niedziela, 16 listopada 2014

85. Pippin: Kristen, The Secret Map


Ocena: * * * * ¼
 
Na płycie „The Secret Map” jest pięć utworów i każdy z nich, słuchany z osobna, dałby ci inne pojęcie o zawartości albumu.
Czy dlatego, że każdy jest z innej bajki? Trochę tak. Czy tym samym mamy do czynienia z kapelą, która nie ma na siebie pomysłu albo pomysłów owych ma za dużo i lawiruje między nimi, ile wlezie, co chwilę zmieniając stylistykę i grając co popadnie? Absolutnie nie. Propozycja Kristen jest zdecydowanie... może nie jednorodna, ale na pewno spójna. Łapiesz te tropy na prawo i lewo – jakiś ambient, postrock czy klimaty spod znaku „Kid A”, a nawet jakieś echa muzycznych tematów z westernów w pierwszych dwóch utworach, nagle dziarski, niemal funkowy przebój ze zwrotką i refrenem, w międzyczasie miga shoegaze, a na koniec jakby Ścianka czy spokojniejsze Sonic Youth – a wszystko nad podziw trzyma się kupy. Aż dziw bierze, że dotąd nazwa Kristen nawet nie obiła mi się o uszy, bo nie dość, że to żadni debiutanci, to jeszcze jawią się, jako zespół bardzo dojrzały i świadomy obranej drogi. Nie próbujmy na siłę robić z chłopaków odkrywców Ameryki – nie przecierają nowych szlaków w muzyce, niczego nowego nie wynaleźli, słuchając „The Secret Map” będziesz miał milion skojarzeń, gdzie i u kogo już podobne dźwięki słyszałeś, ale pożenione jest to wszystko z wdziękiem i pomysłowością. Wolę te dłuższe fragmenty instrumentalne, głos wokalisty Bieli jest nieco zbyt ciepły, ale płyta zdecydowanie daje radę po całości. Mogę sobie tylko wyobrażać (kto by tam szukał filmików w sieci), że koncert potrafi dopiero być prawdziwą ucztą. Będę wypatrywał afiszy.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Utwory instrumentalne, co nie znaczy, że wokal jakiś wybitnie zły.
2. Najgorszy moment: Wokal, ale nie przesadzajmy z tą najgorszością.
3. Analogia z innymi elementami kultury: „Endless Happiness” na koniec płyty nie może nie skojarzyć mi się z „Endless Nameless” na koniec innej płyty.
4. Skojarzenia muzyczne: Ścianka, Lenny Valentino, Sonic Youth, Radiohead.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Każdy utwór do czego innego.
6. Ciekawostka: http://thesecretmap.fr/
7. Na dokładkę okładka: Pobrzmiewa „Unknown Pleasures”.

85. Azbest: Kristen, "The Secret Map"

****1/2
Nigdy nie słyszałem o Kristen.
I mam świadomość, że taka deklaracja prowokuje do postawienia pytania "w którym lodowcu on się uchował?". Jak bowiem ujawnił krótki research, zespół to zasłużony tak stażem jak i dorobkiem. I aż skręcam się ze złości, ze tyle mnie ominęło. Wszak ich najnowsza płyta „The Secret Map” bardzo mi się spodobała.
Bo czy mogła mi się nie spodobać muzyka misternie upleciona z tylu wspaniałych dźwiękowych wątków? Słychać tu przecież Sonic Youth z czasów ich największej świetności. Można napawać się szorstką świeżością noise rocka. Jest też i post-rock – ten fajny, jeszcze z czasów nim ta etykietka stała się obelgą. Można by mnożyć skojarzenia i rzucać nazwami, ale ważne jest, że zespół gra to po swojemu. Zero kalkowania, zżynania, epigonii. Wszystko zagrane naturalnie i we własnym stylu. I różnorodnie – na płycie nie znajdzie się dwóch podobnych numerów. Odbywając tę podróż uchem po mapie zaczniemy na powoli budujący się kolaż ambientu z hałaśliwymi, glitchowymi ozdobnikami. Później trafi się i transowe, motoryczne granie i natkniemy się na leniwie snute dźwięki. Odpoczniemy przy łagodnej piosence. Usłyszymy nawet nerwowym funkowy groove przyjemnie kojarzący się z postpunkowymi eksperymentami The Pop Group, Gang of Four czy Jamesa Chance. Co ciekawe ta niejednorodność jest wyjątkowo spójna. Mimo, że każdy utwór z innej jest parafii, wybornie składają się w fascynującą całość. Tyle dobrego i o radości – trwa jedynie 35 minut. Pozostawia słuchacza z takim niedosytem, że aż chce się posłuchać raz jeszcze.
Oczywiście nie byłbym sobą gdybym nie znalazł powodu do marudzenia nawet przy okazji pisania o jednym z kandydatów na płytę roku. Umieszczenie jako pierwszego utworu na płycie "Upward Beyond the Onstreaming, It Mooned" zakrawa na sabotaż. Ponad dziewięciominutowy i mało przebojowy (delikatnie pisząc) utwór może odstraszać mniej zdeterminowanych słuchaczy. Choć po prawdzie to nigdy nie nagrałem płyty tak dobrej jak "The Secret map" więc co ja mogę wiedzieć o tym sporcie.
Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: „2 A.M.” oraz transik w „Endless Happiness„ 
2. Najgorszy moment: Układ utworów. 
3. Analogia z innymi elementami kultury: Czytanie w BRUMie o tych wszystkich fajnych zespołach, których płyt jakoś nie mogłem znaleźć w pobliskim sklepie muzycznym. 
4. Skojarzenia muzyczne: post rock, noise rock, math rock. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Listopad 2014 
6. Ciekawostka: płytę wieńczy "Endless Happines", a "Nevermind” kończyło "Endless Nameless". Przypadek? 
7. Na dokładkę okładka: Nie jestem pewien o co tu chodzi, ale podoba mi się.

