niedziela, 14 grudnia 2014

86. Pippin: Collage, Moonshine



Ocena: * * * *

Można zacząć teorią, że tak jak Kometa Halleya co 76 lat wpada złożyć nam wizytę, tak i mniej więcej co dekadę odżywa w Polsce moda na art rock tudzież rock progresywny. Oczywiście jest masa ludzi, która słucha go na co dzień oraz (jeszcze większa?) masa, która ma go głęboko i żadna moda im niestraszna. Jednakże spora grupa z tych pośrodku w odstępach dziesięcioletnich sprawia, że nurt ów zyskuje na popularności. Około roku 1974 mieliśmy więc modę na Genesis, dziesięć lat później modę na, jakże sprawne i pomysłowe, ale wtórne wobec wspomnianych, Marillion. A gdzieś w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych padło na Collage.
Dlaczego właśnie na nich? Dlaczego w latach 94-95 spotkać można ich było wszędzie? Dlaczego zarówno redakcja „Tylko Rocka”, jak i spore grono jego czytelników do dziś uważa „Moonshine” za jedno z największych arcydzieł polskiego rocka? Samą modą chyba się tego nie wytłumaczy. Coś w tym Collage musiało być. Tylko co?
Hipoteza pierwsza – grali jednak gatunek w polskiej muzyce na szeroką skalę wciąż nieobecny. Ambitniejsze próby Skaldów raczej nie znalazły większego posłuchu, SBB to trochę inne klimaty, a Exodus ledwie błysnął, to zaraz zniknął. Hipoteza druga – wydawali się brzmieć bardziej światowo, bo nowy wokalista Amirian śpiewał po angielsku i to wcale nieźle, w owym czasie na polskiej scenie z jego angielszczyzną równać się mogła chyba tylko Bartosiewiczka.
Niemniej chyba mimo wszystko skala popularności zadziwia. Bo ja tu o art rocku, o Genesis, ale nie szukajmy kawałków w stylu „Watcher of the Skies”, że o „Supper's ready” nie wspomnę. Bo Collage nie tyle kopiowało Genesis, ile wzięło z nich kilka, niekoniecznie najlepszych, cech. Mianowicie melodie, klawiszowe pasaże (nierzadko z orkiestrowym rozmachem) i długość kompozycji. I tyle? I tyle. Momentami aż chce się wziąć nóż i samemu poskracać utwory, momentami szlag trafia, dlaczego ta solówka tyle trwa, skoro składa się w kółko z tego samego, momentami od słodyczy i ciepła w głosie Amiriana robi się niedobrze. A jednak. A jednak coś w sobie mieli i tym czymś polską (i nie tylko!) publiczność kupili. W sumie sam całkiem lubię ten album.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Living in the Moonlight”.
2. Najgorszy moment: Długość solówek i inszych fragmentów instrumentalnych.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Beksiński jeden i drugi.
4. Skojarzenia muzyczne: Genesis, Yes, Marillion.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Natchnione marzenia o naprawianiu świata.
6. Ciekawostka: Kolejnym rozdziałem mej teorii o modzie powracającej co dziesięć lat jest oczywiście Riverside. A następny powinien dziać się właśnie teraz – widzicie jakieś propozycje?
7. Na dokładkę okładka: Autora idzie rozpoznać od razu. Na kolejnej (i ostatniej w dorobku) płycie „Safe” zresztą też.

86. Azbest: Collage, "Moonshine"

Ocena: *

Ten Beksiński (ojciec) na okładce i klawiszowe intro kazały mi spodziewać się tzw. gotyckiego metalu. O beztroska naiwności. Mojry uplotły mi zgoła inny sweterek (Sweterek!). Ten obraz to zmyłka jeno. Collage gra neoprog!
Cóż, wyjątkowa płyta. Znalazłem na niej wszystko czego nie cierpię w muzyce, a ponadto odkryłem kilka nowych rzeczy. By dodać zniewagę do okrucieństwa Collage uzurpuje sobie prawo do etykietki „rock progresywny”. Gdzie im do tytanów pokroju King Crimson czy Magma, rozsadzających ramy gatunku? Niestety Collage zadowala się wykorzystaniem kilku najbardziej powierzchownych elementów tej estetyki. Co gorsza podanych w karykaturalnej wręcz formie. Inwencja? Im wystarczy, że piosenka ma ponad 5 minut i ocieka patosem oraz wątpliwym rozmachem.
To całe napuszenie, rozbuchanie na siłę, szybko odbija się czkawką. Gdyby kawałki trwały po 3-4 minuty można by je jeszcze od biedy przełknąć jako ambitny (w intencji autorów przynajmniej) pop-rock. Przeciąganie ich ponad siłę po kilkanaście minut nie przysłużyło się płycie. Już na starcie te piosenki są ckliwe i nieciekawe. Jeśli dłużą się i dłużą a zespół nie oferuje niczego na czym można by ucho zawiesić, nieuniknione jest nadejście nudy. 8 takich utworów trwa prawie 70 minut – niby niewiele, ale odsłuch wydaje się trwać wieczność.
Sytuacji w niczym nie ratuje fakt, ze brzmienie zespołu jest tyleż nieatrakcyjne co ich kompozycje. Sam nie wiem co gorsze na tej płycie. Bezduszne, wygładzone do absurdu brzmienie? Syntezatorowa quasi-symfoniczność z puszki? Mazgajskie, manieryczne zaśpiewy? Chyba jednak te dęte, nic nie wnoszące onanistyczne solówy gitarowe (pogłos, pogłos, więcej pogłosu!).
Muzyka poruszająca do głębi. Już kilka minut starcza by mymi trzewiami targały torsje.
Zacząłem od Beksińskiego (ojca) to i na Beksińskim (synu) skończę. Ileż to osób ze łzami w oczach wspominało jak Beksa promował ambitną muzykę. Polski John Peel nieomal. Jeśli spojrzeć na to z dystansu przestaje być miło. Faktycznie kilka ciekawych rzeczy puścił. A oprócz tego morze kiczu. Taki „Moonshine” w opinii wielu stał się jednym z pomników gatunku. Na szczęście opatrzność ukróciła jego zbrodniczą działalność.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
Nie będę już musiał tego słuchać.
2. Najgorszy moment: gitarowe solówki.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Beksiński (syn)
4. Skojarzenia muzyczne: niestety esencja neoprogu.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Rzewny płacz.
6. Ciekawostka: Reedycja ma o jeden utwór więcej! Jeszcze więcej tego samego za tę samą cenę.
7. Na dokładkę okładka: Beksiński (ojciec).

