niedziela, 3 sierpnia 2014

79. Basik: Group Bombino, "Guitars From Agedez Vol.2"




Ocena: * * * *  

Jeśli przestanie istnieć dla mnie nowa muzyka i jeśli nie zostanie nic do odkrycia, położę się i umrę. Jak na razie - nie narzekam, choć kiedyś musi być kres. Nie narzekam, głównie dzięki wielu inspirującym osobom, którzy wciągają gatunki muzyczne, które ja obchodzę bokiem albo takich, o których nie słyszałem w ogóle. Gdyby nie oni (dziękuję, A.) pewnie nie poznałbym Group Bombino ani i wielu innych wykonawców z Afryki (a z tych rejonów znany był mi jedynie Fela Kuti, ale jego zna przecież każdy). I tak pewnego dnia dałem się wciągnąć w Tishoumaren, Kadongo Kamu, Mande, Mbalax, Highlife… i mnóstwo innych sub-gatunków muzycznych, których na tym mulitikulturowym kontynencie jest przynamniej tyle, co języków, religii i krwawych wojen razem wziętych. 
W przypadku Omary „Bombino” Moctara, ucho przyzwyczajone do zachodnioeuropejskich czy amerykańskich dźwięków doznaje przyjemnego zaskoczenia. Na hasło „desert rock” pierwsze myśli nie biegną już w stronę w stronę Kyuss. Pustynny rock a właściwie blues nomadów z Group Bombino w odróżnieniu od ciężkiego i narkotycznego klimatu stonerowców z kalifornijskich pustyń jest niezwykle lekki i przestrzenny. Podobnie cechuje go hipnotyczny rytm i repetycje gitarowe, ale w odmianie delikatnej i ciepłej psychodelii. Pustynny blues Tuaregów płynie i osuwa się w senną atmosferę. Druga część płyty „Guitars From Agadez, vol.2” wyrywa z medytacji i przynosi „elektryczne” wcielenie zespołu. Bardziej surowe, szorstkie (chciałoby się powiedzieć „garażowe” ale tam raczej trudno o garaż) niczym pustynna odmianna krautrocka, nie traci na transowości. 
Rozdział "elektryczny" płyty dosadniej odzwierciedla tytuł albumu, z uwagi na większe nasycenie gitarowym zgiełkiem. Fender stratocaster to oczywiście nie jest rdzenny instrument nomadów z Nigru lub Mali. Mimo to Tuaregowie gładko zasymilowali sobie ten zachodnioeuropejski gitarowy styl bez popadania w „cepeliadę” jak wiele zespołów europejskich próbujących tego samego w drugą stronę. 
Muzyka Omary Moctara w kontekście Tishoumaren czyli muzyki Tuaregów nie jest oryginalna, wcześniej robili to już Tinariwen, kiedy w obozach dla uchodźców w Libii nasłuchali się Hendrixa i chwycili za wiosła. Wcześniej był przecież ojciec afrykańskiego bluesa Ali Farka Toure. Bombino na tle wyróżnia się bezpretensjonalną szczerością i prostotą przekazu, wpadającymi w ucho melodiami, uzależniającym rytmem i swobodną, jamową atmosferą. Trudno uwierzyć, że jego muzyka była odbierana jako niebezpieczna i rebeliancka, ale to tylko świadczy o tym jak wygląda sytuacja polityczna w Afryce.  

Kwestionariusz:  
1. Najlepszy moment: w przypadku tak monolitycznych albumów, trudno wyróżniać. Bombino jest super. 
2. Najgorszy moment: gatunek jest raczej hermetyczny i jeśli zna się jeden album, właściwie zna się je wszystkie. Na szczęście nie odbiera to przyjemności słuchania. 
3. Analogia z innymi element kultury: wojna domowa w Mali, powstanie zbrojne Tuaregów, Niger, Agadez
4. Skojarzenia muzyczne:Ali Farka Toure i blues, Tinariwen, Etran Finatawa, Tamikrest
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: słuchając tej muzyki nie da się złościć. 
6. Ciekawostka: Część „elektryczna” to rejestracja "live" występu na… weselu. 
7. Na dokładkę okładka: wielobarwna, tak jak kontynent

79. Pippin: Group Bombino, Guitars from Agadez, vol. 2


Ocena: * * * 1/2

- Muzyka z Afryki?

- Fela Kuti.

- Dobra, inaczej – muzyka z pustyni?

- Kyuss, Queens of the Stone Age.

Czyli Bombino nie znasz, a przecież chłop nawet w Stodole w zeszłym roku grał. Nic się nie orientujesz – a warto. Już sama biografia to temat na sążnistą opowieść: gość ze środka Sahary, rdzenny Tuareg, zwiewa z rodziną do Algierii, od wujka dostaje gitarę i bawi się nią, pasąc trzodę. Naoglądał się następnie Hendrixa i Zeppelinów i stwierdził, że też tak chce.