85. Basik: Kristen, "The Secret Map"



Ocena: * * * 2/3

Znasz takie historie? Kumple ciągną Cię na zajebisty gig w czwartek wieczorem, ale ty nie możesz. Bo praca, bo nadgodziny, bo obowiązek, bo odpowiedzialność, bo logistycznie nie da rady. Smutek. Na drugi dzień dowiadujesz się, że koncert total i grubo pozamiatane, więc tzw. jesień murowana. Znasz to? Mam nadzieję, że nie. W każdym razie, mogłem się tego spodziewać, bo Kristen widziałem już na żywca pod koniec 2011 r. w Re. Cytując samego siebie „Miazga, kurwa!”. Tak było wtedy. Set rozpoczęły głośne shoegaze’owe odloty zapatrzonego we własne obuwie Rychlickiego i Szpury (Kto grał na drugim wieśle? Zapomniałem!). Potem słodziutki (fuj) i zwiewny (fuj, fuj) set solowy Bieli (na szczęście krótki) i na finał Krystyna czarująca gdzieś pomiędzy tym, co Rychlicki/Szpura i Biela. Wyszedłem rozgrzany niczym supernowa. Wspominam do dziś. „An Accident”, które promowali wówczas było sympatyczne, choć do odsłony na żywca się nie umywa. Tym razem, przy recenzji „The Secret Map” przychodzi mi wyzbyć się z żalem kontekstu koncertowego, bo wiem, że to jednak nie to samo. O tym wspomni pewnie ktoś inny, trzeba skupić się na albumie. 
Można powiedzieć, że na „The Secret Map” mamy maleńką rewolucję. W czasach „An Accident” Kristen balansowało gdzieś pomiędzy skrajnościami, średnio zmielonym nojzem (esionem, hehe!) a delikatnością. Dziś drapanie poszło w odstawkę i zespół ruszył w kierunku drugiego bieguna. Nie pierwszy to przypadek w historii grupy, ale tym razem jest inaczej. Pierwszy numer z płyty o bardzo długim tytule to delikatny, wolno rozwijający się instrumentalny ambient. Z niego wyłania się nieśmiało utwór numer dwa - piosenka, ale eksperymentalna, odległa od muzyki rockowej. W samym środku jest nieco odważniej. „The Music Will Soothe Me” to rasowy przebój. Taneczny puls oparty na tłustym brzmieniu fendera baritone, chwytliwy refren a w drugiej części całość podbita jest dodatkowo gitarowym zgiełkiem Rychlickiego. Prawdziwe mini-arcydzieło, którego i tak żadne radio nie zauważy (a może się mylę?). Piosenka czwarta – tytułowa – powrót do łagodnych klimatów, „puchnących” na post – rockowy sposób, ale daleki na szczęście od beznamiętnego pitolenia Sigur Ros. Finał instrumentalny tak jak początek, ale już bardziej konkretnie. 11 minut hipnotyzującej i ciepłej psychodelii. 
Przyznaję, że zaskakująco rozwija się ten album. Powoli wznosi się (pierwsze trzy), potem opada (cztery) i stabilizuje (pięć). Tak właśnie „geometrycznie” to czuję. Traktuję, jako całość a nie zbiór kawałków nawet, jeśli koncepcyjny charakter płyty to najprawdopodobniej przypadek. Muzycznie to chyba najbardziej przystępna płyta zespołu, ale też dojrzała, oryginalna i supersympatyczna w swojej prostocie.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Synestezje geometryczne podczas odsłuchu. Płyta jako całość. Koncert.
2.Najgorszy moment: Nie przepadam za tą słodziutką, nieśmiałą i „uroczą” manierą wokalną Bieli, na szczęście tutaj śpiewa w ten sposób tylko w utworze tytułowym. Jestem w stanie to przeżyć. Ponad to, na koncertach ta muzyka jest zawsze lepsza.
3. Analogia z innymi element kultury: polski underground, który jest nadal niedoceniony i świetny (mimo funkcjonowania w nim miliona gównianych zespołów punkowych czy fryzjerskiego pseudo-rocka).
4. Skojarzenia muzyczne: W Endless Happiness, za każdym razem, gdy wchodzi wiosło mam wrażenie, że zagrają zaraz fragment „Then She Did” Jane’s Addiction
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: jedzenia szpinaku z czosnkiem, goździkami i pieprzem w dużych ilościach.
6. Ciekawostka: Wracają w stanie euforii z koncertu w listopadzie 2011r. parę przecznic od klubu zorientowałem się, że nie mam zakupionej przed chwilą płyty, i że musiała mi gdzieś wypaść. Wróciłem i znalazłem ją na środku skrzyżowania Tomasza i Krzyża i w ostatniej chwili wytargałem spod kół nadjeżdżającej taksówki. Wiem opowiadałem tą historię sto razy.
7. Na dokładkę okładka: Za bardzo kanciasta jak na zawartość.

