sobota, 19 lipca 2014

78. Pippin: Black Flag, Live '84



Ocena: * * 1/2

Własne zespoły, jak wiadomo, założyli wszyscy ci nieliczni, którzy tuż po premierze zakupili debiutancką płytę The Velvet Underground. Ale też miliony tych, których zainspirowała dowolna inna płyta albo też zwykła chęć grania w kapeli. A jak już masz zespół, to grasz próby i próbujesz wkręcić się gdzieś, żeby zagrać też koncert. Znam też scenariusz doskonale, próby i coś na kształt koncertu, nie są mi obce. A z początkującymi składami bywa bardzo różnie – Stachu fałszował ile wlezie, Kojakowi nie chciało się do Stacha nosić całego zestawu perkusyjnego, więc na próbach bębnił w książki czy wiadra, ja gitarę basową miałem w ręku pierwszy raz w życiu (Jarek, dzięki za pożyczenie), a trąbka Mateusza od samego początku była raczej dla jaj. Właściwie jedynie do gitarzysty nie ma się za bardzo za co przyczepić, zresztą w późniejszym czasie, jako jedyny z nas, zrobił jakąś tam lokalną karierę. Choć wówczas pewnie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, sąsiedzi Stacha i mniej lub bardziej przypadkowi słuchacze na koncercie musieli przeżywać piekielne męki, słysząc nasze wytwory, ale cóż – taka rola początkujących załóg.
Tyle że Black Flag w znamiennym roku 1984 początkującą załogą nie był. Był już legendą. Wydał „Damaged”, które do dzisiaj ma niewymazywalne miejsce w kanonie ciężkiej muzyki. To dlaczego, do konia, słuchanie „Live ‘84” to takie ciężkie przejście? Ano dlatego, że Heniek i spółka jawią się jako ekipa, która nie przejmuje się niczym. Fałsze, dysonanse, sprzężenia, granie poza tonacją, obok dźwięku czy podejście do solówek gitarowych, które na pewno czujnie śledził młody Kodym, nie są tu środkiem samym w sobie ani celową brzydotą – nie, oni tak sobie grali, wyszło jak wyszło i tyle. Powiecie, że niewiele różni się to od wersji studyjnej – w ogólności pewnie tak, ale w detalach płyty są zdecydowanie porządniejsze. Ja wszystko rozumiem – to prawdziwy portret zespołu, to uczciwe podejście do koncertu, nie na zasadzie odegrania największych hitów (kawałki z „Damaged” stanowią margines), bez prób upiększania i wdzięczenia się do widza. Szanuję taki układ i rozumiem też tych, którzy w takiej rozwałce się lubują, ale sam dziękuję i poprzestanę przy studyjniakach. Subtelnieję na starość czy co?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:  Mimo wszystko nieszablonowa gitara.
2. Najgorszy moment: Rozważanie wizyty u laryngologa.
3. Analogia z innymi elementami kultury:  Rollins to w ogóle kulturowa instytucja.
4. Skojarzenia muzyczne: Chciałbyś powiedzieć z automatu, że hardcore, ale posłuchaj i zastanów się jeszcze raz. Jak to nazwać – hardcorowa psychodelia?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Naturalnie próba u Stacha.
6. Ciekawostka: Na polskiej Wikipedii stoi: „Live ’84; album studyjny grupy Black Flag”.
7. Na dokładkę okładka: Ale kasety czy kompaktu?

78. Basik: Black Flag, "Live '84"

Black Flag - Live '84

Ocena: * * * *

Są zespoły, które wypadają świetnie w studio a gorzej na żywca. Są też zespoły takie, które przeciętną zawartość albumów potrafią podać smacznie w wersjach koncertowych. Black Flag nie należeli do żadnej z tych grup. Po prostu kopali po mordzie w studio i na żywca. Właściwie można się zastanawiać, po co takiemu zespołowi album koncertowy skoro nagrania studyjne brzmią tak surowo i szorstko. Dobrze jednak się stało, że materiał z gigu w San Fran z 1984 roku został uwieczniony jako, że jest to jedna z lepszych koncertówek, na jakie można trafić w historii *.
Po pierwsze świetnie dobrana jest setlista. Black Flag z Henrym Rollinsem w 1984 roku był już na wysokości „My War” płyty, która przyniosła interesujący zwrot muzyczny w kierunku superciężkich i wolnych utworów reprezentowanych tu w końskiej dawce. (Świetnie wypadają również numery z czekającego na premierę „Slip it In”). Dostajemy też porcje kawałków, których Henry Rolnik oryginalnie nie wykonywał, czyli np. prehistoryczne „Nervous Breakdown”, albo „Fix Me”, a w jego wykonaniu dostają jeszcze większego agresora i wścieku macicy. Pomimo słabego entuzjazmu fanów (w sumie może wynikać ze sposobu realizacji nagrań), słychać, że na scenie dzieje się prawdziwe pandemonium z charyzmatycznym Henrym Rollinsem w roli głównej. Człowiekiem wielu sztuk i wielu nauk. Inteligentem biegającym po scenie w samych majtkach. Obok Heńka druga głowna rola przypada dla sypiącego gitarowym żwirem Grega Ginna. Kolejnego świra i tak na marginesie chyba najgorszego gitarzysty na świecie, który na swoim bardzo zaawansowanym dyletanctwie zbudował wyjątkowy styl muzyczny grupy.
Dodając do tego spontaniczne akcje typu, „pomyliłem się, ale mnie to wali” albo problemy techniczne z mikrofonem, dostajemy bezpretensjonalny i wysokoenergetyczny materiał live, który można spokojnie postawić na półce obok „Live + Cuddly” Nomeansno i „It's Alive” Ramones.

* cały materiał z „Live ‘84” dostępny jest w wersji video, jednakże piszać tą recenzje nie miałem okazji się z nią zapoznać.

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: My War, Black Coffee, Nothing Left Inside
2. Najgorszy moment: Polskie reagge, którego na tej płycie nie ma.
3. Analogia z innymi element kultury: Henry Rollins >> Bono
4. Skojarzenia muzyczne: choć trudno w to uwierzyć na pierwszy rzut ucha, Fu Manchu czerpie z Black Flag garściami.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: dobra lekka płyta w sam raz na plażę
6. Ciekawostka: Napisałem tą recenzje w autobusie nr 184 w drodze z Kurdwanowa na Olszę.
7. Na dokładkę okładka: Jest na niej wszystko co musisz wiedzieć zanim włączysz „play”.