86. Basik: Collage, "Moonshine"

Collage - Moonshine 

Ocena: (_*_)

Przyznaję, ze przesłuchałem ten album pięciokrotnie. Zazwyczaj przygotowując się do recenzji słucham trochę więcej. Tym razem nie dałem rady, a powyższa liczba to i tak niezły wynik w starciu z Rztuką uprawianą przez Szadkowskiego i Amiriana.
Ma być dziś o Collage więc zacznę nie na temat od innych neo-progów, czyli Abraxas. Od zespołu, dzięki któremu koledzy dworują sobie ze mnie od lat, gdyż otwarcie przyznaję, że Abraxas lubię. Za patos do sześcianu, najmroczniejszą mroczność, meandry parapsychologii, mielizny pseudofilozofii i wiele innych poważno-niepoważnych głupot. Tomasz Beksiński pisał o debiucie tych bydgoszczan: (Teraz Rock, grudzień 1996): „Wiem, teksty są bardzo pretensjonalne i efekciarskie. Wiem, w muzyce przeważa hammillowski patos. Wiem, Adam trochę przesadza z wokalną emfazą. Wiem!! Ale ja to, kurwa, lubię!”. 
A teraz dlaczego o tym w ogóle wspominam (poza oczywistym łącznikiem w postaci okładki „Moonshine” autorstwa starego Beksy oraz zbliżonego neo-nurtu). Abraxas to przykład bezkompromisowości w obciachu. Zespołu, który wiernie kroczył ścieżką kiczu. Maniera wokalna Adam Łassy była szczytem karykatury i groteski, co było fajne. Był mocny, nie rozczulał się. Był to teatr. Collage to natomiast tandeta, która pozuje na coś czym nie jest. Na jakieś wielkie sekretne widowisko. Na Rztukę. Okładka artysty Beksińskiego, ten zwiewny sposób śpiewania Amiriana, rozedrgany niczym poranna rosa na źdźble trawy, lekki niczym gwiezdny pył, niczym ziarenka kakao unoszące się w akwenie nieskończoności, niczym ciepły dotyk w alkowie zła. Słodkie melodyjki, smutek, nostalgia, emarastezja, łkające gitary, ortopotencja, alumnistyka, ekwipolarność konstytucyji myśli i słowa, groteska zawiedzionych uczuć, polisemantyczna tajemnica… 
Gówno, nie ma żadnej tajemnicy, ta płyta jest niesłuchalna. Wiem, że Beksa lubił też Collage, ale tu się mijamy. Ja tego, kurwa, nie lubię.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Amirian już nie śpiewa (chyba... <groza>).
2. Najgorszy moment: za to Szadkowski dalej terroryzuje w innych projektach.
3. Analogia z innymi element kultury: kakao, brąz, kasztan, sarenka, kret, żur.
4. Skojarzenia muzyczne: Rushiyes, Genesis et. al.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: podróży przez rozstaja emocji, na krawędzi strachu, nad chmurami entropii zdarzeń, poprzez ciemne zakamarki dyspersji wyobraźni.
6. Ciekawostka: to jest ponoć jeden z najlepszych polskich albumów progrockowych (pewnie do czasów Comy)… ech, obiecałem sobie nie znęcać się bardzo nad tą płytą ale ona nie przestała molestować mnie.
7. Na dokładkę okładka: następnym razem w Sanoku trzeba odwiedzić muzeum.