85. pilot kameleon: Kristen, The Secret Map












****2/3

Działanie tej płyty jest zaskakujące. Rozpuszcza się w organizmie bardzo powoli. Tak, jak powoli się rozpędza jej zawartość. Kropla po kropli, dźwięk po dźwięku, zauroczenie wzrasta z każdą chwilą, choć na samym początku jest bardzo ostrożnie. Mój odbiór został jednak przyspieszony rewelacyjnym koncertem, który Kristen dało 2 października w krakowskim klubie Re. To właśnie tam dźwięk rozpuścił się w moim organizmie i zespolił się ze wszystkimi moimi tkankami. Nie można go już wypłukać.
Materiał zaczyna się od klimatycznych trzasków i miarowych dźwięków gitary. "Upward, Beyond The Onstreaming, It Mooned" narasta bardzo powili. Minimalizm rośnie w uszach i wcale nie próbuje uzyskać piosenkowych ram. Dźwięki są rozlane, kapią, sączą się. Z szumów i hałasów tworzą obraz bez ram, który najbardziej intensywny jest w środku. "2 A.M." to trochę inne terytorium. Taka zepsuta piosenka, z odrealnionym głosem Bieli, który nie przypomina samego siebie. Lekka oniryka, zaspany psychodelik z bardzo miarowym pulsem i drapaniem w gitarowe struny. Normalność (?!) pojawia się dopiero w samym środku płyty. "Music Will Soothe Me" uwodzi funkowym groovem. Pulsuje, jest uwodzicielski, ale nie wdzięczy się bezczelnie. Tu także są zgrzyty i piski. Tkanka płyty bezlitośnie obrasta również ten kawałek. Kompozycja tytułowa trzyma się piosenkowych ram. Drapanie, sprzężenia, dysonans wypływa tutaj dopiero w połowie utworu – śpiew i pianino trzymają się melodii, reszta dygocze, próbuje się oswobodzić, złamać harmonię. Bracia Rychliccy ciągną do rozpadu, Biela dąży do zjednoczenia. Ten dysonans dwóch elementów jest kluczowy nie tylko dla tej kompozycji, ale pewnie i dla całego zespołu. Potężny finał w postaci "Endless Happiness" przywodzi na myśl początkowe dźwięki. Udało się zapętlić nastrój poprzez doskonałą dramaturgię. Swobodna improwizacja odlatuje w kosmos. Płynie daleko i warto dać się porwać temu nurtowi.
Do ekscytującej zawartości dorzućmy fenomenalną produkcję. Szczegółową, pełną detali, ale też niezwykle soczystą i bardzo organiczną, która pozwala odczuć bliskość zespołu. Przy odsłuchu warto odkręcić gałkę głośności, żeby sound miał możliwość brzmieć. Wtedy smakuje najlepiej.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Czyżby to była najlepsza polska płyta roku 2014?
2. Najgorszy moment: Płyta wydana została w digipacku. Goła płyta została wsunięta w tekturę. Pierwsze wyciągnięcie płyty z kartonika wystarczyło, by zmasakrować dysk. Ja wiem, że tektura taka super, ale do licha, czy nikt nie zauważa, że jest kompletnie niepraktyczna, a nawet szkodliwa? No ale kto jeszcze kupuje płyty?!
3. Analogia z innymi elementami kultury: Odbieram ten zespół przez pryzmat małych klubów, niewielkiej publiczności, bliskości z muzyką. W otwartej festiwalowych okolicznościach widziałem ich raz. To są emocje i dźwięki, które najlepiej pracują w zamkniętej niewielkiej przestrzeni.
4. Skojarzenia muzyczne: Kristen. Nie mogę ich porównywać do innych formacji, bo tak się nie godzi.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wieczornego słuchania. Trzeba usiąść i słuchać.
6. Ciekawostka: 1. Kristen supportował kiedyś Sweep The Leg Johnny. 2. Michał Biela jest na koncertach zawsze uroczo zabawny.
7. Na dokładkę okładka: Dostojna czerń dodaje elegancji.

sobota, 1 listopada 2014

84. Pippin: John Coltrane, Lush Life


Ocena: * * *
 
Że mam problem z pisaniem o jazzie – już wspominałem. Ale problem ów jest głębszy. Nie jest on bowiem problemem z pisaniem o jazzie, tylko problemem z analizą jazzu. Z rzetelnym (albo i nie), rozumowym, analitycznym rozłożeniem na czynniki pierwsze muzyki spod znaku, dajmy na to, Coltrane'a. Gdy brak prostych struktur kompozycyjnych (i to niekoniecznie spod znaku zwrotka-refren), gdy tak wielką rolę pełni improwizacja – jak to zbadać, jak to zmierzyć? Jak racjonalnie wytłumaczyć, że „Kind of Blue” Milesa to album dziejowy? Czym różni się on dla laika od milionów innych jazzowych propozycji? Siedzi gość i napieprza w trąbkę (saksofon, klarnet itp.), sekcja rytmiczna czasem jest, czasem jej nie ma... I tyle. Przecież ten jazz to wszędzie jest taki sam.
Taki Coltrane na ten przykład to w samym 1961 wydał cztery płyty. I to „oficjalne”, a „Lush Life” nie do końca do takowych należy. Jak to tłumaczyć? Że gość wydaje wszystko, co tylko spłynie mu spod ustnika? Że każda płyta inna, o czym innym i w innym stylu i pokazać ją ludziom trzeba? „Lush Life” posklejano z trzech różnych sesji Coltrane'a i zaprzyjaźnionych (stop – czy ja tam zresztą wiem, czy faktycznie zaprzyjaźnionych?) muzyków (na każdej sesji innych) na przestrzeni ośmiu miesięcy i to kilka lat wcześniej. Ale czy słyszycie różnice? Dla mnie równie dobrze mogliby to nagrać w godzinę na żywo (na setkę, jak to mówią w rocku). Stanąć w studiu czy knajpie, wpaść w ten swój trans i grać. Bo jazz nieodmiennie kojarzy mi się z transem. Z muzyką nie do analizowania, która płynie w tle i wywołuje takie czy inne emocje – nudę, niepokój, podekscytowanie, przytłoczenie, relaksik. Przy „Lush Life” dominuje relaksik właśnie. Podsumowując kilkanaście powyższych zdań – słucha się miło, ale w zrozumiały sposób Wam nie wytłumaczę, dlaczego „A Love Supreme” ma pięć gwiazdek, a „Lush Life” ledwie mocne trzy.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Sobotnie popołudnie.
2. Najgorszy moment: Poniedziałkowy poranek.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Ładnie Wam to wytłumaczy strona jazzstandards.com. Historia utworu (wcale nie autorstwa Coltrane'a), najbardziej znane wersje, wykorzystanie w filmach itp.
4. Skojarzenia muzyczne: Czy pod koniec „Trane's slow Blues” nie miga Wam jakby „Kiedy byłem małym chłopcem”?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Sobotnie popołudnie.
6. Ciekawostka: Simpsonowie mieli kota o imieniu Coltrane.
7. Na dokładkę okładka: Nie ominął go w życiu okres posiadania pod nosem, jak to nazywa kumpel, gnoja.