I naprawdę nie ma śmiechu. Kolega Bombino zapodaje propozycję na poziomie, cieszy ucho, nie ma żadnej wsi ani kpin. Pierwsza, akustyczna część „Guitars from Agadez, vol. 2” to nadspodziewanie porządne bluesy. Bluesy, które nie są ani wtórne wobec tych amerykańskich z werandy, ani nie są od nich inne, osobne, korzennie afrykańskie. Brzmią po prostu autentycznie, brzmią, za sprawą tekstów w języku tamaszek odpowiednio tajemniczo, a klimatu dodają odgłosy i rozmowy w tle – czujesz się, jakbyś wlazł na jakiś pustynny bazar, a przygrywający w kącie Bombino jest tylko jednym ze składników jego kolorowego folkloru. Przed oczami stają wszystkie możliwe skojarzenia literacko-filmowe – „Lawrence z Arabii”, „Babel”, „Tajemnice Sahary”, „W pustyni i w puszczy nawet” – wszystko pasuje. A wiesz, że samo posiadanie gitary w niektórych krajach pustynnych było przestępstwem?

Przy elektrycznej części płyty czar trochę pryska. Niech sobie brzmienie będzie byle jakie, ale ucieka gdzieś ten tajemniczy nastrój, ta chęć wzięcia plecaka i złapania stopa choćby do Maroka. Mimo że akustyczny blues bliski był ”naszego bluesa”, to jednak wciągał. A elektryczny (to oni mają tam prąd?) blues rock też jest bliski naszemu, ale, poza językiem tekstów, jest jakiś taki…. Bardziej zwyczajny. Ale spójrzmy na to tak – to podobno koncert nagrany na weselu, a do kotleta nie zawsze gra się prosto z serca.


Kwestionariusz: 

1. Najlepszy moment: Akustyka.

2. Najgorszy moment: Elektryka.

3. Analogia z innymi element kultury: Sahara, a dalej ciągnijcie sobie sami.

4. Skojarzenia muzyczne: Blues – to z werandy, a na koncercie – bo ja wiem, Mayall?

5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wizyta na targowisku.

6. Ciekawostka: Wiedzieliście, że na pustyni wydobywa się uran? Serio, złoża w okolicach Agadez są jednymi największych na świecie.

7. Na dokładkę okładka: Miewał lepsze – sprawdźcie sobie „Nomad”.



79. Azbest, Group Bombino „Guitars From Agadez Vol. 2”

Group Bombino - Guitars From Agadez Vol. 2
****

Niedawno sięgnąłem po film "Wiatr i lew" w reżyserii Johna Miliusa. Sporo tam dobrego - Sean Connery jako przywódca berberyjskich rozbójników, nawiązania do "Lawrence'a z Arabii", "Dzikiej bandy" i spaghetti westernów,. No i Milius - kto zna jego filmy wie o czym mówię. Ale do rzeczy - początek XX wieku, afrykańscy koczownicy porywają amerykańską rodzinę wchodząc w konflikt z rosnącymi wówczas w potęgę Stanami Zjednoczonymi. Mamy zatem postęp cywilizacji i prawdziwe zderzenie kultur. Odmiennych do tego stopnia, że wydają się wręcz innymi światami. Ale co równie ważne, z biegiem czasu oponenci dostrzegają, że coś ich jednak łączy. I niby nic, ale w tym samym czasie dowiedziałem się, że będziemy recenzować płytę Group Bombino - zespołu stworzonego przez Tuaregów (grupa Berberów zamieszkująca Saharę).
O ile "Wiatr i lew" traktował o sytuację gdy zachodnia cywilizacja dopiero zaczynała sięgać w niedostępne sobie wcześniej zakątki świata, tutaj mamy do czynienia z globalizacja na pełną skalę. Zespół rockowy pośrodku największej pustyni świata. Oczywiście gdyby ograniczali się do kopiowania kanonu nie tracilibyśmy na nich czasu. Frapujące jest u nich to jak sprawnie udało im się połączyć własną tradycje kulturową z zachodnimi inspiracjami. A może raczej "zachodnimi". W muzyce Bombino bowiem słychać sporo bluesa, mającego solidne związki z muzyką afrykańską (polecam "Feel Like Going Home" Martina Scorsese - pierwszy odcinek dokumentalnego cyklu "Blues"). Zamiast kopiować obce wzorce stworzyli muzykę wywodzącą się z własnej tradycji, ale wzbogacając ja nowymi elementami.
Płyta podzielona jest na dwie części - akustyczną, oraz zarejestrowaną koncertowo elektryczną. Niewątpliwie lepiej wypada segment "Unplugged", i nie tylko ze względu na lepszą jakość dźwięku. Gęsty, etniczny rytm połączony z gitarą niedwuznacznie kojarząca się z delta bluesem brzmi nie tylko oryginalnie, ale i porywająco. Set koncertowy to już granie elektryczne. I bliżej mu do tradycyjnie zagranego blues rocka (nieco bliżej). Wciąż jest hipnotycznie i niezwykle żywiołowo. Dalej opierają się na tradycyjnych wzorcach, ale nie są one już tak dominujące.
Muzyka Bombino połączyła dwa odmienne muzyczne światy. Proponują słuchaczowi muzykę wywodząca się z tradycji afrykańskiej, ale nasączając ją elementami rockowymi, nie tracąc przy tym autentyczności. W dodatku nie popadają w sztuczności i nie zalatując cepelią. Ale szczególnie fascynująca jest jeszcze jedna kwestia związana z zespołem. W czasach gdy muzyka rockowa utraciła swój pazur i przestała być kojarzona z buntem wracając do swych prakorzeni powróciła również do swego pierwotnego charakteru. Dla Tuaregów często popadających w konflikt z rządem gitara stała się symbolem oporu do tego stopnia, że zakazano ich posiadania. A sam zespół nie stał z boku wydarzeń. Nie ograniczali się również do wyrażania swojej postawy muzyką. O zaangażowaniu zespołu niech świadczy to, że gdy w 2007 doszło do antyrządowego powstania muzycy wzięli w nim udział. Dwóch z nich przypłaciło to życiem.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
"Imuhar", "Amidinine"
2. Najgorszy moment: brzmienie elektrycznej części.
3. Analogia z innymi element kultury: "Sheltering Sky" (ale nie znam książki Bowlesa - tylko film Bertolucciego) i w sumie "Sahara" z Matthew McConaughey (film nie jest tak zły jak się uważa - można się przy nim rozerwać).
4. Skojarzenia muzyczne: Moja wiedza o temacie jest uboga jak roślinność na Saharze. Przychodzi mi do głowy tylko jedna nazwa - Tamikrest.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Może to prozaiczna, ale sprawdziła się przy gotowaniu czarnej fasoli z wieprzowiną.
6. Ciekawostka: Dlaczego Vol. 2 na debiucie zespołu? „Guitars From Agadez” to wspólna nazwa dla serii płyt z muzyka pochodząca z Nigerii.
7. Na dokładkę okładka: Barwna jak muzyka zespołu.