86. pilot kameleon: Collage "Moonshine"

*******

Doskonale pamiętam okoliczności, w jakich poznałem ten album. Było to chwilę po wypadku samochodowym, w którym ojciec skasował nowego Subaru. Połowa lat dziewięćdziesiątych. Auto było kompletnie zniszczone, ale cała rodzina wyszła z tego cało. Tylko ja byłem troszkę poturbowany i miałem pękniętą prawą rękę. Byłem smutny i jednocześnie szczęśliwy. Kilkanaście dni w domu na zwolnieniu, wolny od lekcyjnych obowiązków i nieznośnych zaczepek kolegów. Leżałem wieczorami na łóżku i słuchałem Trójki. Piętnaste urodziny zbliżały się wielkimi krokami. Czuć było, że za chwilę coś się wydarzy i wszystko będzie inne. To właśnie wtedy Tomek Beksiński włączył w swojej audycji "Moonshine". To było to. Nokaut. Odpłynąłem bardzo daleko. Nigdy wcześniej nie słyszałem TAKIEJ muzyki. Tak bajkowej, tak plastycznej, i tak wpływającej na wyobraźnię. Potężny ładunek emocji, nowy świat nieznanych dźwięków, wstęp do nowego życia. Przy kilku fragmentach miałem łzy w oczach, przy innych śmiałem się na cały głos! Istne szaleństwo, wspaniała feeria barw! Przy ostatnich dźwiękach łzy szczęścia leciały mi po polikach i zatrzymywały się na świeżym wąsiku, który z taką dumą zapuszczałem. Nadal mam ciarki, gdy przywołuję tamte wspomnienia. Ten zespół i ta płyta pokazały mi nowy ogród muzycznych dźwięków. Nieskończenie piękny. Muzyka progresywna, trudna, wymagająca, fascynująca, pełna wspaniałych i nieoczywistych harmonii oraz na wskroś oryginalna. Jednak z pewnością nie dla każdego. Sztuka. Collage "Moonshine". Arcydzieło, jakie trafia się w życiu raz.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Wszystko. Ten album to całe moje życie.
2. Najgorszy moment: Płyta jest stanowczo za krótka.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Muzyczne niebo.
4. Skojarzenia muzyczne: Piękno.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: mojego życia. Te dźwięki
6. Ciekawostka: Cała ta recenzja jest kłamstwem.
7. Na dokładkę okładka: I znów Beksiński. Zdzisiu tym razem.

niedziela, 16 listopada 2014

85. Pippin: Kristen, The Secret Map


Ocena: * * * * ¼
 
Na płycie „The Secret Map” jest pięć utworów i każdy z nich, słuchany z osobna, dałby ci inne pojęcie o zawartości albumu.
Czy dlatego, że każdy jest z innej bajki? Trochę tak. Czy tym samym mamy do czynienia z kapelą, która nie ma na siebie pomysłu albo pomysłów owych ma za dużo i lawiruje między nimi, ile wlezie, co chwilę zmieniając stylistykę i grając co popadnie? Absolutnie nie. Propozycja Kristen jest zdecydowanie... może nie jednorodna, ale na pewno spójna. Łapiesz te tropy na prawo i lewo – jakiś ambient, postrock czy klimaty spod znaku „Kid A”, a nawet jakieś echa muzycznych tematów z westernów w pierwszych dwóch utworach, nagle dziarski, niemal funkowy przebój ze zwrotką i refrenem, w międzyczasie miga shoegaze, a na koniec jakby Ścianka czy spokojniejsze Sonic Youth – a wszystko nad podziw trzyma się kupy. Aż dziw bierze, że dotąd nazwa Kristen nawet nie obiła mi się o uszy, bo nie dość, że to żadni debiutanci, to jeszcze jawią się, jako zespół bardzo dojrzały i świadomy obranej drogi. Nie próbujmy na siłę robić z chłopaków odkrywców Ameryki – nie przecierają nowych szlaków w muzyce, niczego nowego nie wynaleźli, słuchając „The Secret Map” będziesz miał milion skojarzeń, gdzie i u kogo już podobne dźwięki słyszałeś, ale pożenione jest to wszystko z wdziękiem i pomysłowością. Wolę te dłuższe fragmenty instrumentalne, głos wokalisty Bieli jest nieco zbyt ciepły, ale płyta zdecydowanie daje radę po całości. Mogę sobie tylko wyobrażać (kto by tam szukał filmików w sieci), że koncert potrafi dopiero być prawdziwą ucztą. Będę wypatrywał afiszy.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Utwory instrumentalne, co nie znaczy, że wokal jakiś wybitnie zły.
2. Najgorszy moment: Wokal, ale nie przesadzajmy z tą najgorszością.
3. Analogia z innymi elementami kultury: „Endless Happiness” na koniec płyty nie może nie skojarzyć mi się z „Endless Nameless” na koniec innej płyty.
4. Skojarzenia muzyczne: Ścianka, Lenny Valentino, Sonic Youth, Radiohead.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Każdy utwór do czego innego.
6. Ciekawostka: http://thesecretmap.fr/
7. Na dokładkę okładka: Pobrzmiewa „Unknown Pleasures”.