84. pilot kameleon: John Coltrane, Lush Life

***
Trudna sprawa z tym wczesnym Coltranem. Dać niską ocenę? Nie godzi się, wszak to Mistrz. Dać wysoką? Człowek nawet jakby chciał, to nie może, bo serce boli. A nie da się przecież wycisnąć z tego krążka takiego soku, jaki by się chciało.
Odpuszczę sobie pisanie o przypadkowości "Lush Life" i omawianie ewolucji dorobku Coltrane'a. Wiadomo, że Prestige, że Blue Note, że Atlantic, a następnie kluczowy Impulse!... No właśnie, odpuszczę sobie. Jesteśmy w roku 1957 i 1958. Mamy przed uszami wspaniały przykład tego, jak wyglądały początki solowej działalności Johna Coltrane'a. Do nagrania "Kind Of Blue" został jeszcze rok. Ale to dobry kierunek, by wskazać kilka różnic. Na "Lush Life" Trane w dużo skromniejszym składzie idzie w tą samą stronę co Miles. Stonowana, delikatna przygoda na "Lush Life" rozgrywa się jednak w inny sposób niż wspomniany klasyk. W porównaniu z "Kind Of Blue" brakuje tu rozmachu, brakuje wpadajacych w ucho tematów, brakuje jednolitego organizmu w postaci naoliwionego składu, jest za to morze liryczności, jazzowej ballady, klimatu zadymionej knajpy. Dorzucić jeszcze wokalistę i byłby komplet. Ghrrr... Nie ma jednak tak, że jest golizna kompletna. Album jest spójny, a Trane jest całkowicie ukształtowany. Brakuje jeszcze kilku szlifów, by zrobić krok dalej. Ten okres u Trane'a to oczywiście również czas szukania, szperania, sprawdzania się w standardach, docierania się, ale rozgrywa się on na innych płaszczyznach niż przyzwyczailiśmy się w przypadku tego muzyka. Próżno jednak szukać tu tego wizjonerstwa, które później wywinduje Trane'a na szczyt hierarchii jazzowej, gdzie króluje nowatorstwo i awangarda. Mnie to do końca nie przekonuje. Nie wciąga, nie zasysa, choć nie wzdrygam się na myśl, że muszę tego słuchać. Za to z pewnością rzesze osób grających standardy jazzowe, ludzi słuchających tylko "klasycznego jazzu" będzie wniebowzięta. Basik też jest wniebowzięty. Bo to jest TO! Cieszę się ich szczęściem, a sam znikam za zakrętem z napisem "Impulse!".

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Przejście Trane'a do wytwórni Impulse!
2. Najgorszy moment: Słuchałem tej płyty dziesiątki razy. I zawsze wierzę, że właśnie TEN kolejny odsłuch mnie złamie. Póki co żaden nie złamał.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Jest słodko, ale nie ma się co oszukiwać, musi być heroina, muszą być dziwy, musi być hazard. Nie ma pierdolenia się. A właściwie to jest.
4. Skojarzenia muzyczne: Trane to Trane, ale bardzej przychodzi na myśl jazz lat 50. [Co kurwa oczywiścieni nie jest dzwne – przypis mój, wykonany po przeczytaniu tego com napisał...]
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: W sumie to uniwersalna muza. Można, rano, można przed snem, zawsze można. Ale czy trzeba?
6. Ciekawostka: Moja ciekawostka jest taka, że do tej płyty Trane'a wracam najczęściej. Z różnych względów. Czasem Basik mi każe, czasem Basia, czasem sam się zmuszam. A ja ulegam. Sobie i im.
7. Na dokładkę okładka: Zwróciliście uwagę na ten wspaniały wąs?

