? Tytuł zobowiązuje!), jest kilka razy ten sam patent, polegający na wokalu Biafry z towarzyszeniem wyłącznie perkusji, jest głupawa melodyjka w „Road Rage”, ale to naprawdę wyjątki. Jedni powiedzą – monolit, inni ziewną i orzekną że nuda i jedno podobne do drugiego. Mimo wszystko posłuchać warto, stary Biafra gra ciągle to samo, ale wigoru mu nie brakuje, więc szacuneczek.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Otwierający riff. Nie że lepszy niż wszystko inne, ale usłyszeć pierwszy utwór, to jak usłyszeć całą płytę.
2. Najgorszy moment: Koledzy Redaktorzy, przystopujmy z nowościami.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Słowa „Hey Hey Hey, That’s What I Say!” w końcówce „The Brown Lipstick Parade” brzmią dziwnie znajomo.
4. Skojarzenia muzyczne: Mam dość pisania, że weteran brzmi jak on sam, poddaję partię.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Zjazd wspominkowy weteranów Jarocina 1984.
6. Ciekawostka: Cytat z Biafry dał tytuł jednej z fajniejszych płyt Kultu.
7. Na dokładkę okładka: Dlaczego okładka jest w barwach Jagiellonii Białystok? Nie mam pojęcia.

52. pilot kameleon: Jello Biafra and The Guantanamo School Of Medicine, White People And The Damage Done

 
***2/3
Biafra od ponad trzydziestu lat uderza może niezbyt regularnie, ale za to bardzo konsekwentnie. Krótkie przypomnienie: Dead Kennedys, pauza, atak na przełomie lat 80. i 90. XX wieku (Lard, Tumor Circus, kolaboracje z Nomeansno i D.O.A.), pauza, duet z Mojo Nixonem, długa pauza, incydentalne The No WTO Combo, kontynuacja pauzy poprzedniej, dwupłytowa akcja z Melvins, pauza i w końcu projekt, który pozwala sądzić, że wieloletnie przerwy i roszady zespołowe znikną, czyli The Guantanamo School Of Medicine. Pauza fajna była tylko w szkole.
Najbliżej z Guantanamo do Dead Kennedys. Z poprawką, że trzy dekady w międzyczasie uciekły. Kolaboracje z innymi formacjami zawsze owocowały pewnymi zaburzeniami stylu. Były one jednak tym cenniejsze im bardziej odchylały się od podstawowego nurtu. Guantanamo wraca do klasycznej linii programowej. Chwytliwa propozycja zawarta na „White People and the Damage Done” zachęca do wielokrotnego odsłuchu, niemniej jednak jej przyswojenie może zająć kilka dni. Może nie każdemu, ale ja trochę musiałem przysiąść nad tym materiałem. Przestrojenie ślimaka i głowy jednak się udało. Nie żebym Biafry nie lubił, ale w początkach kwietnia 2013 roku było mi z nim nie po drodze. Kamerton jednak zadziałał. Potem wchłaniałem już łapczywie bliskotliwe kompozycje, czasem nawet nienachalnie urozmaicane akustycznymi podbiciami, które ładnie dopełniają i urozmaicają dźwiękową przestrzeń. Doskonale współbrzmią dwie gitary. No ale jeśli na jednej gra Ralph Spight znany z Victims Family, to nie może być inaczej. Sekcja się nie wychyla. Potrafią, ale nie chcą tego robić. Wyczucie mają doskonałe. Sprawdzeni muzycy zapewniają stylowy i chwytający za serce podkład. Klasyka hc/punk. Bez niepotrzebnych niespodzianek. Biafra dodatkowo gwarantuje natychmiastową rozpoznawalność. Oraz sporą ilość publicystycznego przekazu, w którym tryska jadem jak rozjuszony wąż. Połączenie doskonałe. Sprawdzone tak, jak sprawdzone są ziemiaki i schabowy. Zero niespodzianek. wszyscy znają, ale nikt nie marudzi gdy wjeżdżają na stół.
Dodatkowym atutem jest to, iż Jello Biafra And The Guantanamo School Of Medicine funkcjonuje regularnie i nie stroni od scenicznych prezentacji również w naszym rejonie. Portret artysty z czasów dojrzałości nie uległ zmianie. Kolory na płótnie nie wyblakły. Kotlet na talerzu to nie rewolucja, ale gwarancja sprawdzonego posiłku.
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Doskonała współpraca gitarzystów. Polecam spotkanie z tym albumem w intymnym splocie z słuchawkami.
2. Najgorszy moment: To co dzieje się po „Shock-U-Py!” można śmiało odpuścić. Ale bieda się z tego powodu nie dzieje, bo to raczej bonusowe historie.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Więzienie Guantanamo znajdujące się na terenie Kuby, administrowane przez Stany Zjednoczone ze względu na swój charakter, a w szczególności na długotrwałe przetrzymywanie więźniów bez wyroku sądowego oraz stosowanie tortur w trakcie przesłuchań przez obrońców praw człowieka bywa określane jako obóz koncentracyjny. Dnia 22 stycznia 2009 roku prezydent USA Barack Obama nakazał jego zamknięcie w ciągu jednego roku. Placówka jednak nie zakończyła swojej działalności. [Źródło: Wikipedia]
4. Skojarzenia muzyczne: Kaczor Donald.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Najlepiej siadł mi ten album gdy przejeżdżałem przez Konin pociągiem TLK relacji Warszawa – Poznań. Pociąg zatrzymał się na stacji, Biafra zrobił w tym momencie firmowe "hihihihihihihihihihi" i cały przedział promieniami X przeszył moją głowę.
6. Ciekawostka: Jello Biafra And The Guantanamo School Of Medicine regularnie nawiedzają Polskę. Byli już dwa razy i niestety zawsze się z nimi minąłem. Do trzech razy sztuka?
7. Na dokładkę okładka: Coś się wysypało przy eksporcie pliku, a w drukarni nie zareagowali.
 