78. Azbest: Black Flag "Live '84"

Black Flag - Live '84   Black Flag - Live '84
***3/4

Niczym Kserkses wyruszający do Europy, Aleksander Macedoński wkraczający do Babilonu czy Hannibal stojący u bram Rzymu, Black Flag w roku 1984 przeżywało swoją świetność. Ale czy pochodząca z epoki płyta koncertowa zatytułowana bezpretensjonalnie "Live '84" oddaje im sprawiedliwość i pozwala nam odczuć ich potęgę?
Gdy latem 1981 Henry Rollins zasilił szeregi Black Flag ci mieli już niezły dorobek i legendarny wręcz status. I choć wielu uznało to za początek końca, czas pokazał, że był to zaledwie koniec początku. Zespół okres swojej największej aktywności miał dopiero przed sobą. Niestety związani kontraktem przez kilka lat nie mogli wydać nowej płyty. A w zespole sporo się działo i odważnie eksperymentowali ze swoim dźwiękiem. Odeszli od hardcorowych wyścigów na rzecz wolniejszych i cięższych brzmień. Zapożyczali z metalu, ale też z... jazzu. I szerzyli swą muzykę z uporem świadków Jehowy i determinacją rewolucjonistów. Nie zawahali się nawet przed wyruszeniem w zimową trasę po Kanadzie w nieogrzewanym busie. Aż nadszedł rok 1984 - zagrali wówczas grubo ponad 150 koncertów i wydali 4 (!) płyty. A ponieważ jedna z nich to zapis koncertu(26.08.1984, San Francisco), możemy się przekonać jak brzmiała na żywo ta koncertowa maszyna.
Duży przebieg zaprocentował – graja bardzo pewnie. I nie podpierają się przy tym szlagierami – zaledwie 4 piosenki z epoki „Damaged”, a ponad połowa materiału nie ujrzała jeszcze światła dziennego w wersji studyjnej. Graja intensywnie i ciężko, a Rollins agresywnymi wrzaskami dopełnia całości. Tyle, że to już nie tradycyjny hardcore. Wciąż grają dość szybko, ale jest też dużo bardziej masywnego, gniotącego grania. I to w całkiem oryginalnym stylu. Sekcja gra rasowo choć ciekawie, ale nieszablonowość ich muzyki najlepiej słychać w partiach gitary. Często przestaje grać tradycyjne riffy by przejść w osobliwe, dziwaczne wręcz (na ten gatunek muzyki) solówki. Chwilami brzmi to jak hardcorowa wersja fusion. Ale nie dziwi to jeśli wziąć pod uwagę, że Greg Ginn (gitarzysta i lider zespołu) był starym fanem Grateful Dead, a najchętniej wówczas słuchał „Birds of Fire” Mahavishnu Orchestra. I nie dziwi, że ich ewolucja muzyczna dla jednych była objawieniem, by innym wydać się zdradą ideałów.
Zgasł blask Babilonu, przeminęli Nabuchodonozor, Dariusz i ów Cyrus Wielki. Siłą rzeczy i na Black Flag przyszła kolej - niemal dokładnie w dwa lata później zagrali swój ostatni koncert, by zaraz potem się rozpaść. Na szczęście pozostawili po sobie płyty, które są cenne nie tylko jako dokument. Ich muzyka dzisiaj może wydać się nieco archaiczna, ale nie straciła ciężaru i pasji. Solidne i energetyczne granie, wciąż robi wrażenie, nawet jeśli nie rzuca na kolana.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
„My War”, „Nothing Left Inside”, „Black Coffee”.
2. Najgorszy moment: umieszczenie „The Process of Weeding Out” na samym początku. I nigdy nie mogłem polubić „Rat Eyes”
3. Analogia z innymi element kultury: Henry Rollins opisał czas spędzony z Blag Flag w książce "Get in the Van". Jest również audiobook (choć skrócony) - polecam.
4. Skojarzenia muzyczne: Nie da się ukryć, że mieli spory wpływ na scenę grunge.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Koncertu Black Flag! Przekonajcie się sami – uwiecznili go też na taśmie filmowej - https://www.youtube.com/watch?v=Zr8FXeO9XU4.
6. Ciekawostka: Niedawno zespół się reaktywował. W dwóch różnych inkarnacjach...
7. Na dokładkę okładka: Po lewej pierwotne wydanie na taśmie, po prawej wznowienie na CD.

78. pilot kameleon: Black Flag, Live '84

***

Dobra, zderzamy się z legendą pierwszej próby. Zderzamy się jednak na żywca i w materiale, który kryształem zdecydowanie nie jest. Zaczyna się grubo w cholerę. Pierwsze pytanie: składa się to w całość, czy też raczej się nie składa? "The Process Of Weeding Out" niepokojąco rozjechane i kuriozalnie długie może zrobić człowiekowi kuku w głowie. Wytrzymaj taką gitarę, a kupię ci brokuły w nagrodę. Solówka w tym kawałku to jakiś wzorzec antygrania jest. Co to ma być? No ja tak ewentualnie mogę grać... A może to nagranie z próby, kiedy na dodatek gitarzysta był kompletnie nawalony? Dobrze, że trwa to tylko (?!) osiem i pół minuty. Wiadomo, że potrafili dłużej... Dalej wszystko normalnieje. Można wyznaczyć dwa główne kierunki. Po pierwsze punkowe szybkostrzały, których trochę na tej koncertówce umieścili. Szybko, konkretnie, w miarę równo, z potężnym wygarem na wokalu i w podkładzie. Mocno klepią po głowie. To pierwsza linia działania. Druga jest nieco trudniejsza. Nadal z zadziorem, ale kompozycje są znacznie bardziej wydłużone, czasem wolniejsze, cięższe i nasycone sporą ilością dysonansów. Celował w nie przede wszystkim Ginn. Nie boi się jechać na krawędzi. Fałszowanie? Proszę bardzo. Krzywo? Luzik. Nie w tonacji? Spoko. Wstyd ci? Nie, skąd...Paranoja rośnie i rośnie.
O dziejowości Black Flag nie muszę wspominać chyba. Do "Damaged" mogę się przecież modlić. A co począć z "Live '84"? No tutaj bywa różnie. Są fragmenty wyrywające z butów, są i takie, przy których śmiało można wyjść i sprzątać klatkę schodową. Są niestety mielizny, są dłużyzny i jest zdecydowanie za długo. Dziejowości w tym nie wyczuwam, jest za to w miarę przyzwoity portret legendarnego zespołu. I w sumie przestaję się dziwić, że przez lata było to dostępne tylko na kasecie magnetofonowej.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jak dopierdalają na pełnej kurwie. Wtedy nie ma żadnych pytań.
2. Najgorszy moment: Początek wymaga od człowieka sporej wytrwałości. Długość tego materiału również.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Niech będzie aktor Henryk, strażnik więzienny w "Zagubionej Autostradzie". Uwielbiam jego rolę.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Brudnego klubu, gdzie szczyna przepełnia pisuar. Czujesz te aromaty?
6. Ciekawostka: A Ty widziałeś Henry'ego Rollinsa na żywo? Bo ja widziałem.
7. Na dokładkę okładka: Logo mieli totalne.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