84. Azbest: John Coltrane, "Lush Life"


 ***1/2

Kwiecień 1957 był dla Johna Coltrane ważnym momentem. Wydarzyły się wówczas dwie rzeczy, które skierowały jego życie na inne tory. Po pierwsze Davis nie mogąc już znieść jego nałogu wykopał go z zespołu. Po drugie wytwórnia Prestige zaoferowała mu kontrakt. O ile romans z opiatami udało mu się niebawem przerwać, o tyle cyrograf był bardziej trwały. Warunki były proste - miał dostarczać materiału na 3 albumy rocznie i inkasować za każdy 300$ (źródła milczą czy musiał się podpisać własną krwią). Z wydajnością nie miał problemu - ponad 10 sesji w ciągu półtora roku. Dla Prestige okazało się to doskonała inwestycją. Trane niebawem stał się sławny. Płyty takie jak nagrany z Davisem "Kind of Blue" czy solowe "Blue Train", „Gians Steps" i przede wszystkim "My Favourite Things" uczyniły z niego gwiazdę pierwszej wielkości. Prestige postanowiło wykorzystać sytuacje i niebawem zaczęli żąć tam gdzie posiali. W trakcie trwania kontraktu wydali mu 4 płyty. W ciągu kolejnych 7 (gdy był podpisany w Atlantic, a potem Impulse!) rzucili na rynek kolejne 11. Jednym tych albumów jest wydany w 1961 „Lush Life”.
Mam wrażenie, że Coltrane obecnie najbardziej ceniony jest za swoje późniejsze płyty, a przecież jego wczesna twórczość też ma swe uroki. Inne to granie, mniej imponujące, ale przecież klasowe, żadne tam wprawki przed "dziełem". Sam częściej słucham jego początków choć wielbię „Meditations”. Oczywiście rodzi się pytanie o jakość „Lush Life”. Z jednej strony poklejono go z odpadków, Z drugiej strony jedna pierwszych płyt z serii więc jest szansa na jeszcze niezgorszy sort. I jak można się było spodziewać, ballady we wczesnocoltrane'owskim wydaniu. Spokojne, bardzo spokojne granie. Te łagodne dźwięki działają wręcz kojąco. W dodatku płyta jest całkiem spójna jak na efekt trzech różnych sesji nagraniowych w różnych składach – od tria do kwintetu. A składy były na tyle zróżnicowane, że jedynym muzykiem obecnym na wszystkich był sam JC. Warto tu dodać, że udało mu się zebrać kilka uznanych nazwisk - grają m.in. Donald Byrd czy Red Garland i Paul Chambers z którymi pogrywał u Davisa.
Coltrane nagrywał zacne rzeczy nawet na autopilocie. Wyszła mu (a raczej wytwórni) odprężająca płyta, idealna do odpoczynku, ale w pewnym momencie może to uśpić. Niestety brakuje tu czegoś szczególnego co mogłoby sprawić, że zaabsorbuje słuchacza i zapadnie mu w pamięć. Na szczęście płyta nie jest zbyt długa, bo mogłaby znużyć. Dla porównania wydany przez Blue Note „Blue Train” jest o klasę lepszy. A został nagrany praktycznie w tym samym czasie – połowa materiału na „Lush Life” pochodzi z sesji o miesiąc poprzedzającej „Blue Train”. I to właśnie tę druga płytę poleciłbym komuś szukającemu bardziej reprezentatywny pokazu ówczesnych możliwości Trane'a.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jakoś nic zbytnie nie odstaje na minus. Ok, tytułowy z tą trąbą nawet niczego sobie.
2. Najgorszy moment: Jakoś nic zbytnie nie odstaje na plus.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Kult "Muj Wydafca"
4. Skojarzenia muzyczne: Już na tym etapie to innych porównywano do niego.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wczesny Coltrane zawsze mi pasował do gotowania. Czyli relaks generalnie.
6. Ciekawostka: Prestige potrafili zrobić użytek z zasobów. Ta sama płyta została wydana również jako "Like Someone In Love" - ten sam układ utworów, nawet to samo zdjęcie na okładce.
7. Na dokładkę okładka: O właśnie - zawsze się zastanawiałem czemu na zdjęciach mia taką zafrasowaną minę. Ten kontrakt z Prestige wiele by wyjaśniał.