85. Azbest: Kristen, "The Secret Map"

****1/2
Nigdy nie słyszałem o Kristen.
I mam świadomość, że taka deklaracja prowokuje do postawienia pytania "w którym lodowcu on się uchował?". Jak bowiem ujawnił krótki research, zespół to zasłużony tak stażem jak i dorobkiem. I aż skręcam się ze złości, ze tyle mnie ominęło. Wszak ich najnowsza płyta „The Secret Map” bardzo mi się spodobała.
Bo czy mogła mi się nie spodobać muzyka misternie upleciona z tylu wspaniałych dźwiękowych wątków? Słychać tu przecież Sonic Youth z czasów ich największej świetności. Można napawać się szorstką świeżością noise rocka. Jest też i post-rock – ten fajny, jeszcze z czasów nim ta etykietka stała się obelgą. Można by mnożyć skojarzenia i rzucać nazwami, ale ważne jest, że zespół gra to po swojemu. Zero kalkowania, zżynania, epigonii. Wszystko zagrane naturalnie i we własnym stylu. I różnorodnie – na płycie nie znajdzie się dwóch podobnych numerów. Odbywając tę podróż uchem po mapie zaczniemy na powoli budujący się kolaż ambientu z hałaśliwymi, glitchowymi ozdobnikami. Później trafi się i transowe, motoryczne granie i natkniemy się na leniwie snute dźwięki. Odpoczniemy przy łagodnej piosence. Usłyszymy nawet nerwowym funkowy groove przyjemnie kojarzący się z postpunkowymi eksperymentami The Pop Group, Gang of Four czy Jamesa Chance. Co ciekawe ta niejednorodność jest wyjątkowo spójna. Mimo, że każdy utwór z innej jest parafii, wybornie składają się w fascynującą całość. Tyle dobrego i o radości – trwa jedynie 35 minut. Pozostawia słuchacza z takim niedosytem, że aż chce się posłuchać raz jeszcze.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie znalazł powodu do marudzenia nawet przy okazji pisania o jednym z kandydatów na płytę roku. Umieszczenie jako pierwszego utworu na płycie "Upward Beyond the Onstreaming, It Mooned" zakrawa na sabotaż. Ponad dziewięciominutowy i mało przebojowy (delikatnie pisząc) utwór może odstraszać mniej zdeterminowanych słuchaczy. Choć po prawdzie to nigdy nie nagrałem płyty tak dobrej jak "The Secret map" więc co ja mogę wiedzieć o tym sporcie.
Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: „2 A.M.” oraz transik w „Endless Happiness„ 
2. Najgorszy moment: Układ utworów. 
3. Analogia z innymi elementami kultury: Czytanie w BRUMie o tych wszystkich fajnych zespołach, których płyt jakoś nie mogłem znaleźć w pobliskim sklepie muzycznym. 
4. Skojarzenia muzyczne: post rock, noise rock, math rock. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Listopad 2014 
6. Ciekawostka: płytę wieńczy "Endless Happines", a "Nevermind” kończyło "Endless Nameless". Przypadek? 
7. Na dokładkę okładka: Nie jestem pewien o co tu chodzi, ale podoba mi się.

85. Basik: Kristen, "The Secret Map"



Ocena: * * * 2/3

Znasz takie historie? Kumple ciągną Cię na zajebisty gig w czwartek wieczorem, ale ty nie możesz. Bo praca, bo nadgodziny, bo obowiązek, bo odpowiedzialność, bo logistycznie nie da rady. Smutek. Na drugi dzień dowiadujesz się, że koncert total i grubo pozamiatane, więc tzw. jesień murowana. Znasz to? Mam nadzieję, że nie. W każdym razie, mogłem się tego spodziewać, bo Kristen widziałem już na żywca pod koniec 2011 r. w Re. Cytując samego siebie „Miazga, kurwa!”. Tak było wtedy. Set rozpoczęły głośne shoegaze’owe odloty zapatrzonego we własne obuwie Rychlickiego i Szpury (Kto grał na drugim wieśle? Zapomniałem!). Potem słodziutki (fuj) i zwiewny (fuj, fuj) set solowy Bieli (na szczęście krótki) i na finał Krystyna czarująca gdzieś pomiędzy tym, co Rychlicki/Szpura i Biela. Wyszedłem rozgrzany niczym supernowa. Wspominam do dziś. „An Accident”, które promowali wówczas było sympatyczne, choć do odsłony na żywca się nie umywa. Tym razem, przy recenzji „The Secret Map” przychodzi mi wyzbyć się z żalem kontekstu koncertowego, bo wiem, że to jednak nie to samo. O tym wspomni pewnie ktoś inny, trzeba skupić się na albumie. 
Można powiedzieć, że na „The Secret Map” mamy maleńką rewolucję. W czasach „An Accident” Kristen balansowało gdzieś pomiędzy skrajnościami, średnio zmielonym nojzem (esionem, hehe!) a delikatnością. Dziś drapanie poszło w odstawkę i zespół ruszył w kierunku drugiego bieguna. Nie pierwszy to przypadek w historii grupy, ale tym razem jest inaczej. Pierwszy numer z płyty o bardzo długim tytule to delikatny, wolno rozwijający się instrumentalny ambient. Z niego wyłania się nieśmiało utwór numer dwa - piosenka, ale eksperymentalna, odległa od muzyki rockowej. W samym środku jest nieco odważniej. „The Music Will Soothe Me” to rasowy przebój. Taneczny puls oparty na tłustym brzmieniu fendera baritone, chwytliwy refren a w drugiej części całość podbita jest dodatkowo gitarowym zgiełkiem Rychlickiego. Prawdziwe mini-arcydzieło, którego i tak żadne radio nie zauważy (a może się mylę?). Piosenka czwarta – tytułowa – powrót do łagodnych klimatów, „puchnących” na post – rockowy sposób, ale daleki na szczęście od beznamiętnego pitolenia Sigur Ros. Finał instrumentalny tak jak początek, ale już bardziej konkretnie. 11 minut hipnotyzującej i ciepłej psychodelii. 
Przyznaję, że zaskakująco rozwija się ten album. Powoli wznosi się (pierwsze trzy), potem opada (cztery) i stabilizuje (pięć). Tak właśnie „geometrycznie” to czuję. Traktuję, jako całość a nie zbiór kawałków nawet, jeśli koncepcyjny charakter płyty to najprawdopodobniej przypadek. Muzycznie to chyba najbardziej przystępna płyta zespołu, ale też dojrzała, oryginalna i supersympatyczna w swojej prostocie.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Synestezje geometryczne podczas odsłuchu. Płyta jako całość. Koncert.
2.Najgorszy moment: Nie przepadam za tą słodziutką, nieśmiałą i „uroczą” manierą wokalną Bieli, na szczęście tutaj śpiewa w ten sposób tylko w utworze tytułowym. Jestem w stanie to przeżyć. Ponad to, na koncertach ta muzyka jest zawsze lepsza.
3. Analogia z innymi element kultury: polski underground, który jest nadal niedoceniony i świetny (mimo funkcjonowania w nim miliona gównianych zespołów punkowych czy fryzjerskiego pseudo-rocka).
4. Skojarzenia muzyczne: W Endless Happiness, za każdym razem, gdy wchodzi wiosło mam wrażenie, że zagrają zaraz fragment „Then She Did” Jane’s Addiction
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: jedzenia szpinaku z czosnkiem, goździkami i pieprzem w dużych ilościach.
6. Ciekawostka: Wracają w stanie euforii z koncertu w listopadzie 2011r. parę przecznic od klubu zorientowałem się, że nie mam zakupionej przed chwilą płyty, i że musiała mi gdzieś wypaść. Wróciłem i znalazłem ją na środku skrzyżowania Tomasza i Krzyża i w ostatniej chwili wytargałem spod kół nadjeżdżającej taksówki. Wiem opowiadałem tą historię sto razy.
7. Na dokładkę okładka: Za bardzo kanciasta jak na zawartość.