wtorek, 16 kwietnia 2013

51. Azbest, Mudhoney "Vanishing Point"

Mudhoney - Vanishing Point
 Ocena: * * * 3/4

Nawet się nie starają. Na pierwszy rzut ucha kolejna w tym roku (lekko) rozczarowująca płyta znanych i uznanych. Nie da się jednak uniknąć refleksji, że przecież przez ćwierć wieku nie robili nic innego. No bo spróbujmy wyobrazić sobie taką sytuację - Steve Turner wyraźnie podekscytowany wpada na próbę i rozentuzjazmowany ogłasza "Panowie - teraz nagramy przełomową płytę!". A wyobraźnia podpowiada, że reszta w odpowiedzi wybuchem szyderczego śmiechu i gratuluje mu poczucia humoru. Taki to zespół i był czas przywyknąć. Nie kto inny jak sam Arm w jednym wywiadów radził "Im mniej stawiacie sobie celów tym mniej czeka was rozczarowań".
Na "The Vanishing Point" Mudhoney graja po swojemu to co zawsze grali. Kolejna brudna, bezpretensjonalna, leniwa, niechlujna, wyluzowana płyta. Słychać to na każdym kroku - nawet w tekstach. Przecież singlowy "I Like It Small" to wręcz manifest mudhoneyowskiego minimalizmu i mamtogdziesizmu. Oczywiście zespół ciągnie ten wózek tak długo, że mimo woli musieli się trochę rozwinąć i dojrzeć. Ale właśnie - „trochę”. To nie Pearl Jam. Okopali się na swoich pozycjach i mimo delikatnych, ewolucyjnych zmian wytrwale kontynuują swoją misję. Wciąż ich muzykę czuć garażem, wciąż unosi się punkowy duch. Brzmią tak jak przyzwyczajali nas przez ostania dekadę.
Nowy album jest co prawda słabszy niż "The Lucky Ones", ale za to lepszy niż "Under a Billion Suns". Nie rzucił mną o glebę, ale jak to u Mudhoney słuchałem z zadowoleniem. Tylko czy za 10 lat o tej płycie będzie pamiętał ktoś oprócz fanów zespołu? Nawet się nie starają. Czy będziesz bluźnić, czy dziękować prosto w niebo?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "I Like It Small"
2. Najgorszy moment: "In This Rubber Tomb" najmniej fajny.
3. Analogia z innymi element kultury: Arm przywołuje GG Allina, Billy Prestona, mamy też mrugnięcie w stronę Hendrixa. Ponadto już sam tytuł to nawiązanie. "Vanishing Point" to przecież tytuł wczesnego (1997) filmu Viggo Mortensena.
4. Skojarzenia muzyczne: Zdecydowanie Mudhoney, ale w "I Don't Remember You" bezwstydnie zżynają ze Ścianki. Jak nic chcą ich sprowokować do wydania płyty.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: układanie akt (o dziwo).
6. Ciekawostka: Niebawem nowe Melvins gdzie Arm udziela się w "Set It On Fire”. Swego czasu Mudhoney grali "We Had Love" - inny kawałek Scientists (lider zespołu Kim Salmon w połowie lat osiemdziesiątych określał swoją muzykę jako... grunge)
7. Na dokładkę okładka: Tutaj coś nowego - ruiny syryjskiego miasta Apamea, w 1152 roku zniszczonego przez trzęsienie ziemi.