79. pilot kameleon: Group Bombino, Guitars From Agadez Vol. 2

***2/3

Skąd wziął gitarę? Ukradł... No dobra, słaby żarcik na początek musi być. Niemniej jednak moje pytanie nadal jest zasadne. Agadez to środek Nigru, a środek nigru pełen jest niczego, czyli wszechogarniającej, gorącej i bezkresnej pustyni. No dobra, nie ma co drążyć.
Do rzeczy jednak: pierwsza część "Guitars From Agadez Vol. 2" to taki zapis tego, co może dziać się na głównym placu handlowym wspomnianego miasta. Są rozmowy, jest granie na gitarze, są etniczne śpiewy, bębenki radośnie pląsają po kanałach. Obok handluje się skórami, orzeszkami ziemnymi, proso i sorgo. Kawałek dalej wydobywa się uran. Dzień jak co dzień. Jedziemy zatem etnicznie, ale nie jakoś kompletnie z czapy. To wszystko trzyma się jak najbardziej klasycznego wiosłowania i muzykowania. Wokalizy też jadą w bardzo przyjemny sposób, bez zawodzenia muezzinów i innych karkołomnych historii wokalnych charakterystycznych dla muzyki świata różnych stron. I teraz pytanie: czy to samoczynnie z wnętrza Afryki wyszło, czy też jest to coś, co kiedyś wyszło, a teraz wróciło i znów zakwitło?
Druga strona zmienia nieco oblicze. Okazuje się, że w Agadez jest prąd. Jest elektryczna gitara, czuć, że są wzmacniacze, bas pulsuje tłusto, a bębny utwardzają ten groove. Soczyste funkowe granie, jechana w bardzo prosty sposób, z naciskiem na trans. Wokalizy są, ba, mają również zadatki na przebojowość. Atmosfera luzackiego dżem seszyn unosi się nad wszystkim. Tutaj najbardziej widać, że wtręty etniczne, choć bazowe i nadające charakter całej muzyce, są wspaniale wkomponowane w improwizowanie europejsko-amerykańskie. To wszystko brzmi bardzo naturalnie i wydaje się niezwykle bliskie. Bez etno folku oderwanego od naszego kręgu kulturowego.Omnomnom.
Kurde, założenie wstępne było takie, że mi się nie spodoba i tyle. A się spodobało i Tobie drogi czytelniku również radę włączyć ten materiał. Powinien dogodzić.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Zajebiście płyną te dźwięki. Jechałbym przez pustynię.
2. Najgorszy moment: Jak w Polsce są upały, to dla mnie zawsze jest najgorszy moment. 24 stopnie, to idealna temperatura.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Czy w czarnej Afryce potrafią napieprzać w gitary jak Bad Brains?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Jakiś trip na południe. I to raczej dość odległe.
6. Ciekawostka: Już dziś pewnie nikt nie pamięta, ale jak Korwin Krul dał w twarz Boniemu, to nigdy nie zapomnę. Niech na pamiątkę tego, te słowa tu zostaną.
7. Na dokładkę okładka: Jest gorąco, to jeszcze się ciepło ubiorę. ROR.