77. pilot kameleon: Swans, To Be Kind

*****

Zawierucha recenzencka związana z tym albumem już troszkę się uspokoiła, kurz opadł, a Łabędzie lecą dalej. Ale jeszcze przed momentem, cóż to było za poruszenie?! Omnomnom... Komorowski, Tusk i Kaczyński też mieli własne zdanie na temat "To Be Kind". Dawno nie zanotowałem takiego szumu przy okazji premiery wydawnictwa muzycznego. Oczekiwanie na sygnały ze studnia, przecieki, a potem erupcja związana z pojawieniem się materiału, który nie zawiódł. Tak, publikacja "To Be Kind" jest wydarzeniem pierwszej wielkości. To porusza mnie równie mocno jak sama zawartość muzyczna.
Pojawienie się "To Be Kind", prócz doskonałej muzyki, gwarantuje słuchaczom element nieobecny we współczesnym odbiorze muzyki rockowej czy też okołorockowej (a może każdej?). Mam tu na myśli poruszenie, którego próżno szukać przy okazji innych muzycznych zdarzeń. Z niebytu wyłania się Swans, które serwuje rozgrzewkę w postaci "My Father...", potem potężny "The Seer", a teraz równie wielkie "To Be Kind". Czuć zwyżkową formę i ogólny wzrost zainteresowania.. Reaktywacja wszech czasów? Możliwe... Ale jest coś jeszcze, mianowicie możliwość obserwowania, jak funkcjonuje wielki zespół nagrywający klasyczne płyty już w chwili ich wydania. To dzieje się tu i teraz, niejako na naszych uszach. Jest ekscytacja, wyczekiwanie, a materiał żyje w playerze znacznie dłużej niż inne tegoroczne premiery. Dodatkowo sprzyjające okoliczności sprawiają, że Swans nawiedza nas regularnie. Prezentują materiał, słuchacze zauważają (bądź też nie) progres, wszystko in statu nascendi. Można doświadczać tego na własnej skórze, w scenicznym tyglu, znajdując się kilka metrów od sceny. To dopełnia wszystkiego. Na naszych oczach i uszach stała się ta trylogia, którą można postawić chociażby obok płyt King Crimson (etap od "Larks Tongues In Aspic" do "Red") i która już w tym momencie ma swoje honorowe miejsce w historii muzyki. Tak, uczestniczę w tym jako słuchacz i widz i cieszę się jak dziecko, bo wiem, że nic na taką skalę raczej się w muzyce nie przytrafi. Na kolana. A o muzyce poczytacie recenzjach kolegów.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:  To trwa i trwa. I napięcie nie znika.
2. Najgorszy moment: Obcowanie ze sztuką nie jest najgorsze. Może być co najwyżej trudne.
3. Analogia z innymi elementami kultury:  Wyobraź sobie King Crimson na trasie koncertowej jesienią 1973 roku. Ty chodzisz na te koncerty, a potem kupujesz "Starless & Bible Black". O to mi chodzi.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: życiówki. Pod każdym względem.
6. Ciekawostka: Nie kupuję już płyt w dniu premiery, nie gonię za nimi po mieście. Za tą pobiegłem.
7. Na dokładkę okładka: Jest dużo lepiej niż ostatnim razem.

77. Azbest: Swans "To Be Kind"

Swans - To Be Kind
****1/4

W chwili wydania "The Seer" wydawał się płytą ostateczna - podsumowaniem i ukoronowaniem twórczości Giry. Po dekadach pracy, mając w resume doskonałe płyt udało mu się je zdeklasować (a przynajmniej im dorównać). Przeskoczenie jej wydawało się krokiem karkołomnym. Ale z tym większym apetytem czekaliśmy na następcę. Tradycyjna już koncertówka "Not Here / Not Now" sprawiła, że Swans odsłonili co nieco karty, ale i tak udało im się zachować element zaskoczenia. Zamiast dokonać jakiejś wolty stylistycznej i odciąć się od „The Seer” zdecydowali się na ucieczkę do przodu i pokazali, ze pomysłów im nie brakuje. Nowa płyta to zasadniczo to samo gówno, ale tym razem trochę inne gówno.
Na pierwszy rzut oka przy "To Be Kind" Swans powtórzyli to co zrobiła Metallica na „Master of Puppets” i stworzyli klon poprzednika. Płyta znów trwa kolosalne dwie godziny, kolejny kawałek ponad pół godziny, raz jeszcze dużo transu itd. Ale są różnice, może nie gigantyczne, ale zauważalne i sprawiają, że album różni się od wielkiego poprzednika, i nie sposób go z nim pomylić. Nie tylko nie zrezygnowali z długich kawałków, ale poszli o krok dalej - utwory zrobiły się jeszcze dłuższe. Wtedy trzy na jedenaście przekraczało 10 minut. Teraz połowa przekracza tę granicę, a najkrótszy na płycie trwa nieco ponad 5 minut. Można pomyśleć, że postanowili zagrać masywniej i miażdżąco. Nic z tego – płyta jest lżejsza (przynajmniej w porównaniu z "The Seer") i więcej tu okazji do złapania oddechu. Większość materiału to porywający trans, ale są też chwile wyciszenia. Tyle tylko, że połowicznego bo podszytego niepokojem – cały czas czekamy na kolejne uderzenie sztormu dźwięków. No i jest miło, ale pozostaje do rozważenia najważniejsza kwestia - udało mu się nagrać coś jeszcze lepszego? Cóż, niezupełnie. Gira ścigał się sam ze sobą i co prawda nie poprawił wyniku, ale zagrał w wielkim stylu. Ujmując rzecz skrajnie dyplomatycznie - stanowczo najlepszy jego album od czasu "The Seer".
Mimo że Swans nie poszli w balladki, to na płycie mniej jest hałasu. Dzięki temu „To Be Kind” może być dobrym początkiem dla kogoś chcącego zacząć swą przygodę z twórczością Giry. Niech świeżaki też w niepokoju oczekują na kolejna płytę. Bo jak to ze Swans bywa po przesłuchaniu zaczynają krążyć po głowie pytania. Co teraz Panie Gira? Emerytura? Krótsza, bardziej tradycyjna płyta ze spokojniejszym materiałem. A może następna raza już tylko dwie godzinne suity z chórami, dęciakami i wagnerowskimi lejtmotiwami? Bo w możliwość spłodzenia przez niego słabej płyty trudno już uwierzyć. 