51. pilot kameleon: Mudhoney, Vanishing Point




**1/2

Uszło gdzieś powietrze z Mudhoney. Może zbyt wielkie nadzieje pokładałem w tej nowej płycie? Tak dużo, tak mocno, tak bardzo... Z albumu „Vanishing Piont” wyłania się niestety niezbyt wesoły obraz zespołu. Na pierwszy rzut ucha wszystko jest w porządku. Wszystko sprawdzone, wszystko znane, ale od pierwszego utworu Jagon szepce do mego ucha, że coś jest nie tak. I ja mu wierzę. Najbardziej trujące są partie wokalne Marka Arma. Do tej pory nie przeszkadzała mi jego niechlujna maniera czy fałsze. Ba, to przecież jeden z jego znaków rozpoznawczych. Przy pierwszym kontakcie z „Vanishing Point” wokale mnie oskalpowały. Słuchanie ich w „Slipping Away” czy „What to Do with the Neutral” przypomina wizytę u dentysty lub w gabinecie szefa. Jechana bez znieczulenia, do zaorania. Chciałoby się powiedzieć: chłopie, nie zabijaj Mudhoney! Nie rób tego! W innych fragmentach bywa na szczęście nieco lepiej, ale po niespodziewanej defloracji otrząsnąć się nie mogę. Niestety nie ma też tutaj wielkich pomysłów na kompozycje. Te nie są oczywiście złe, ale do przyzwoitej średniej, jaką ten zespół zawsze reprezentował jest niestety daleko. Taki Mudhoney ze szrota trochę. Utworów całe szczęście nie ma wiele, co w pewnym sensie uratowało materiał od zagłady całkowitej. Wątpliwe to jednak usprawiedliwienia. Zatem ugór leży odłogiem, ale to paradoksalnie daje nadzieję, że prawdziwe plony pojawią się w następnych sezonach. Może.
Brakuje mi w tym momencie koniecznego dystansu, a zranione ucho trudno błagać o litość. Kocham ten zespół, nie kończę swojej znajomości z tym albumem i chciałbym, żeby kiedyś mi się odmieniło. Na ten moment jednak uszło gdzieś powietrze. Możliwe, że ze mnie również.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Fajnie się czekało na ten album. Jedna z niewielu płyt, których faktycznie wyglądałem każdego dnia.
2. Najgorszy moment: wokale Marka Arma. Cóżeś Ty uczynił, żem tak nagle pobladł?
3. Analogia z innymi element kultury: Nikt nigdy nie odnalazł prelacji pomiędzy dorobkiem Mudhoney a kompozytorską spuścizną Beli Bartóka. Pewnie dlatego, że takich powiązań nie ma.
4. Skojarzenia muzyczne: Sub Pop, grunge, The Stooges, punk rock, alternatywa amerykańska końca lat 80., superfuzz, bigmuff, wzmacniacze lampowe, garaż, Seattle. A dalej na zasadzie kontekstu Nirvana, Pearl Jam, Mother Love Bone, Tad, Alice In Chains, Mad Season, Soundgarden, Green River, Wipers i wielu innych.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: filmu „Znikający punkt”? Nie. Album o takim charakterze popełniło po latach Primal Scream. Ich „Vanishing Point” lepszy niż ten od Mudhoney.
6. Ciekawostka: 1. Perkusista Mudhoney, Dan Peters, grał kiedyś w Nirvanie. 2. KAŻDA inna regularna płyta Mudhoney jest lepsza niż „Vanishing Point”. Też mi ciekawostka... 3. Widziałem ich na żywo w 2009 roku w warszawskiej Proximie. Życiówka to była.
7. Na dokładkę okładka: Tu im się udało. Idealny autoportret: powolny rozkład samego siebie.