sobota, 19 lipca 2014

78. Pippin: Black Flag, Live '84



Ocena: * * 1/2

Własne zespoły, jak wiadomo, założyli wszyscy ci nieliczni, którzy tuż po premierze zakupili debiutancką płytę The Velvet Underground. Ale też miliony tych, których zainspirowała dowolna inna płyta albo też zwykła chęć grania w kapeli. A jak już masz zespół, to grasz próby i próbujesz wkręcić się gdzieś, żeby zagrać też koncert. Znam też scenariusz doskonale, próby i coś na kształt koncertu, nie są mi obce. A z początkującymi składami bywa bardzo różnie – Stachu fałszował ile wlezie, Kojakowi nie chciało się do Stacha nosić całego zestawu perkusyjnego, więc na próbach bębnił w książki czy wiadra, ja gitarę basową miałem w ręku pierwszy raz w życiu (Jarek, dzięki za pożyczenie), a trąbka Mateusza od samego początku była raczej dla jaj. Właściwie jedynie do gitarzysty nie ma się za bardzo za co przyczepić, zresztą w późniejszym czasie, jako jedyny z nas, zrobił jakąś tam lokalną karierę. Choć wówczas pewnie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, sąsiedzi Stacha i mniej lub bardziej przypadkowi słuchacze na koncercie musieli przeżywać piekielne męki, słysząc nasze wytwory, ale cóż – taka rola początkujących załóg.
Tyle że Black Flag w znamiennym roku 1984 początkującą załogą nie był. Był już legendą. Wydał „Damaged”, które do dzisiaj ma niewymazywalne miejsce w kanonie ciężkiej muzyki. To dlaczego, do konia, słuchanie „Live ‘84” to takie ciężkie przejście? Ano dlatego, że Heniek i spółka jawią się jako ekipa, która nie przejmuje się niczym. Fałsze, dysonanse, sprzężenia, granie poza tonacją, obok dźwięku czy podejście do solówek gitarowych, które na pewno czujnie śledził młody Kodym, nie są tu środkiem samym w sobie ani celową brzydotą – nie, oni tak sobie grali, wyszło jak wyszło i tyle. Powiecie, że niewiele różni się to od wersji studyjnej – w ogólności pewnie tak, ale w detalach płyty są zdecydowanie porządniejsze. Ja wszystko rozumiem – to prawdziwy portret zespołu, to uczciwe podejście do koncertu, nie na zasadzie odegrania największych hitów (kawałki z „Damaged” stanowią margines), bez prób upiększania i wdzięczenia się do widza. Szanuję taki układ i rozumiem też tych, którzy w takiej rozwałce się lubują, ale sam dziękuję i poprzestanę przy studyjniakach. Subtelnieję na starość czy co?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:  Mimo wszystko nieszablonowa gitara.
2. Najgorszy moment: Rozważanie wizyty u laryngologa.
3. Analogia z innymi elementami kultury:  Rollins to w ogóle kulturowa instytucja.
4. Skojarzenia muzyczne: Chciałbyś powiedzieć z automatu, że hardcore, ale posłuchaj i zastanów się jeszcze raz. Jak to nazwać – hardcorowa psychodelia?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Naturalnie próba u Stacha.
6. Ciekawostka: Na polskiej Wikipedii stoi: „Live ’84; album studyjny grupy Black Flag”.
7. Na dokładkę okładka: Ale kasety czy kompaktu?

78. Basik: Black Flag, "Live '84"

Black Flag - Live '84

Ocena: * * * *

Są zespoły, które wypadają świetnie w studio a gorzej na żywca. Są też zespoły takie, które przeciętną zawartość albumów potrafią podać smacznie w wersjach koncertowych. Black Flag nie należeli do żadnej z tych grup. Po prostu kopali po mordzie w studio i na żywca. Właściwie można się zastanawiać, po co takiemu zespołowi album koncertowy skoro nagrania studyjne brzmią tak surowo i szorstko. Dobrze jednak się stało, że materiał z gigu w San Fran z 1984 roku został uwieczniony jako, że jest to jedna z lepszych koncertówek, na jakie można trafić w historii *.
Po pierwsze świetnie dobrana jest setlista. Black Flag z Henrym Rollinsem w 1984 roku był już na wysokości „My War” płyty, która przyniosła interesujący zwrot muzyczny w kierunku superciężkich i wolnych utworów reprezentowanych tu w końskiej dawce. (Świetnie wypadają również numery z czekającego na premierę „Slip it In”). Dostajemy też porcje kawałków, których Henry Rolnik oryginalnie nie wykonywał, czyli np. prehistoryczne „Nervous Breakdown”, albo „Fix Me”, a w jego wykonaniu dostają jeszcze większego agresora i wścieku macicy. Pomimo słabego entuzjazmu fanów (w sumie może wynikać ze sposobu realizacji nagrań), słychać, że na scenie dzieje się prawdziwe pandemonium z charyzmatycznym Henrym Rollinsem w roli głównej. Człowiekiem wielu sztuk i wielu nauk. Inteligentem biegającym po scenie w samych majtkach. Obok Heńka druga głowna rola przypada dla sypiącego gitarowym żwirem Grega Ginna. Kolejnego świra i tak na marginesie chyba najgorszego gitarzysty na świecie, który na swoim bardzo zaawansowanym dyletanctwie zbudował wyjątkowy styl muzyczny grupy.
Dodając do tego spontaniczne akcje typu, „pomyliłem się, ale mnie to wali” albo problemy techniczne z mikrofonem, dostajemy bezpretensjonalny i wysokoenergetyczny materiał live, który można spokojnie postawić na półce obok „Live + Cuddly” Nomeansno i „It's Alive” Ramones.