84. Basik: John Coltrane, "Lush Life"

John Coltrane - Lush Life

Ocena: * * * * 1/2

Gdyby patrzeć na surowe fakty, ta płyta przegrywa wszystko. Kompilacja nagrań ze studia Rudy’ego Van Geldera z lat 1957-58 została wydana bez zgody Coltrane’a, dodatkowo w okresie gdy sam lider zaczynał odpływać w zupełnie inne muzyczne rejony. Zamiary wydawnicze wytwórni Prestige, jednoznaczne – zarobić jak najwięcej baksów. Znane nazwisko, łatwy materiał równa się odgłos nadjeżdżającej ciężarówki ze szmalem. Proste. O samej atmosferze nagrań może świadczyć fakt, że gdy do studia nie dojechał pianista, nie przerwano nagrań i wymuszono na zespole zarejestrowanie materiału jako trio. Czarną wisienką na torcie dla niektórych będzie to, że jest tutaj tylko jeden autorski utwór Coltrane’a a wszystkie to klasyczne jazzowe ballady. "Jazzowe ballady" -  zaklęcie, dzięki którym fani awangardowego i mistycznego Trane’a zamieniają się w atomowe grzyby.
To wszystko w teorii. Po odpaleniu albumu, wszystko odwraca się do góry nogami. Brak pianisty w trzech pierwszych utworach zostawia sporą przestrzeń do wypełnienia. W jego miejsce od razu wskakuje sax i to właśnie głównie Coltrane’a słuchamy przez 36 minut Lush Life. Tego soundu, nie da się pomylić z nikim innym. W tym czasie już w pełni dojrzałego, absolutnie rozwalającego barwą i intonacją. Ciężko oderwać uszy od tych wciągających zawijasów, subtelnych ornamentów, opadających i wspinających się fraz. W tle luzacko swinguje sekcja rytmiczna, tylko od czasu do czasu zasunie czymś solidniejszym, jak na przykład mocarnym walkingiem basowym w „I Love You” albo w otwarciu „Trane’s Slo Blues”. Najważniejszym utworem albumu jest numer tytułowy, już „na bogato” bo z pianistą i solem trąbki. Lush Life rozlewa się po całym ciele niczym łyk mocnego alkoholu. Odpręża, prostuje myśli. Tak, to jest wykon absolutny. Album kończy jeszcze „I Hear a Rahpsody” ale to już tylko epilog i dodatek.
Nie wiem czym kierowano się przy doborze materiału i na ile zadziałał tu przypadek, ale dla mnie jest to płyta zaskakująco spójna i posiada swoją własną dramaturgie jako cały album. Na tle materiału złożonego z gładkich standardów (i jednego bluesa Coltrane’a) błyszczy olśniewające wykonanie, pełne niuansów w których mogę rozkoszować się bez końca. Najlepiej właśnie z jakąś szklaneczką rudej, w atmosferze odprężenia, ale też lekkiej melancholii i zadumy. Cenię bardzo albumy nagrane dla Impulse!, uwielbiam późniejsze odloty w kosmos ale czasem wolę pozostać na dole i pooglądać gwiazdy z Ziemi.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Lush Life"
2. Najgorszy moment: Moje nieskuteczne próby przekonania Pilota do tej płyty. On ma już dosyć, czuje to.
3. Analogia z innymi element kultury: miasto, nocne życie, kluby, kawiarnie, alkohol.
4. Skojarzenia muzyczne: Proszę posłuchać wstępu do „Mojego Dżezu” Kur. To jest temat z Trane’s Slo Blues.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: patrz pkt.3
6. Ciekawostka: Trane’s Slo Blues wcale nie jest tu taki „Slo”. Wolniejszy „take” z tej sesji znalazł się na kompilacji z 1965r. „The Last Trane”. Utwór „Lush Life” został nagrany ponownie w 1963r. już dla Impulse! na płycie z wokalistą Johnnym Hartmanem.
7. Na dokładkę okładka: Mistrz.

czwartek, 16 października 2014

83. Azbest: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi, "Tar & Feathers"









 
 
 
****
 
Zapewne to przypadkowa zbieżność, ale tytuł płyty skojarzył mi się z opowiadaniem Edgara Allana Poe "System doktora Smoły i profesora Pierza". By nie psuć zabawy z lektury zdradzając za dużo napisze tylko, że główny bohater ma okazję wysłuchać pewnej kapeli. I nie był zachwycony występem. "Udręczały mnie te rzępoły nieskończoną rozmaitością zgiełków, które miały być muzyką i podobały się widocznie bardzo wszystkim obecnym, prócz mnie jednego". Dodał też, że "Członkowie orkiestry (...) Nie zawsze wprawdzie byli w zgodzie z melodią, lecz mimo to rzępolili z nadludzką energią przez cały czas tego zamętu". I choć jestem fanem Trzaski i łykam bez popitki wszystkie jego płyty, mam przy tym świadomość, że dla wielu zetknięcie z muzyka improwizowaną wzbudza reakcje jak u bohatera Poego.
"Tar & Feathers" to jedna z czterech wydanych w tym roku Trzaski (na razie czterech - piłka jeszcze w grze). I choć taka aktywność to dla niego standard to pod innymi względami płyta dla niego raczej niecodziennego. Nie tylko pierwsze jego wydawnictwo dla Gusstaff Records (w dodatku wytwórnia z jazzem jakoś nie kojarzona), ale również zagrane w nietypowej lokalizacji. Płyta bowiem została zarejestrowana w budapesztańskim klubie A38, umiejscowionym na barce rzecznej. No i rzecz najważniejsza - skład. Nieczęsto jest okazja słuchać go w składzie w 100% środkowoeuropejskim. Żadnych Szwedów, Duńczyków czy innych Anglików – Węgier i dwóch Polaków. No i w tej konfiguracji personalnej nie wydał jeszcze nic.
Dwuosobowa sekcja rytmiczna Pándi (perkusja) i Mazur (bas) nie stanowi tu tylko tła dla solisty. Swoją grą wręcz zdefiniowali charakter koncertu. To, że perkusista odziany był w bluzę Benümb (dla niewtajemniczonych - grindcore'owcy z Kalafiornii) stanowiło pewna wskazówkę – gra gęsto, dynamicznie i potrafi mocno uderzyć. Częściej też wali w membrany niż blachy co dodaje utworom energii. Rafał Mazur zamiast kontrabasu używa akustycznej gitary basowej. Nietypowy wybór jak na free jazz sprawdził się tym przypadku. Choć dźwięk nie jest tak głęboki, to instrument ten lepiej nadaje się do szybkiej gry. Ich gra nie tylko napędza utwory, ale również nadaje im świetnej, nerwowej atmosfery. Trzaska gra po swojemu. Czy wydobywa z saksu jakąś klimatyczna partię czy przeszywający wizg, zawsze z właściwą sobie dawką szorstkiego liryzmu. Skład zaskoczył jak trzeba, muzycy świetnie się zgrali, nikt nie usiłuje zdominować reszty. Przeważają pełne energii utwory w szybkich tempach, ale muzycy dają też słuchaczom kilka chwil wytchnienia w towarzystwie spokojniejszych dźwięków.
Udana płyta, może się spodobać tak amatorom jak słuchaczom mniej otrzaskanym (nomen omen) z muzyka improwizowaną. Również i muzykom musiało to granie przypaść do gustu bo spotkali się w tej samej konfiguracji w półtora roku później (jeśli kto ciekaw, do posłuchania i obejrzenia na Youtube https://www.youtube.com/watch?v=vzB_kTsZiaA), a ponoć szykują również trasę.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Black Ice Crackle"
2. Najgorszy moment: „Bout with Transparent Bottom”. Nie jest to słabe, ale "najmniej przebojowe".
3. Analogia z innymi elementami kultury: Edgar Allan Poe "System doktora Smoły i profesora Pierza"
4. Skojarzenia muzyczne: Chwilami delikatnie kojarzy się z Painkiller.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wczesny Neal Stephenson. Również China Miéville „Dworzec Perdido”.
6. Ciekawostka: Pierwotnie chcieliśmy rzucić tekstami 15.10, miałbym więc pretekst wyskoczyć z ciekawostką, że tego samego dnia w A38 grają Swans. Ale dziś sam nie wiem co napisać.
7. Na dokładkę okładka: Srebrzysta, co jest o tyle dziwne, że płyta jest instrumentalna.