85. pilot kameleon: Kristen, The Secret Map












****2/3

Działanie tej płyty jest zaskakujące. Rozpuszcza się w organizmie bardzo powoli. Tak, jak powoli się rozpędza jej zawartość. Kropla po kropli, dźwięk po dźwięku, zauroczenie wzrasta z każdą chwilą, choć na samym początku jest bardzo ostrożnie. Mój odbiór został jednak przyspieszony rewelacyjnym koncertem, który Kristen dało 2 października w krakowskim klubie Re. To właśnie tam dźwięk rozpuścił się w moim organizmie i zespolił się ze wszystkimi moimi tkankami. Nie można go już wypłukać.
Materiał zaczyna się od klimatycznych trzasków i miarowych dźwięków gitary. "Upward, Beyond The Onstreaming, It Mooned" narasta bardzo powili. Minimalizm rośnie w uszach i wcale nie próbuje uzyskać piosenkowych ram. Dźwięki są rozlane, kapią, sączą się. Z szumów i hałasów tworzą obraz bez ram, który najbardziej intensywny jest w środku. "2 A.M." to trochę inne terytorium. Taka zepsuta piosenka, z odrealnionym głosem Bieli, który nie przypomina samego siebie. Lekka oniryka, zaspany psychodelik z bardzo miarowym pulsem i drapaniem w gitarowe struny. Normalność (?!) pojawia się dopiero w samym środku płyty. "Music Will Soothe Me" uwodzi funkowym groovem. Pulsuje, jest uwodzicielski, ale nie wdzięczy się bezczelnie. Tu także są zgrzyty i piski. Tkanka płyty bezlitośnie obrasta również ten kawałek. Kompozycja tytułowa trzyma się piosenkowych ram. Drapanie, sprzężenia, dysonans wypływa tutaj dopiero w połowie utworu – śpiew i pianino trzymają się melodii, reszta dygocze, próbuje się oswobodzić, złamać harmonię. Bracia Rychliccy ciągną do rozpadu, Biela dąży do zjednoczenia. Ten dysonans dwóch elementów jest kluczowy nie tylko dla tej kompozycji, ale pewnie i dla całego zespołu. Potężny finał w postaci "Endless Happiness" przywodzi na myśl początkowe dźwięki. Udało się zapętlić nastrój poprzez doskonałą dramaturgię. Swobodna improwizacja odlatuje w kosmos. Płynie daleko i warto dać się porwać temu nurtowi.
Do ekscytującej zawartości dorzućmy fenomenalną produkcję. Szczegółową, pełną detali, ale też niezwykle soczystą i bardzo organiczną, która pozwala odczuć bliskość zespołu. Przy odsłuchu warto odkręcić gałkę głośności, żeby sound miał możliwość brzmieć. Wtedy smakuje najlepiej.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Czyżby to była najlepsza polska płyta roku 2014?
2. Najgorszy moment: Płyta wydana została w digipacku. Goła płyta została wsunięta w tekturę. Pierwsze wyciągnięcie płyty z kartonika wystarczyło, by zmasakrować dysk. Ja wiem, że tektura taka super, ale do licha, czy nikt nie zauważa, że jest kompletnie niepraktyczna, a nawet szkodliwa? No ale kto jeszcze kupuje płyty?!
3. Analogia z innymi elementami kultury: Odbieram ten zespół przez pryzmat małych klubów, niewielkiej publiczności, bliskości z muzyką. W otwartej festiwalowych okolicznościach widziałem ich raz. To są emocje i dźwięki, które najlepiej pracują w zamkniętej niewielkiej przestrzeni.
4. Skojarzenia muzyczne: Kristen. Nie mogę ich porównywać do innych formacji, bo tak się nie godzi.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wieczornego słuchania. Trzeba usiąść i słuchać.
6. Ciekawostka: 1. Kristen supportował kiedyś Sweep The Leg Johnny. 2. Michał Biela jest na koncertach zawsze uroczo zabawny.
7. Na dokładkę okładka: Dostojna czerń dodaje elegancji.