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: epicentrum - „Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture”
2. Najgorszy moment: rozmiar dzieła sprawia, że odsłuchanie go to cała ceremonia.
3. Analogia z innymi element kultury: Chester Burnett, któremu zadedykowano drugi utwór na płycie to legendarny bluesman Howlin' Wolf.
4. Skojarzenia muzyczne: Swans na boga!
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Słuchając „To Be Kind” przeczytałem trzy biografie Iwana Groźnego. Pasowało.
6. Ciekawostka: Po latach fonograficznej guerilli Gira zdecydował się udzielić Mute licencji na dystrybucję. Dzięki temu płyta jest nie tylko łatwiej dostępna, ale i tańsza.
7. Na dokładkę okładka: tylko przy okazji „Soundtracks for the Blind” mieli tak jasną okładkę.

77. Pippin: Swans - To Be Kind














Ocena: * * * *

Znacie pewnie tę sentencję Roberta Frippa, o muzyce King Crimson będącej wyzwalaniem chaosu i następującą po nim próbą powrotu do stanu równowagi. Ciekaw jestem, co rzekłby filozof pokroju Frippa na ostatnie studyjne produkcje Swans, jakich piętrowych metafor by użył. Nie podejmuję się definiować, czy od czasu kolejnej reaktywacji w 2010 Michael Gira siły chaosu wyzwala, ujarzmia, czy też tresuje, w każdym razie nadal konsekwentnie kroczy tą samą ścieżką, co na „My Father…” i „The Seer”.
Czytam ci ja, że materiał na „To be kind” zrodził się głównie podczas ostatniej trasy koncertowej i sporo utworów było wykonanych na zeszłorocznym koncercie w Stodole. Wolne żarty, na zeszłorocznym koncercie w Stodole to ja stałem wmurowany, zmiażdżony dźwiękami Apokalipsy, bijącymi wszelkie rekordy skali głośności, zastanawiając się, czy uciec z sali, zaszyć się w ciemnym, koniecznie cichym, kącie, czy też zgrywać twardziela i wesoło stać i być miażdżonym dalej. Więc niech będzie, może i utwory z nowej płyty, bądź jakieś wariacje na ich temat słyszałem wcześniej, ale nie ma mowy, żebym je pamiętał, a zwłaszcza, hehe, błogo wspominał.
„To be kind” zaskakuje głównie tym, że… nie zaskakuje. Nie jest to oczywiście wyłącznie kopia doskonałego „The Seer”, ale na dobrą sprawę nie ma tu niczego, czego nie słyszelibyśmy już na tej płycie ze zwierzakiem na okładce. Podstawowa różnica to zwiększenie roli rytmu – tu przoduje dość nietypowe, jak na nich, „A Little God In my Hands”, choć i trzydziestoczterominutowy utwór, o którym poniżej, też ma się czym pochwalić. Muzykę tej odsłony Swans nadal wyznaczają potężne, wielominutowe, numery z potężnymi riffami, wszechobecnym hałasem, szamańskim hipnotyzowaniem i krzykiem, zawodzeniem, bądź innym zaśpiewem Giry. Zdarzają się, rzecz jasna, fragmenty spokojniejsze, bardziej melodyjne i liryczne (choć melodie i głosy zaproszonych pań na poprzedniku były zdecydowanie ładniejsze), ale nie one pozostają nam w pamięci po przesłuchaniu dwugodzinnego kolosa.
W centrum wszystkiego tkwi zaś „Bring the Sun / Toussaint L’Ouverture”. Ponadpółgodzinna pigułka, zawierająca esencję obecnego wcielenia Swans. Od mocnego riffu, przez mantrowe śpiewy, po obłąkańcze krzyki. Nie słuchać w nocy.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Bring the Sun, bring the Sun…
2. Najgorszy moment: Dla osób o bardziej wrażliwych uszach, przywiązanych do melodii i piosenkowych struktur – cała płyta.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Być może nie wiecie, kim jest Chester Burnett, ale o Howlin’ Wolfie chyba słyszeliście?
4. Skojarzenia muzyczne: Slayerowy tytuł „Soundtrack to the Apocalypse” tu by lepiej pasował.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Boję się myśleć.
6. Ciekawostka: Warszawski koncert Swans był jedynym koncertem, na którym byłem, gdzie można było nabyć zawczasu zatyczki do uszu.
7. Na dokładkę okładka: Tego dzieciaka płyta też przeraziła.