83. Pippin: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi, Tar & Feathers













Ocena: * * 1/2

O czym tu pisać?
Jazz, zwłaszcza tak zwany free jazz, to zjawisko, którego nie tyle nie rozumiem, co nie potrafię analizować. Słucha się – i albo cię bierze, albo nie. I nie ma tu miejsca na mądre wywody i rozkminkę. Więc, powtarzam, bierze albo nie. Tym razem mnie nie wzięło.
Nazwisko Mikołaja Trzaski nie jest mi oczywiście obce, ze znajomością twórczości już gorzej. Być może zaczynanie naszej znajomości od tej płyty nie było szczęśliwym trafem, ale stało się. Póki co się nie polubimy. Usłyszałem kilka nie najkrótszych, rozimprowizowanych utworów, które ciężko od siebie odróżnić. Które praktycznie bez wyjątku składają się z czujnej, interesującej sekcji rytmicznej i wyrzuconego na pierwszy plan saksofonu, bądź instrumentów pokrewnych. Saksofon ów nie gra zaś miłych, pościelowych melodyjek spod znaku „Lily was here” czy „Your latest trick”, lecz atakuje uszy dźwiękami na pozór atonalnymi, piskliwymi, amelodyjnymi i drażniącymi. Jasne, tak grać też trzeba umieć, nie mam zamiaru wierzyć, że owe dźwięki są czysto przypadkowe. Lecz podobne granie, zwłaszcza w takiej ilości zupełnie do mnie nie trafia. Może wkręciłbym się w trans na koncercie (a może uciekłbym po kwadransie – kto wie?), ale na słuchanie z płyty nie mam siły. W zupełności zadowoliłbym się jednym utworem – dowolnym, bo różnice między nimi niewielkie.
Zatem dwie i pół gwiazdki za sekcję rytmiczną. A resztę zostawiam znawcom, sympatykom i koneserom.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jako się rzekło, perkusja i bas.
2. Najgorszy moment: Reszta.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Muzyki tej nie zanalogizuję.
4. Skojarzenia muzyczne: Taki drażniący saksofon pojawia się na berlińskich płytach Bowiego, z tym że raczej atakuje pojedynczymi dźwiękami.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wojna podjazdowa z sąsiadem.
6. Ciekawostka: A wiecie, że u Węgrów „s” czyta się „sz” i odwrotnie?
7. Na dokładkę okładka: Bruk?

83. pilot kameleon: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi "Tar & Feathers"

***1/2

Niełatwo napisać kilka zgrabnych słów na temat współczesnej płyty jazzowej. Ostatnio na to terytorium wchodziliśmy przy okazji "On The Corner"Milesa Davisa, czyli 200 lat przed Chrystusem. A tam przecież było prościutko, bo dźwięki z tamtej płyty zakodowane były w mocno rockowym języku.
Po co o tym? Ano dlatego, że z płytą "Tar & Feathers" nagraną przez Mikołaja Trzaskę, Rafała Mazura, Balázsa Pándi nie będzie już tak prosto. Trio jest zanurzone w gęstym free jazzowym graniu. Spokojnie, wszystko się ładnie skleja, bo muzycy wzajemnie się słuchają i pilnują, by nikt nie zniknął za horyzontem. Skleja się też dlatego, że ich granie jest tak gęste, że wszystkie cząstki są do siebie bardzo mocno przytulone. O jakichkolwiek prześwitach nie ma mowy. Oczywiście, w wolniejszych i bardziej lirycznych fragmentach okno się otwiera i wpada trochę powietrza. Częściej jednak z głośnika wylatuje gęste, ciężkie jazzowe polsko-węgierskie ciasto, które spadając na podłogę robi w niej sporej wielkości dziurę. I kto jest za to odpowiedzialny? Przede wszystkim sekcja. Świetny akustyczny bas, którego pochody, choć fragmentami szalone, to jednak są bardzo przemyślane. Bębny są gęste, czasem nawet zahaczające o jakieś rockowe tereny. Dominuje mocne i zdecydowane uderzenie. Tak właśnie urabia się ciasto o konsystencji gliny. A Trzaska? Ten charakterystyczny styl jest rozpoznawalny po ledwie kilku dźwiękach. Ugniata on od góry owo ciasto, kondensuje je na innej płaszczyźnie. Wspaniałość. No i nazwisko... Trzaska. Nie ma lepszego nazwiska dla saksofonisty.
Końcowa nota wychodzi zgrabna, ale nie można mówić o euforii. Dlaczego? W wydaniu koncertowym to z pewnością roznosi słuchacza. W wydaniu płytowych staje się nieco monotonne, nie daje punktu zaczepienia. I to też może się podobać, ale ja obrywam za to pół gwiazdki. Nie zmienia to jednak faktu, że album należy zagrać, bo to zdrowe i odświeżające granie.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Gęstość muzyki.
2. Najgorszy moment: W tej gęstości brak miejsc, gdzie coś mogłoby się wytrącić.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Szkoda, że nie kumasz jazzu.
4. Skojarzenia muzyczne: Pomimo lewitacji w kierunku free to wszystko ma dla mnie tutaj posmak szalonego rocka.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Miliardowa kolaboracja jazzowa.
6. Ciekawostka: Następna mila to też będzie jazz. Cieszycie się?
7. Na dokładkę okładka: Uświadomiłem sobie teraz, że obcuję z płytą tylko i wyłącznie w formacie cyfrowym. Nie mam pojęcia jak wygląda projekt graficzny, co jest na kopercie, co w środku. Jednak te dzisiejsze czasy, pomimo wielu atutów, sprawiają, że działania artysty są odbierane fragmentarycznie.