sobota, 1 listopada 2014

84. Pippin: John Coltrane, Lush Life


Ocena: * * *
 
Że mam problem z pisaniem o jazzie – już wspominałem. Ale problem ów jest głębszy. Nie jest on bowiem problemem z pisaniem o jazzie, tylko problemem z analizą jazzu. Z rzetelnym (albo i nie), rozumowym, analitycznym rozłożeniem na czynniki pierwsze muzyki spod znaku, dajmy na to, Coltrane'a. Gdy brak prostych struktur kompozycyjnych (i to niekoniecznie spod znaku zwrotka-refren), gdy tak wielką rolę pełni improwizacja – jak to zbadać, jak to zmierzyć? Jak racjonalnie wytłumaczyć, że „Kind of Blue” Milesa to album dziejowy? Czym różni się on dla laika od milionów innych jazzowych propozycji? Siedzi gość i napieprza w trąbkę (saksofon, klarnet itp.), sekcja rytmiczna czasem jest, czasem jej nie ma... I tyle. Przecież ten jazz to wszędzie jest taki sam.
Taki Coltrane na ten przykład to w samym 1961 wydał cztery płyty. I to „oficjalne”, a „Lush Life” nie do końca do takowych należy. Jak to tłumaczyć? Że gość wydaje wszystko, co tylko spłynie mu spod ustnika? Że każda płyta inna, o czym innym i w innym stylu i pokazać ją ludziom trzeba? „Lush Life” posklejano z trzech różnych sesji Coltrane'a i zaprzyjaźnionych (stop – czy ja tam zresztą wiem, czy faktycznie zaprzyjaźnionych?) muzyków (na każdej sesji innych) na przestrzeni ośmiu miesięcy i to kilka lat wcześniej. Ale czy słyszycie różnice? Dla mnie równie dobrze mogliby to nagrać w godzinę na żywo (na setkę, jak to mówią w rocku). Stanąć w studiu czy knajpie, wpaść w ten swój trans i grać. Bo jazz nieodmiennie kojarzy mi się z transem. Z muzyką nie do analizowania, która płynie w tle i wywołuje takie czy inne emocje – nudę, niepokój, podekscytowanie, przytłoczenie, relaksik. Przy „Lush Life” dominuje relaksik właśnie. Podsumowując kilkanaście powyższych zdań – słucha się miło, ale w zrozumiały sposób Wam nie wytłumaczę, dlaczego „A Love Supreme” ma pięć gwiazdek, a „Lush Life” ledwie mocne trzy.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Sobotnie popołudnie.
2. Najgorszy moment: Poniedziałkowy poranek.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Ładnie Wam to wytłumaczy strona jazzstandards.com. Historia utworu (wcale nie autorstwa Coltrane'a), najbardziej znane wersje, wykorzystanie w filmach itp.
4. Skojarzenia muzyczne: Czy pod koniec „Trane's slow Blues” nie miga Wam jakby „Kiedy byłem małym chłopcem”?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Sobotnie popołudnie.
6. Ciekawostka: Simpsonowie mieli kota o imieniu Coltrane.
7. Na dokładkę okładka: Nie ominął go w życiu okres posiadania pod nosem, jak to nazywa kumpel, gnoja.

84. pilot kameleon: John Coltrane, Lush Life

***
Trudna sprawa z tym wczesnym Coltranem. Dać niską ocenę? Nie godzi się, wszak to Mistrz. Dać wysoką? Człowek nawet jakby chciał, to nie może, bo serce boli. A nie da się przecież wycisnąć z tego krążka takiego soku, jaki by się chciało.
Odpuszczę sobie pisanie o przypadkowości "Lush Life" i omawianie ewolucji dorobku Coltrane'a. Wiadomo, że Prestige, że Blue Note, że Atlantic, a następnie kluczowy Impulse!... No właśnie, odpuszczę sobie. Jesteśmy w roku 1957 i 1958. Mamy przed uszami wspaniały przykład tego, jak wyglądały początki solowej działalności Johna Coltrane'a. Do nagrania "Kind Of Blue" został jeszcze rok. Ale to dobry kierunek, by wskazać kilka różnic. Na "Lush Life" Trane w dużo skromniejszym składzie idzie w tą samą stronę co Miles. Stonowana, delikatna przygoda na "Lush Life" rozgrywa się jednak w inny sposób niż wspomniany klasyk. W porównaniu z "Kind Of Blue" brakuje tu rozmachu, brakuje wpadajacych w ucho tematów, brakuje jednolitego organizmu w postaci naoliwionego składu, jest za to morze liryczności, jazzowej ballady, klimatu zadymionej knajpy. Dorzucić jeszcze wokalistę i byłby komplet. Ghrrr... Nie ma jednak tak, że jest golizna kompletna. Album jest spójny, a Trane jest całkowicie ukształtowany. Brakuje jeszcze kilku szlifów, by zrobić krok dalej. Ten okres u Trane'a to oczywiście również czas szukania, szperania, sprawdzania się w standardach, docierania się, ale rozgrywa się on na innych płaszczyznach niż przyzwyczailiśmy się w przypadku tego muzyka. Próżno jednak szukać tu tego wizjonerstwa, które później wywinduje Trane'a na szczyt hierarchii jazzowej, gdzie króluje nowatorstwo i awangarda. Mnie to do końca nie przekonuje. Nie wciąga, nie zasysa, choć nie wzdrygam się na myśl, że muszę tego słuchać. Za to z pewnością rzesze osób grających standardy jazzowe, ludzi słuchających tylko "klasycznego jazzu" będzie wniebowzięta. Basik też jest wniebowzięty. Bo to jest TO! Cieszę się ich szczęściem, a sam znikam za zakrętem z napisem "Impulse!".