* cały materiał z „Live ‘84” dostępny jest w wersji video, jednakże piszać tą recenzje nie miałem okazji się z nią zapoznać.

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: My War, Black Coffee, Nothing Left Inside
2. Najgorszy moment: Polskie reagge, którego na tej płycie nie ma.
3. Analogia z innymi element kultury: Henry Rollins >> Bono
4. Skojarzenia muzyczne: choć trudno w to uwierzyć na pierwszy rzut ucha, Fu Manchu czerpie z Black Flag garściami.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: dobra lekka płyta w sam raz na plażę
6. Ciekawostka: Napisałem tą recenzje w autobusie nr 184 w drodze z Kurdwanowa na Olszę.
7. Na dokładkę okładka: Jest na niej wszystko co musisz wiedzieć zanim włączysz „play”.

78. Azbest: Black Flag "Live '84"

Black Flag - Live '84   Black Flag - Live '84
***3/4

Niczym Kserkses wyruszający do Europy, Aleksander Macedoński wkraczający do Babilonu czy Hannibal stojący u bram Rzymu, Black Flag w roku 1984 przeżywało swoją świetność. Ale czy pochodząca z epoki płyta koncertowa zatytułowana bezpretensjonalnie "Live '84" oddaje im sprawiedliwość i pozwala nam odczuć ich potęgę?
Gdy latem 1981 Henry Rollins zasilił szeregi Black Flag ci mieli już niezły dorobek i legendarny wręcz status. I choć wielu uznało to za początek końca, czas pokazał, że był to zaledwie koniec początku. Zespół okres swojej największej aktywności miał dopiero przed sobą. Niestety związani kontraktem przez kilka lat nie mogli wydać nowej płyty. A w zespole sporo się działo i odważnie eksperymentowali ze swoim dźwiękiem. Odeszli od hardcorowych wyścigów na rzecz wolniejszych i cięższych brzmień. Zapożyczali z metalu, ale też z... jazzu. I szerzyli swą muzykę z uporem świadków Jehowy i determinacją rewolucjonistów. Nie zawahali się nawet przed wyruszeniem w zimową trasę po Kanadzie w nieogrzewanym busie. Aż nadszedł rok 1984 - zagrali wówczas grubo ponad 150 koncertów i wydali 4 (!) płyty. A ponieważ jedna z nich to zapis koncertu(26.08.1984, San Francisco), możemy się przekonać jak brzmiała na żywo ta koncertowa maszyna.
Duży przebieg zaprocentował – graja bardzo pewnie. I nie podpierają się przy tym szlagierami – zaledwie 4 piosenki z epoki „Damaged”, a ponad połowa materiału nie ujrzała jeszcze światła dziennego w wersji studyjnej. Graja intensywnie i ciężko, a Rollins agresywnymi wrzaskami dopełnia całości. Tyle, że to już nie tradycyjny hardcore. Wciąż grają dość szybko, ale jest też dużo bardziej masywnego, gniotącego grania. I to w całkiem oryginalnym stylu. Sekcja gra rasowo choć ciekawie, ale nieszablonowość ich muzyki najlepiej słychać w partiach gitary. Często przestaje grać tradycyjne riffy by przejść w osobliwe, dziwaczne wręcz (na ten gatunek muzyki) solówki. Chwilami brzmi to jak hardcorowa wersja fusion. Ale nie dziwi to jeśli wziąć pod uwagę, że Greg Ginn (gitarzysta i lider zespołu) był starym fanem Grateful Dead, a najchętniej wówczas słuchał „Birds of Fire” Mahavishnu Orchestra. I nie dziwi, że ich ewolucja muzyczna dla jednych była objawieniem, by innym wydać się zdradą ideałów.
Zgasł blask Babilonu, przeminęli Nabuchodonozor, Dariusz i ów Cyrus Wielki. Siłą rzeczy i na Black Flag przyszła kolej - niemal dokładnie w dwa lata później zagrali swój ostatni koncert, by zaraz potem się rozpaść. Na szczęście pozostawili po sobie płyty, które są cenne nie tylko jako dokument. Ich muzyka dzisiaj może wydać się nieco archaiczna, ale nie straciła ciężaru i pasji. Solidne i energetyczne granie, wciąż robi wrażenie, nawet jeśli nie rzuca na kolana.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
„My War”, „Nothing Left Inside”, „Black Coffee”.
2. Najgorszy moment: umieszczenie „The Process of Weeding Out” na samym początku. I nigdy nie mogłem polubić „Rat Eyes”
3. Analogia z innymi element kultury: Henry Rollins opisał czas spędzony z Blag Flag w książce "Get in the Van". Jest również audiobook (choć skrócony) - polecam.
4. Skojarzenia muzyczne: Nie da się ukryć, że mieli spory wpływ na scenę grunge.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Koncertu Black Flag! Przekonajcie się sami – uwiecznili go też na taśmie filmowej - https://www.youtube.com/watch?v=Zr8FXeO9XU4.
6. Ciekawostka: Niedawno zespół się reaktywował. W dwóch różnych inkarnacjach...
7. Na dokładkę okładka: Po lewej pierwotne wydanie na taśmie, po prawej wznowienie na CD.