77. Basik: Swans, "To Be Kind"

Swans - To Be Kind 

Ocena: * * * * 1/2

Nie wiem jak długo uda się Swans utrzymać tak wysoki poziom, ale w sumie nie przejmuję się tym. Liczy się to, co zespół robi „tu i teraz” a znając poczynania Michaela Giry ten człowiek prędzej zatopi swój zespół na dnie Atlantyku niż wyda kiepski album. Siłą reaktywowanego w 2010 roku zespołu jest doskonale dobrany skład instrumentalistów i spójna artystyczna droga wyznaczana przez Michaela Girę. Właściwi ludzie na właściwym miejscu, którzy dobrze kumają odjechane wizje lidera. O ile „My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky” z 2010r. uważam za wstęp do apokalipsy i inicjację reakcji chemicznych w zespole, to wydany po dwóch latach „The Seer” to już spełnienie artystycznej wizji a przy okazji bezlitosny nokaut na słuchaczu. 
Pomiędzy pracą studyjną zespół nie traci impetu i sieje zniszczenie na koncertach. Trochę głupio się tak wymądrzać, przecież nie każdy ma okazję ich obejrzeć i usłyszeć ich na żywo, ale dopiero w odsłonie koncertowej Swans pokazują wszystkie karty. Możemy sobie pisać recenzje i wystawiać gwiazdki, ale koncert Swans to doświadczenie poza kategoriami fajne – niefajne. Na scenie centralną postacią jest oczywiście Gira, to on w mniej lub bardziej dyskretny czy intuicyjny sposób kieruje grą ściśniętych dookoła niego instrumentalistów (skojarzenia z relacjami pomiędzy Frankiem Zappą a jego zespołem na scenie). Pełne skupienie. Choć muzyka Łabędzi nie jest generalnie improwizowana, odnosi się wrażenie, że powstaje i rozwija się na żywo. Do tego natężenie dźwięku, celowo obezwładniające, wciskające słuchacza w gęstą akustyczną przestrzeń. Masz się w tym zanurzyć i odizolować od otoczenia. I nie spiesz się, masz na to sporo czasu. Na końcu uśmiechnięta mordka Giry, machanie i ukłony w stronę fanów (potem pojawia się i sprzedaje osobiście merch). 
Nie umniejszałbym jednak zawartościom płyt studyjnych, które po części koncertowe idee przenoszą w domowe zacisze. No, bo dlaczego albumy Swans trwają ponad dwie godziny? Zanurz się w tym, poczuj to. Na albumach można wychwycić za to więcej niuansów, które rekompensują koncertowy gwałt na organach wewnętrznych. „To Be Kind”, trzecia płyta od reaktywacji w 2010 r. nie wywraca filozofii współczesnego Swans do góry nogami i idzie właściwie po tej samej linii, choć różnice w stosunku do poprzedniego albumu są bardzo wyraźne. Chciałbym powiedzieć, że to muzycznie prostsza płyta, ale to nie jest dobre słowo w przypadku muzyki Giry, bo te faktury – „powierzchnie” muzyczne, które generuje cały zespół do prostych nie należą. To album dużo bardziej bezpośredni i przejrzysty dzięki wypchnięciu na pierwszy plan rytmu. Także bardziej różnorodny. 
Narastające kłębowisko dźwięków znane z „The Seer” kontynuują właściwie tylko w ponad trzydziestominutowym „Bring The Sun / Toussaunt L’Ouverture” i fragmentarycznie w kilku utworach. Swansowy „gotycki” blues w klimacie „Jima” z „My Father…” odbija się echem w „Just a Little Boy (For Chester Burnett)” (z resztą tytuł mówi za siebie). Równie gotycko post-punkowy nurt w klimacie wybitnego „Great Annihilator” reprezentuje „Kirsten Supine”. Jest też odpoczynek dla uszu w delikatnym „Some Things We Do” i najdziwniejszy numer na płycie „A Little God In My Hands”, który do momentu wejścia wściekłego roju instrumentów w połowie utworu jest całkiem przebojowy. Muzycznym motywem przewodnim płyty, jak wspomniałem jest jednak mocno wyeksponowany obsesyjny puls. Potężny i niesamowicie brutalny rytm „Oxygen”, hipnotyzujący groove „She Loves Us” albo „Screen Shot”, niemal funkowy „A Little God In My Hands” czy po prostu mechaniczny „Nathalie Neal”. 
O „To Be Kind” można by gadać cały dzień a temat i tak nie byłby zamknięty. Jeśli ktoś nie poczuje tych wibracji, jeśli nie da się wkręcić w ten obłąkany pęd, jeśli włos tu i ówdzie się nie zjeży to żadne gwiazdki i recenzje go nie wzruszą. W skrytości ducha nie chciałem pisać o nowych Swansach i miałem powiedzieć kolegom, żeby odpuścili z propozycją tej recenzji. Co tu właściwie pisać? „To Be Kind” trzeba przede wszystkim posłuchać a nie czytać o niej. Straciliście więc niepotrzebnie czas, ale jeszcze macie szanse to odpracować.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Za każdym razem inny.  
2. Najgorszy moment: To są kurwa Swans. Jak chcecie posłuchać słabych momentów kupcie sobie nowy Coldplay.  
3. Analogia z innymi element kultury: Toussaint L'Ouverture, tzw. Czarny Napoleon przywódca rewolucji na Haiti skierowanej przeciwko francuskim kolonistom.  
4. Skojarzenia muzyczne: Swans w kalejdoskopie  
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: można też tańczyć  
6. Ciekawostka: “Kirsten Supine” został zainspirowany przez rolę Kirsten Dunst w Melancholii Triera (prawdopodobnie chodzi o zderzaki)  
7. Na dokładkę okładka: Dzieci uciekają w popłochu po przesłuchaniu pierwszych dźwięków „To Be Kind”.

sobota, 21 czerwca 2014

76. Pippin: Pierwszomajowe pochody basowe

Przed dwudziestu z górą laty grałem w Struktórach Goldżiego na basie właśnie, ale mniejsza o to, bo i wybór funkcji w zespole był mocno przypadkowy, i sam zespół zbytniej kariery, choćby i lokalnej, nie zrobił. Więc na bok wspomnienia, bo my tu o basie. I powiadam: nieprzypadkowo angielskie "bass" ma z grubsza ten sam rdzeń, co "base" i "basis". Bo to podstawa, aksjomat i fundament. Posłuchajmy.