51. Pippin: Mudhoney, Vanishing Point




Ocena: * * * 1/2


Marek Oramus, jeden z moich dawnych guru, pisarz i publicysta, powiedział niegdyś, że ma taki sentyment do starej, klasycznej fantastyki naukowej, że wystarczy, iż ktoś zamacha mu przed oczami rakietą, a on od razu jest przeszczęśliwy. Podobnie rzecz ma się ze mną, gdy w grę wchodzi subgatunek muzyczny, określany potocznie jako grunge, sytuowany niegdyś głównie w Seattle i okolicach.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że prawdziwy grunge zdał klucze około roku 1996, a później ciężko w ogóle mówić o dalszym istnieniu gatunku, zwłaszcza w obliczu śmierci Cobaina i Staleya, rozwiązania Soundgarden i rozmaitych zmian stylistycznych w Pearl Jam. Nie jest też tak, że wszystko, co grungem pobrzmiewa, zwłaszcza w wykonaniu okołoSeattlowskich dinozaurów, przyjmuję bezkrytycznie – wystarczy poszukać na naszej stronie recenzji ostatniej płyty Soundgarden. Nie można jednak ignorować ciągle żywego zjawiska, o nazwie Mudhoney.
Bo Mudhoney już ponad ćwierć wieku ma gdzieś, ile lat upłynęło, jaki gatunek kiedy się skończył, a jaki zaczął. Mark Arm, Steve Turner i reszta ekipy właściwie nigdy nie zawiesili działalności i nową płytą raczą nas co kilka lat. Nie serwując przy tym właściwie żadnych zaskoczeń, konsekwentnie grając swoje, czyli tenże umowny grunge, w jego bardziej garażowym, wręcz punkowym, wydaniu. Bez specjalnych przebojów, za to z niesłabnącym szacunkiem amerykańskiej sceny alternatywnej. Na najnowszym „Vanishing Point” też rewolucji nie będzie. Przybrudzony głos Arma podśpiewuje i pokrzykuje, niezbyt czysto zresztą, a Turner serwuje riffy, które równie dobrze powstać mogły dwadzieścia lat temu. Jest kilka nośnych refrenów, jest kilka z lekka psychodelicznych partii gitar, jest zwyczajowy ciężar. Czyli po staremu, co nie zmienia faktu, że całkiem przyjemnie się tego słucha – włączcie sobie choćby otwierający album „Slipping Away”, posłuchajcie tej melodyjki gitary, tych pauz i spokojniejszego interludium na perkusję i wokal albo złapcie ten niemal przebojowy refren „Sing This Song of Joy” czy pokrzykiwanie we wstępie „I Like It Small” – no nie jest fajnie? Brzmienie i ogólne celowe niechlujstwo kieruje skojarzenia głównie w kierunku The Stooges, czyli w sumie – głównie w stronę dotychczasowej kariery Mudhoney. Stąd smutna refleksja – nie wiem, czy ten album zainteresuje młodych słuchaczy rocka, bądź takich, którzy brzmienie Seattle, owszem, lubili, ale potem poszli do przodu, znaleźli sobie nowe trendy i nowych idoli. Mudhoney gra chyba głównie dla garstki starych fanów, dając im dokładnie to, czego od lat oczekują i co co kilka lat dostają.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Wyłapywanie nawiązań do Hendrixa w „I Don’t Remember You”. Ja na razie mam trzy. Kto da więcej?
2. Najgorszy moment: Czy to już zjadanie własnego ogona, czy dopiero za kilka płyt?
3. Analogia z innymi elementami kultury: Łk 7,11-17.
4. Skojarzenia muzyczne: Po rozpadzie Green River Mark Arm i Steve Turner założyli zespół Mudhoney. Posłuchajcie ich, bo fajnie grali. Czy nadal istnieją, nie wiem.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Próba w garażu.
6. Ciekawostka: Green River, poprzedni zespół panów liderów, w latach raczkującego w Polsce Internetu był dla mnie swoistym Świętym Graalem. Michał – pamiętam, że dostałem tę płytę od Ciebie, dzięki!
7. Na dokładkę okładka: Jesteśmy już wykopaliskiem, ale bez obawy – nadal nieźle się trzymamy!