78. pilot kameleon: Black Flag, Live '84

***

Dobra, zderzamy się z legendą pierwszej próby. Zderzamy się jednak na żywca i w materiale, który kryształem zdecydowanie nie jest. Zaczyna się grubo w cholerę. Pierwsze pytanie: składa się to w całość, czy też raczej się nie składa? "The Process Of Weeding Out" niepokojąco rozjechane i kuriozalnie długie może zrobić człowiekowi kuku w głowie. Wytrzymaj taką gitarę, a kupię ci brokuły w nagrodę. Solówka w tym kawałku to jakiś wzorzec antygrania jest. Co to ma być? No ja tak ewentualnie mogę grać... A może to nagranie z próby, kiedy na dodatek gitarzysta był kompletnie nawalony? Dobrze, że trwa to tylko (?!) osiem i pół minuty. Wiadomo, że potrafili dłużej... Dalej wszystko normalnieje. Można wyznaczyć dwa główne kierunki. Po pierwsze punkowe szybkostrzały, których trochę na tej koncertówce umieścili. Szybko, konkretnie, w miarę równo, z potężnym wygarem na wokalu i w podkładzie. Mocno klepią po głowie. To pierwsza linia działania. Druga jest nieco trudniejsza. Nadal z zadziorem, ale kompozycje są znacznie bardziej wydłużone, czasem wolniejsze, cięższe i nasycone sporą ilością dysonansów. Celował w nie przede wszystkim Ginn. Nie boi się jechać na krawędzi. Fałszowanie? Proszę bardzo. Krzywo? Luzik. Nie w tonacji? Spoko. Wstyd ci? Nie, skąd...Paranoja rośnie i rośnie.
O dziejowości Black Flag nie muszę wspominać chyba. Do "Damaged" mogę się przecież modlić. A co począć z "Live '84"? No tutaj bywa różnie. Są fragmenty wyrywające z butów, są i takie, przy których śmiało można wyjść i sprzątać klatkę schodową. Są niestety mielizny, są dłużyzny i jest zdecydowanie za długo. Dziejowości w tym nie wyczuwam, jest za to w miarę przyzwoity portret legendarnego zespołu. I w sumie przestaję się dziwić, że przez lata było to dostępne tylko na kasecie magnetofonowej.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jak dopierdalają na pełnej kurwie. Wtedy nie ma żadnych pytań.
2. Najgorszy moment: Początek wymaga od człowieka sporej wytrwałości. Długość tego materiału również.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Niech będzie aktor Henryk, strażnik więzienny w "Zagubionej Autostradzie". Uwielbiam jego rolę.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Brudnego klubu, gdzie szczyna przepełnia pisuar. Czujesz te aromaty?
6. Ciekawostka: A Ty widziałeś Henry'ego Rollinsa na żywo? Bo ja widziałem.
7. Na dokładkę okładka: Logo mieli totalne.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