1. The Beatles - Rain (singel, 1966)
Lubię takie zestawienia zaczynać od Beatlesów i mądrzyć się, że od nich praktycznie zaczęło się wszystko, co najciekawsze, w muzyce rockowej, więc i teraz skorzystam z okazji. U progu psychodelicznego okresu twórczości, ukryty poza płytami studyjnymi - oto przed Państwem "Rain". I, rzecz jasna, Paul McCartney.

2. Breakout - Gdybyś kochał, hej! (Na drugim brzegu tęczy, 1987)
Może i trochę rżnięcie z Hendrixa, ale doceńmy - ekipa Tadeusza Nalepy (w tym składzie basista Michał Muzolf) czujnie śledziła, co się w świecie dzieje.

3. The Clash - Guns of Brixton (London Calling, 1979)
Skoro nikt z Kolegów nie wspomniał o tej oczywistej oczywistości, niech mi przypadnie ona w udziale.

4. The Cure - A Forest (Seventeen Seconds, 1980)
Bas głównie rozwija tu gitarowy motyw rozpoczynający główną część utworu. Ale daje to tyle mroku i ponurości, że znam takich, dla których "A Forest" to najsmutniejszy numer świata i chcą, żeby im go zagrać na pogrzebie.

5. Zdzisława Sośnicka - Pożegnanie z bajką (Akademia Pana Kleksa, 1983)
O wielkości tej piosenki, o wzruszeniu, które powoduje, czy to w kontekście filmowym, czy bez niego, można rozprawiać godzinami. Nie przegapmy i partii basu Arkadiusza Żaka. Polski pop przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (sprawdźcie też Krystynę Prońko) niespodziewanie dzielnie i bez obciachu dotrzymywał kroku światowej modzie na funk i disco.

6. Rendez-Vous - A na plaży... Anna (Rendez-Vous, 1986)
Coś jak wspomniane wyżej "Strzelby z Brixton" - dziarski basowy motyw na otwarcie, który ciągnie cały utwór. Ale przypomnijmy go, ten utwór znaczy, bo jest jednym z najlepszych polskich numerów nie tylko nowej fali, ale i całej dekady.

7. Metallica - Orion (Master of Puppets, 1986)
Araya sroce spod ogona nie wypadł, ale za najlepszego basistę wielkiej czwórki thrashu uchodził świętej pamięci Cliff Burton. Czy dobrze sobie radził w takim na przykład "Orionie" - sprawdźcie sobie tutaj.

8. Kult - Polska (Posłuchaj to do ciebie, 1987 (choć w sumie dopiero reedycje))
Wiem, banał i oczywistość. Ale przypomnijcie sobie - na pewno byliście na niejednym koncercie Kultu. I TEN moment, kiedy po dobrych dwóch godzinach schodzą, wy czekacie, aż wyjdą na bis, światła się jeszcze nie zapalają, a Jeżyk Wereński zaczyna grać TEN motyw.

9. The White Stripes - Seven Nation Army (Elephant, 2003)
Ty, to gra gitara czy bas? Chyba oba równo. A może nie? Niee, jednak bas. Nieważne. Najlepszy riff XXI wieku.

10. Armia - Anima (Der Prozess, 2009)
Kto był najlepszym basistą Armii? Pablo Piotrowski czy Doktor Kmieta? Matematyczna wręcz, do bólu zimna precyzja, czy finezja i pewien duch improwizacji? Sam nie wiem. ale posłuchajmy Kmiety. Zwłaszcza tak od 5:37.

76. Azbest: Pierwszomajowe pochody basowe

DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG.

Charles Mingus "II B.S." ("Mingus Mingus Mingus Mingus Mingus", 1964)
Na dżezie znam się mało bo prosty ze mnie chłop i Slejera lubię, ale obecność Mingusa wydała mi się nieodzowna. Ależ kizior miał łapę! W zasadzie to nowa wersja "Haitian War Song" z "The Clown", ale znacznie lepsza więc ją wybrałem.

The Stooges "Fun House" ("Fun House", 1970)
Półgłówki kojarzą się przede wszystkim z dzikim jazgotem gitary i dziką charyzmą wokalisty, ale na drugiej płycie złapali potężny groove. Najlepiej słychać to w utworze tytułowym. Dave Alexander (wtedy) dawał radę, a Mike Watt (teraz) daje jeszcze bardziej.

Magazine "The Light Pours Out of Me" ("Real Life", 1978)
Podczas selekcji materiału moje myśli krążyły wokół postpunka niczym muchy nad końskim ścierwem. Ale nie moja to wina, że akurat wtedy rock podłapał dobre wibracje w spadku po reggae. Ówczesny basista Magazine - Barry Adamson zdryfował później w stronę muzyki filmowej, ale ostatnio wrócił do korzeni na etacie u Nicka Cave.

Joy Division "Transmission" ("Transmission", 1979)
Jeden z tych nielicznych rockowych zespołów w większym stopniu opierających się brzmieniowo na basie niż poczciwej gitarze. Peter Hook z początku brzmi jakby wysyłał telegram, nie transmisję radiowa, ale utwór i tak nabiera niesamowitego impetu.

John Cale "Rosegarden Funeral Of Sores" ("Mercenaries/Rosegarden Funeral Of Sores", 1980)
Chyba mam obsesję na punkcie najsłynniejszego żyjącego Walijczyka. Tym jednak razem Cale dał mi solidne usprawiedliwienie (Żohn nie zawodzi - pozdro Żohn!) - linia basu jest naprawdę solidna. Do tego stopnia, że niebawem numer zrobili chłopcy z Bauhaus, a ci wiedzieli jak ładnie przybasować.

The Jesus Lizard "Then Comes Dudley" ("Goat", 1991)
Czy dzieło przypadku czy owoc perfidnego planu, kawałek ten brzmi jak solidnie pokurwiona wersja "The Great Expectations" z repertuaru Milesa Davisa. Ale żre niesamowicie i trzyma za ryj, a wielka w tym zasługa Davida Simsa.