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Przejście Trane'a do wytwórni Impulse!
2. Najgorszy moment: Słuchałem tej płyty dziesiątki razy. I zawsze wierzę, że właśnie TEN kolejny odsłuch mnie złamie. Póki co żaden nie złamał.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Jest słodko, ale nie ma się co oszukiwać, musi być heroina, muszą być dziwy, musi być hazard. Nie ma pierdolenia się. A właściwie to jest.
4. Skojarzenia muzyczne: Trane to Trane, ale bardzej przychodzi na myśl jazz lat 50. [Co kurwa oczywiścieni nie jest dzwne – przypis mój, wykonany po przeczytaniu tego com napisał...]
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: W sumie to uniwersalna muza. Można, rano, można przed snem, zawsze można. Ale czy trzeba?
6. Ciekawostka: Moja ciekawostka jest taka, że do tej płyty Trane'a wracam najczęściej. Z różnych względów. Czasem Basik mi każe, czasem Basia, czasem sam się zmuszam. A ja ulegam. Sobie i im.
7. Na dokładkę okładka: Zwróciliście uwagę na ten wspaniały wąs?

84. Azbest: John Coltrane, "Lush Life"


 ***1/2

Kwiecień 1957 był dla Johna Coltrane ważnym momentem. Wydarzyły się wówczas dwie rzeczy, które skierowały jego życie na inne tory. Po pierwsze Davis nie mogąc już znieść jego nałogu wykopał go z zespołu. Po drugie wytwórnia Prestige zaoferowała mu kontrakt. O ile romans z opiatami udało mu się niebawem przerwać, o tyle cyrograf był bardziej trwały. Warunki były proste - miał dostarczać materiału na 3 albumy rocznie i inkasować za każdy 300$ (źródła milczą czy musiał się podpisać własną krwią). Z wydajnością nie miał problemu - ponad 10 sesji w ciągu półtora roku. Dla Prestige okazało się to doskonała inwestycją. Trane niebawem stał się sławny. Płyty takie jak nagrany z Davisem "Kind of Blue" czy solowe "Blue Train", „Gians Steps" i przede wszystkim "My Favourite Things" uczyniły z niego gwiazdę pierwszej wielkości. Prestige postanowiło wykorzystać sytuacje i niebawem zaczęli żąć tam gdzie posiali. W trakcie trwania kontraktu wydali mu 4 płyty. W ciągu kolejnych 7 (gdy był podpisany w Atlantic, a potem Impulse!) rzucili na rynek kolejne 11. Jednym tych albumów jest wydany w 1961 „Lush Life”.
Mam wrażenie, że Coltrane obecnie najbardziej ceniony jest za swoje późniejsze płyty, a przecież jego wczesna twórczość też ma swe uroki. Inne to granie, mniej imponujące, ale przecież klasowe, żadne tam wprawki przed "dziełem". Sam częściej słucham jego początków choć wielbię „Meditations”. Oczywiście rodzi się pytanie o jakość „Lush Life”. Z jednej strony poklejono go z odpadków, Z drugiej strony jedna pierwszych płyt z serii więc jest szansa na jeszcze niezgorszy sort. I jak można się było spodziewać, ballady we wczesnocoltrane'owskim wydaniu. Spokojne, bardzo spokojne granie. Te łagodne dźwięki działają wręcz kojąco. W dodatku płyta jest całkiem spójna jak na efekt trzech różnych sesji nagraniowych w różnych składach – od tria do kwintetu. A składy były na tyle zróżnicowane, że jedynym muzykiem obecnym na wszystkich był sam JC. Warto tu dodać, że udało mu się zebrać kilka uznanych nazwisk - grają m.in. Donald Byrd czy Red Garland i Paul Chambers z którymi pogrywał u Davisa.
Coltrane nagrywał zacne rzeczy nawet na autopilocie. Wyszła mu (a raczej wytwórni) odprężająca płyta, idealna do odpoczynku, ale w pewnym momencie może to uśpić. Niestety brakuje tu czegoś szczególnego co mogłoby sprawić, że zaabsorbuje słuchacza i zapadnie mu w pamięć. Na szczęście płyta nie jest zbyt długa, bo mogłaby znużyć. Dla porównania wydany przez Blue Note „Blue Train” jest o klasę lepszy. A został nagrany praktycznie w tym samym czasie – połowa materiału na „Lush Life” pochodzi z sesji o miesiąc poprzedzającej „Blue Train”. I to właśnie tę druga płytę poleciłbym komuś szukającemu bardziej reprezentatywny pokazu ówczesnych możliwości Trane'a.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jakoś nic zbytnie nie odstaje na minus. Ok, tytułowy z tą trąbą nawet niczego sobie.
2. Najgorszy moment: Jakoś nic zbytnie nie odstaje na plus.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Kult "Muj Wydafca"
4. Skojarzenia muzyczne: Już na tym etapie to innych porównywano do niego.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wczesny Coltrane zawsze mi pasował do gotowania. Czyli relaks generalnie.
6. Ciekawostka: Prestige potrafili zrobić użytek z zasobów. Ta sama płyta została wydana również jako "Like Someone In Love" - ten sam układ utworów, nawet to samo zdjęcie na okładce.
7. Na dokładkę okładka: O właśnie - zawsze się zastanawiałem czemu na zdjęciach mia taką zafrasowaną minę. Ten kontrakt z Prestige wiele by wyjaśniał.