77. pilot kameleon: Swans, To Be Kind

*****

Zawierucha recenzencka związana z tym albumem już troszkę się uspokoiła, kurz opadł, a Łabędzie lecą dalej. Ale jeszcze przed momentem, cóż to było za poruszenie?! Omnomnom... Komorowski, Tusk i Kaczyński też mieli własne zdanie na temat "To Be Kind". Dawno nie zanotowałem takiego szumu przy okazji premiery wydawnictwa muzycznego. Oczekiwanie na sygnały ze studnia, przecieki, a potem erupcja związana z pojawieniem się materiału, który nie zawiódł. Tak, publikacja "To Be Kind" jest wydarzeniem pierwszej wielkości. To porusza mnie równie mocno jak sama zawartość muzyczna.
Pojawienie się "To Be Kind", prócz doskonałej muzyki, gwarantuje słuchaczom element nieobecny we współczesnym odbiorze muzyki rockowej czy też okołorockowej (a może każdej?). Mam tu na myśli poruszenie, którego próżno szukać przy okazji innych muzycznych zdarzeń. Z niebytu wyłania się Swans, które serwuje rozgrzewkę w postaci "My Father...", potem potężny "The Seer", a teraz równie wielkie "To Be Kind". Czuć zwyżkową formę i ogólny wzrost zainteresowania.. Reaktywacja wszech czasów? Możliwe... Ale jest coś jeszcze, mianowicie możliwość obserwowania, jak funkcjonuje wielki zespół nagrywający klasyczne płyty już w chwili ich wydania. To dzieje się tu i teraz, niejako na naszych uszach. Jest ekscytacja, wyczekiwanie, a materiał żyje w playerze znacznie dłużej niż inne tegoroczne premiery. Dodatkowo sprzyjające okoliczności sprawiają, że Swans nawiedza nas regularnie. Prezentują materiał, słuchacze zauważają (bądź też nie) progres, wszystko in statu nascendi. Można doświadczać tego na własnej skórze, w scenicznym tyglu, znajdując się kilka metrów od sceny. To dopełnia wszystkiego. Na naszych oczach i uszach stała się ta trylogia, którą można postawić chociażby obok płyt King Crimson (etap od "Larks Tongues In Aspic" do "Red") i która już w tym momencie ma swoje honorowe miejsce w historii muzyki. Tak, uczestniczę w tym jako słuchacz i widz i cieszę się jak dziecko, bo wiem, że nic na taką skalę raczej się w muzyce nie przytrafi. Na kolana. A o muzyce poczytacie recenzjach kolegów.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:  To trwa i trwa. I napięcie nie znika.
2. Najgorszy moment: Obcowanie ze sztuką nie jest najgorsze. Może być co najwyżej trudne.
3. Analogia z innymi elementami kultury:  Wyobraź sobie King Crimson na trasie koncertowej jesienią 1973 roku. Ty chodzisz na te koncerty, a potem kupujesz "Starless & Bible Black". O to mi chodzi.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: życiówki. Pod każdym względem.
6. Ciekawostka: Nie kupuję już płyt w dniu premiery, nie gonię za nimi po mieście. Za tą pobiegłem.
7. Na dokładkę okładka: Jest dużo lepiej niż ostatnim razem.

77. Azbest: Swans "To Be Kind"

Swans - To Be Kind
****1/4

W chwili wydania "The Seer" wydawał się płytą ostateczna - podsumowaniem i ukoronowaniem twórczości Giry. Po dekadach pracy, mając w resume doskonałe płyt udało mu się je zdeklasować (a przynajmniej im dorównać). Przeskoczenie jej wydawało się krokiem karkołomnym. Ale z tym większym apetytem czekaliśmy na następcę. Tradycyjna już koncertówka "Not Here / Not Now" sprawiła, że Swans odsłonili co nieco karty, ale i tak udało im się zachować element zaskoczenia. Zamiast dokonać jakiejś wolty stylistycznej i odciąć się od „The Seer” zdecydowali się na ucieczkę do przodu i pokazali, ze pomysłów im nie brakuje. Nowa płyta to zasadniczo to samo gówno, ale tym razem trochę inne gówno.
Na pierwszy rzut oka przy "To Be Kind" Swans powtórzyli to co zrobiła Metallica na „Master of Puppets” i stworzyli klon poprzednika. Płyta znów trwa kolosalne dwie godziny, kolejny kawałek ponad pół godziny, raz jeszcze dużo transu itd. Ale są różnice, może nie gigantyczne, ale zauważalne i sprawiają, że album różni się od wielkiego poprzednika, i nie sposób go z nim pomylić. Nie tylko nie zrezygnowali z długich kawałków, ale poszli o krok dalej - utwory zrobiły się jeszcze dłuższe. Wtedy trzy na jedenaście przekraczało 10 minut. Teraz połowa przekracza tę granicę, a najkrótszy na płycie trwa nieco ponad 5 minut. Można pomyśleć, że postanowili zagrać masywniej i miażdżąco. Nic z tego – płyta jest lżejsza (przynajmniej w porównaniu z "The Seer") i więcej tu okazji do złapania oddechu. Większość materiału to porywający trans, ale są też chwile wyciszenia. Tyle tylko, że połowicznego bo podszytego niepokojem – cały czas czekamy na kolejne uderzenie sztormu dźwięków. No i jest miło, ale pozostaje do rozważenia najważniejsza kwestia - udało mu się nagrać coś jeszcze lepszego? Cóż, niezupełnie. Gira ścigał się sam ze sobą i co prawda nie poprawił wyniku, ale zagrał w wielkim stylu. Ujmując rzecz skrajnie dyplomatycznie - stanowczo najlepszy jego album od czasu "The Seer".
Mimo że Swans nie poszli w balladki, to na płycie mniej jest hałasu. Dzięki temu „To Be Kind” może być dobrym początkiem dla kogoś chcącego zacząć swą przygodę z twórczością Giry. Niech świeżaki też w niepokoju oczekują na kolejna płytę. Bo jak to ze Swans bywa po przesłuchaniu zaczynają krążyć po głowie pytania. Co teraz Panie Gira? Emerytura? Krótsza, bardziej tradycyjna płyta ze spokojniejszym materiałem. A może następna raza już tylko dwie godzinne suity z chórami, dęciakami i wagnerowskimi lejtmotiwami? Bo w możliwość spłodzenia przez niego słabej płyty trudno już uwierzyć. 