Melvins "Night Goat" ("Houdini", 1993)
Skoro pojawił się już jeden kozioł to i drugi nie zawadzi. Melvins bardzo konsekwentnie trzymają się sprawdzonego składu - konsekwentnie zmieniają basistów jak rękawiczki. W tym przypadku riff jest tyleż mocarny co zagadkowy - tak na prawdę nie wiadomo kto go zagrał. Wiadomo tylko, że na pewno nie Lorax, wymieniona jako basistka (wówczas już z nimi nie grała).

King Crimsion "VROOOM" ("Thrak", 1995)
Żarty się skończyły - Tony Levin i Trey Gunn wyprowadzą cię na taki spacer, że możesz sobie nogi połamać. Ale z dwoma basistami to nie dziwota. Chociaż obaj panowie graja na takich wynalazkach, że rodzi się pytanie czy to wciąż jeszcze basiści.

Mazzoll & Arhythmic Perfection "Ropa Świętej Anny (część II)" ("a", 1995)
Mimo, że miedzy Odrą a Bugiem sporo mamy okazji do poczucia się białym murzynem, poczucie rytmu jakoś nam się od tego nie rozwija. Ale bez przesady, też potrafimy. Sławomir Janicki wykrzesał z siebie najlepszy polski groove? Niewykluczone.

Techno Animal "We Can Build You" ("Brotherhood of the Bomb", 2001)
Jakoś dominuje u mnie rock w przeróżnych odmianach, a warto by wspomnieć o elektronice. Ofiarami zostaną Kevin Martin i Justin Broadrick - duo bezwzględnych bassowych terrorystów. Wybór padł na ten kawałek, ale na dobra sprawę pasowałby również ich Ice czy któryś z licznych projektów Martina (Bug, King Midas Sound itd.)

76. pilot kameleon: Pierwszomajowe pochody basowe

Na początku Bóg stworzył bas. Bas był bazą do dalszych działań, bez niego nie można było działać dalej. Bas zawsze znajduje się u samej podstawy. Jest fundamentem oraz spoiwem i lepszczem. Jego pierwotność zawsze uruchamia atawizmy, przez które sięgamy do samego początku. Bas tkwi w genach. Bas był pierwszy.

Co będzie? Ano będzie różnie. Fragmenty, większe partie, smaczki. A wszystko zjednoczone pod flagą niskich częstotliwości.

1. Jimmy Garrison* - Introduction toMy Favourite Things (Live In Japan, 1966**)
Niech będzie z "Live At Village Vanguard Again!". Albo może lepiej z "Live In Japan", gdzie introdukcja rozrosła się do kwadransa. Poczuj finezję tych dźwięków. To uczucie w palcach, opuszki muskają, czuć drżenie, tak działa kontrabas. W zespole nieco ukryty, tu na pierwszym planie, całkowicie nagi ze swoim instrumentem. Odbieraj to jak chcesz.

* Garrison to taki cichy chłopaczek, który grał z Johnem Coltranem bardzo długo. Był oczywiście członkiem klasycznego kwartetu. Ale nawet gdy McCoy Tyner i Elvin Jones zdezerterowali, ten trwał do końca.
** Data nagrania, wydano później.

2. Cream - Spoonful (Wheels Of Fire, 1968)
Jack Bruce myślał basem, ale myślał też o kolegach, słuchał ich. Poczujcie załączoną wersję "Spoonful", gdzie środkowe kilkanaście minut to doktorat z blusowej improwizacji. No i ten bas, jakie uczucie i wysmakowanie. Uczta.

3. Pink Floyd - Let There Be More Light (A Saucerful Of Secrets, 1968)
Pink Floyd już bez Barretta, ale jeszcze na samym początku wędrówki. Szybkostrzał Watersa szybko zmienia swój charakter, ale początkowy kopniak zostaje w pamięci na zawsze. Kosmos też lubi bas, to nie tylko domena Ziemi.

4. The Beatles - Come Together (Abbey Road, 1969)
Oj, sir Paul potrafił szarpnąć cztery struny. Wejście do "Come Together" to jest apokalipsa, a dalej jest jeszcze lepiej. W sumie to na płytach The Beatles wiekopomnych basów jest cała masa. I oczywiście rekomenduję wersję mono, choć tutaj niestety stereo.

5. King Crimson - Larks' Tongues InAspic pt 2 (Larks' Tongues In Aspic, 1973)
Chodzi o moment na wysokości 3 minuty i 45 sekundy. Wetton odpala kilka sierpowych. Miał tak czasem w zwyczaju. Świetny basista o nieco agresywnym, ale bardzo finezyjnym stylu. Nie do podrobienia, chłop był rozpoznawalny na kilometr.

6. Prince Far I And The Arabs - Big Fight Dub (Dub To Africa, 1979)
Dub basem stoi. Tłustym, okopconym, wbijającym się w świadomość na pełnej mocy. "Dub To Africa" to dla mnie wzorzec, punkt odniesienia, basowy monument z krainy dub.

7. PIL - Albatross (Metal Box, 1979)
Imponująca konstrukcja. Prosta, banalna, transowa. Kiedyś to potrafili grać kilka właściwych dźwięków przez godzinę, żeby stworzył się klimat, nastrój, odpowiednia wibracja. A dziś to pięćset dźwięków i mało... Jah Wobble miał klasę.

8. Jane's Addiction - Three Days (Ritual de lo Habitual, 1990)
Trzecia część klasycznych kawałków Jane's Addiction zaczyna się od partii basu. Wywiedli to najpewniej z post punku, przefiltrowali przez siebie i stworzyli nową jakość. A za basowy wstęp do "Three Days" Eric Avery zostanie kiedyś świętym.

9. Nick Cave & The Bad Seeds - Do You Love Me? Pt 1 (Let Love In, 1993)
Groove. Zasadnicza i konieczna treść każdej partii basowej. Jeśli tego nie ma, to przegrałeś. Sorka... A jeśli to masz, to rozdajesz karty. Martyn P. Casey to potrafił. Posłuchaj jak się skrada...

10. Lech Janerka - Ryba Lufa (Bruhaha, 1994)
W Polandzie nie ma nikogo, kto mógłby mu dorównać w kategorii czujności basowej. Tekstowej też. Kompozycyjnej też. No dobra, z Lechem nie można nikogo równać. Poczujcie ten gęsty puls "ryby lufy". Jak go nie czujesz, to może być źle.