82. Basik: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi "Tar & Feathers"


Ocena: * * * 1/2

Pewien niezwykle inteligentny i zabawny artysta powiedział: „Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury”*. Można by dodać, że sentencja jest trafna szczególnie w przypadku współczesnego free – jazzu. Dla fanów „otrzaskanych” w tego typu dźwiękach, w tych wszystkich Vandermarkach, Gustafssonach i Zornach nie trzeba zbyt wiele wyjaśnień. Niniejsza płytę koncertową trio Trzaska-Mazur-Pándi otwiera jednak klasyczny wstęp niczym z „Meditations” Coltrane’a. Mocny i zwięzły temat saksofonu na tle gęstego pandemonium perkusyjnego. Podobny tłusty nakurw, tyle że już z niegrzecznym saksofonem będzie rządzić materiałem niemal do końca. Od czasu do czasu przelecimy przez różne klimaty. Momentami bardziej liryczne oraz „ilustracyjne” („Patter Of Seagulls”). Są też tu jakieś zajawki melodii (solo Trzaski w „Bout with Transparent Bottom”) albo śladowy groove (jak z Two Bands and a Legend w „Black Ice Crackle”) czy typowo koncertowe patenty, gdzie ten czy inny instrumentalista ma (krótką) chwilę dla siebie (Mazur solo w „Black Ice Crackle”). Kwintesencją materiału jest jednak dzika i gęsta jazda z rozwrzeszczanym, znerwicowanym altem (i klarnetem basowym) Miko na przedzie. 
Co wyróżnia materiał, poza rozpoznawalna ekspresją Trzaski? To na pewno dwaj pozostali instrumentaliści i dosyć niezwykła lokalizacja samego koncertu. O Pándim wiadomo, że nie jest mu obca ciężka metalowa szkoła gry na bębnach podobnie jak eksperymenty. W kontekście „Tar and Feathers” to trochę zbędne fakty bo Balázs wcale nie grzeje tu niczym Mick Harris. W improwizacji natomiast czuje się świetne. Gra gęsto, nisko i swobodnie dzięki wszechstronnym umiejętnościom. Rafał Mazur prezentuje niezwykle oryginalne podejście do akustycznego basu, wychodzące poza granice harmonii i melodii. Szybkie przeloty wzdłuż i w poprzek gryfu (jak również rytmu i linii saksofonu) wydobywają bardziej perkusyjną naturę instrumentu. Bulgotanie, skrzypienie, skrobanie i inne dziwaczne odgłosy. Zadziwiająco dobrze klei się to z kotłowaniem perkusisty oraz chaotycznie falującymi frazami Trzaski. 
Wyobrażam sobie, że uczestnicy koncertu słuchając tych odlotów tria mogli zapomnieć, że znajdują się na statku przy brzegu spokojnego Dunaju w centrum Budapesztu. Bo to, co podpowiada muzyka zarejestrowana na „Tar and Feathers” mogłoby się prędzej wydarzyć na otwartym morzu podczas sztormu. Jak wtedy było naprawdę - nie wiem. Jestem pewien jednak, że to nagranie to tylko namiastka prawdziwej przygody jaką niewątpliwie jest żywy kontakt z muzyką Mikołaja Trzaski.

*powiedział kiedyś również, że „Jazz nie umarł, on tylko tak dziwnie pachnie”

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: dużo smoły.
2. Najgorszy moment: za mało pierza.
3. Analogia z innymi element kultury: panierowanie ludzi w smołę i pierzę to mająca początek w zwyczajach morskich metoda karania niegodziwców. Trzymam kciuki, każda moda kiedyś w końcu powróci.
4. Skojarzenia muzyczne: free-jazz, śmiech-mew.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: ostrego strzaskania się.
6. Ciekawostka: W tym roku mewy zaatakowały mieszkańców Słupska i porwały psa. Dobrze, że a) mieszkam na południu, b) nie mam psa c) gołębie nie są tu tak przebiegłe.
7. Na dokładkę okładka: te wgłębienia w betonowej ścianie to prawdopodobny zapis nutowy występu (ZAiKS wymaga ponoć nośników na bazie cementu).