84. Basik: John Coltrane, "Lush Life"

John Coltrane - Lush Life

Ocena: * * * * 1/2

Gdyby patrzeć na surowe fakty, ta płyta przegrywa wszystko. Kompilacja nagrań ze studia Rudy’ego Van Geldera z lat 1957-58 została wydana bez zgody Coltrane’a, dodatkowo w okresie gdy sam lider zaczynał odpływać w zupełnie inne muzyczne rejony. Zamiary wydawnicze wytwórni Prestige, jednoznaczne – zarobić jak najwięcej baksów. Znane nazwisko, łatwy materiał równa się odgłos nadjeżdżającej ciężarówki ze szmalem. Proste. O samej atmosferze nagrań może świadczyć fakt, że gdy do studia nie dojechał pianista, nie przerwano nagrań i wymuszono na zespole zarejestrowanie materiału jako trio. Czarną wisienką na torcie dla niektórych będzie to, że jest tutaj tylko jeden autorski utwór Coltrane’a a wszystkie to klasyczne jazzowe ballady. "Jazzowe ballady" -  zaklęcie, dzięki którym fani awangardowego i mistycznego Trane’a zamieniają się w atomowe grzyby.
To wszystko w teorii. Po odpaleniu albumu, wszystko odwraca się do góry nogami. Brak pianisty w trzech pierwszych utworach zostawia sporą przestrzeń do wypełnienia. W jego miejsce od razu wskakuje sax i to właśnie głównie Coltrane’a słuchamy przez 36 minut Lush Life. Tego soundu, nie da się pomylić z nikim innym. W tym czasie już w pełni dojrzałego, absolutnie rozwalającego barwą i intonacją. Ciężko oderwać uszy od tych wciągających zawijasów, subtelnych ornamentów, opadających i wspinających się fraz. W tle luzacko swinguje sekcja rytmiczna, tylko od czasu do czasu zasunie czymś solidniejszym, jak na przykład mocarnym walkingiem basowym w „I Love You” albo w otwarciu „Trane’s Slo Blues”. Najważniejszym utworem albumu jest numer tytułowy, już „na bogato” bo z pianistą i solem trąbki. Lush Life rozlewa się po całym ciele niczym łyk mocnego alkoholu. Odpręża, prostuje myśli. Tak, to jest wykon absolutny. Album kończy jeszcze „I Hear a Rahpsody” ale to już tylko epilog i dodatek.
Nie wiem czym kierowano się przy doborze materiału i na ile zadziałał tu przypadek, ale dla mnie jest to płyta zaskakująco spójna i posiada swoją własną dramaturgie jako cały album. Na tle materiału złożonego z gładkich standardów (i jednego bluesa Coltrane’a) błyszczy olśniewające wykonanie, pełne niuansów w których mogę rozkoszować się bez końca. Najlepiej właśnie z jakąś szklaneczką rudej, w atmosferze odprężenia, ale też lekkiej melancholii i zadumy. Cenię bardzo albumy nagrane dla Impulse!, uwielbiam późniejsze odloty w kosmos ale czasem wolę pozostać na dole i pooglądać gwiazdy z Ziemi.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Lush Life"
2. Najgorszy moment: Moje nieskuteczne próby przekonania Pilota do tej płyty. On ma już dosyć, czuje to.
3. Analogia z innymi element kultury: miasto, nocne życie, kluby, kawiarnie, alkohol.
4. Skojarzenia muzyczne: Proszę posłuchać wstępu do „Mojego Dżezu” Kur. To jest temat z Trane’s Slo Blues.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: patrz pkt.3
6. Ciekawostka: Trane’s Slo Blues wcale nie jest tu taki „Slo”. Wolniejszy „take” z tej sesji znalazł się na kompilacji z 1965r. „The Last Trane”. Utwór „Lush Life” został nagrany ponownie w 1963r. już dla Impulse! na płycie z wokalistą Johnnym Hartmanem.
7. Na dokładkę okładka: Mistrz.