76. Basik: Pierwszomajowe pochody basowe

Na wszystkich moich ulubionych basistów niestety zabraknie tu miejsca. A chciałoby się dorzucić, Paula Ravena z Killing Joke czy Paula Simonona z The Clash (Nie mylić z Paulem Simonem choć ten też nieźle czesał w teledysku z Chevy Chasem *) albo Martyna P. Caseya z The Bad Seeds. Celowo pominę wypierdalaczy typu Claypool czy Flea albo sławy jak John Paul Johnes czy Mccartney, choć darzę ich wszystkich niezmiernie ciepłym uczuciem. Więc nie będzie to wyłącznie lista ulubionych basistów ale linii basu w utworach, którymi rzeczywiście można się zajarać.

Zacznijmy cytatem czarnoskórego klasyka: „Bass! How low can you go!?”


1. John Mayall - Off The Road (USA Union, 1970)
Załapałem za trzecim przesłuchaniem, skąd unikalne brzmienie płyty USA Union. Tu nie ma bębnów! Mimo to wszystko buja, a rolę pałkera przejmuje fenomenalny Larry Taylor – jeden z najjaśniejszych punktów współpracy Mayalla z Jankesami. Cechy charakterystyczne: ciepły sound, solidna porcja ozdobników i nieustajacy bluesowy „walk” (czasem zabarwiony soulowo jak w „Nature’s disappering”).

2. Frank Zappa – Apostrophe (Apostrophe ('), 1974)
Tom Fowler, Arthur Barrow, Scott Thunes… basiści tworzyszący Zappie nie byli znani ale byli to muzycy absolutnie wyśmienici (nie mówiąc o tym, ze każdy z nich musiał być trochę kopnięty i miał w sobie „to coś”). Ze sławami ówczesnego świata Zappa współpracował sporadycznie i raczej na koncertach – Sting, John Lennon, Yoko Ono czy Pink Floyd. Współpracę studyjną zaliczył Jack Bruce, choć były basista Cream zaprzecza jakoby to on jamował w tytułowym utworze z Apostrophe (‘). Ale jak nie on, to kto? Nagranie mówi samo za siebie.

3. King Crimson – Starless (Red, 1974)
John Wetton zanim stał się zawodowym mięczakiem nakurwiał potężne i głośne basy. W latach 70. jego gry i brzmienia nie dało się pomylić z niczyim innym (wystarczy posłuchać koncertówki Roxy Music, gdzie gra w paru numerach). „Starless” lubię chyba najbardziej, ale to jedynie przykład jego fenomenalnej roboty na całym Redzie i innych albumach King Crimson.

4. Roxy Music - Love Is The Drug (Siren, 1975)
Ta partia basu jest tak sexy jak tylko sie da. Nawet bardziej niż sam Brian Ferry. Urywane frazy, tłuste brzmienie, na parkiecie robi się gorąco i wilgotno. Słucham raz w tygodniu, żeby ćwiczyć kocie ruchy i wyregulować ciśnienie w nogawce.

5. Elvis Costello - Lipstick Vogue (This Year's Model, 1978)
Skromny Bruce Thomas to prawdziwy bohater drugiego planu. Doskonałe połączenie bardzo melodyjnego stylu gry z mocną pulsującą dynamiką. „Lipstick Vogue” to tylko przykład bo większość utworów Elvisa Costello budowana była właśnie na tych chwytliwych pulsujących partiach Thomasa choć sam lider przecież dzierży elektryka.

6. Porter Band - Aint Got My Music (Helicopters, 1980)
Porter z Żywca nie jest najgorszy, ale tego z „Helicopters” nie przebije. Nie przeszkadza, że okradają bezlitośnie amerykańska nową falę i Talking Heads. Kazimierz Cwynar przystojniejszy niż Tina Weymouth może nie jest, ale wyciska z basu nawet lepsze soki niż ona. CBGB’s byłoby dumne.

7. Queen - Dragon Attack (The Game, 1980)
Owoce fascynacji muzyką funk i disco przez muzyków Queen w latach osiemdziesiątych były różne. Dwa słowa, o których każdy fan Queen próbuje zapomnieć: „Hot Space”. Ale zanim pojawił się „Hot Space” był przecież „The Game” ze świetnym „Another One Bites a Dust” oraz mniej znanym ogółowi „Dragon Attack”. A właśnie ten drugi to absolutna czołówka w kompendium basowych riffów.

8. Maanam - Oddech Szczura (Maanam, 1981)
Maanam, Kora, Jackowski. Nikt nie zwraca uwagi na basistę w tym zespole, a przecież Olesiński na debiucie grzmocił miażdżące basy jak ten znerwicowany pochód w „Oddechu Szczura”. Kowalewski na dwójce był chyba jeszcze lepszy i można by tu zacytować również "O! Nie rób tyle hałasu".

9. The Sisters of Mercy – Lucretia, My Reflection (Floodland, 1987)
W okolicach Floodland Andrew Eldritch wraz ze swoją rozczochraną przyjaciółką miał pozbawiony finezji ale skuteczny sposób pisania chwytliwych utworów – automat perkusyjny i prosta ale natarczywa linia basu. Te pięć dźwięków na krzyż i metaliczne brzmienie wbija się w pamięć na zawsze. Dam-dam-dam-dam-dam-dam-dam-dam…

10. Faith No More - King For A Day... (King for a Day - Fool for a Lifetime, 1995)
Billy Gould jako jeden z moich basowych bogów nie mógł się tu nie znaleźć. Jego styl gry łączy bardzo szerokie wpływy od funku przez soul, punk, basistów nowej fali, rock i metal. Jego partie właściwe zawsze są centralną częścią i wiodącym elementem kompozycji .Wybrałem linię z „King for a Day…” charakterystycznie zrytmizowaną i transową, melodyjną i nasyconą indywidualnym uderzeniem z łapy (np. częste vibrato, akcentowanie, choć tu nie gra tak agresywnie). No i jest (niewieśniacka) solówka. BUK! 

* Na płycie „Graceland” tak naprawdę gra afrykański bassman Bakithi Kumalo i jego vibe jest doskonały. Posłuchajcie bezprogowca w „Boy in the Bubble”