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: epicentrum - „Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture”
2. Najgorszy moment: rozmiar dzieła sprawia, że odsłuchanie go to cała ceremonia.
3. Analogia z innymi element kultury: Chester Burnett, któremu zadedykowano drugi utwór na płycie to legendarny bluesman Howlin' Wolf.
4. Skojarzenia muzyczne: Swans na boga!
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Słuchając „To Be Kind” przeczytałem trzy biografie Iwana Groźnego. Pasowało.
6. Ciekawostka: Po latach fonograficznej guerilli Gira zdecydował się udzielić Mute licencji na dystrybucję. Dzięki temu płyta jest nie tylko łatwiej dostępna, ale i tańsza.
7. Na dokładkę okładka: tylko przy okazji „Soundtracks for the Blind” mieli tak jasną okładkę.

77. Pippin: Swans - To Be Kind














Ocena: * * * *

Znacie pewnie tę sentencję Roberta Frippa, o muzyce King Crimson będącej wyzwalaniem chaosu i następującą po nim próbą powrotu do stanu równowagi. Ciekaw jestem, co rzekłby filozof pokroju Frippa na ostatnie studyjne produkcje Swans, jakich piętrowych metafor by użył. Nie podejmuję się definiować, czy od czasu kolejnej reaktywacji w 2010 Michael Gira siły chaosu wyzwala, ujarzmia, czy też tresuje, w każdym razie nadal konsekwentnie kroczy tą samą ścieżką, co na „My Father…” i „The Seer”.
Czytam ci ja, że materiał na „To be kind” zrodził się głównie podczas ostatniej trasy koncertowej i sporo utworów było wykonanych na zeszłorocznym koncercie w Stodole. Wolne żarty, na zeszłorocznym koncercie w Stodole to ja stałem wmurowany, zmiażdżony dźwiękami Apokalipsy, bijącymi wszelkie rekordy skali głośności, zastanawiając się, czy uciec z sali, zaszyć się w ciemnym, koniecznie cichym, kącie, czy też zgrywać twardziela i wesoło stać i być miażdżonym dalej. Więc niech będzie, może i utwory z nowej płyty, bądź jakieś wariacje na ich temat słyszałem wcześniej, ale nie ma mowy, żebym je pamiętał, a zwłaszcza, hehe, błogo wspominał.
„To be kind” zaskakuje głównie tym, że… nie zaskakuje. Nie jest to oczywiście wyłącznie kopia doskonałego „The Seer”, ale na dobrą sprawę nie ma tu niczego, czego nie słyszelibyśmy już na tej płycie ze zwierzakiem na okładce. Podstawowa różnica to zwiększenie roli rytmu – tu przoduje dość nietypowe, jak na nich, „A Little God In my Hands”, choć i trzydziestoczterominutowy utwór, o którym poniżej, też ma się czym pochwalić. Muzykę tej odsłony Swans nadal wyznaczają potężne, wielominutowe, numery z potężnymi riffami, wszechobecnym hałasem, szamańskim hipnotyzowaniem i krzykiem, zawodzeniem, bądź innym zaśpiewem Giry. Zdarzają się, rzecz jasna, fragmenty spokojniejsze, bardziej melodyjne i liryczne (choć melodie i głosy zaproszonych pań na poprzedniku były zdecydowanie ładniejsze), ale nie one pozostają nam w pamięci po przesłuchaniu dwugodzinnego kolosa.
W centrum wszystkiego tkwi zaś „Bring the Sun / Toussaint L’Ouverture”. Ponadpółgodzinna pigułka, zawierająca esencję obecnego wcielenia Swans. Od mocnego riffu, przez mantrowe śpiewy, po obłąkańcze krzyki. Nie słuchać w nocy.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Bring the Sun, bring the Sun…
2. Najgorszy moment: Dla osób o bardziej wrażliwych uszach, przywiązanych do melodii i piosenkowych struktur – cała płyta.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Być może nie wiecie, kim jest Chester Burnett, ale o Howlin’ Wolfie chyba słyszeliście?
4. Skojarzenia muzyczne: Slayerowy tytuł „Soundtrack to the Apocalypse” tu by lepiej pasował.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Boję się myśleć.
6. Ciekawostka: Warszawski koncert Swans był jedynym koncertem, na którym byłem, gdzie można było nabyć zawczasu zatyczki do uszu.
7. Na dokładkę okładka: Tego dzieciaka płyta też przeraziła.