wtorek, 26 listopada 2013

66. pilot kameleon: Falarek Band, Falarek


*****

Skąd to się wzięło? Dobre pytanie... Jest kilka mniej lub ważnych tropów. Zarówno muzycznych, jak i personalnych.
Brylewski jeszcze w latach 80, w zespole T-34 wskakiwał w spodnie muzyki, gdzie syntetyczne bity były bazą. Potem to doświadczenie przekute zostało na płytę "Tehno Terror" Maxa i Kelnera. Daty też wskazują, że były to działania pionierskie: rejestracja w latach 1990-92. U Brylewskiego dość mocno widać w tamtym czasie przejście pomiędzy dwiema dekadami. W ósmej tkwi "Legenda" Armii, częściowo "Cosmopolis" Brygady Kryzys, a w dziewiątej ewidentnie siedzi "1991" Izraela czy wspomniany "Tehno Terror" powstały w wyniku współpracy z Pawłem Kelnerem. Jeszcze moment później był soundtrack do filmu "Słodko-gorzki", gdzie Brylewski już dość ostentacyjnie podał rękę muzyce techno. Wszystkie te historie niejako zapowiadają Falarka, który jest pewnego rodzaju esencją lat 90. Ale to gorzka, nieco późniejsza esencja. Dość wyraźnie widać, że euforia po 89 roku już wyparowała i została tylko bardzo twarda rzeczywistość kapitalistyczna. Zmieniły się realia biznesowe, muzyka rockowa wyraźnie traciła swoje znaczenie masowe i schodziła do niszy. Jeśli doliczymy do tego, że Brylewski opuścił Armię (grudzień 1993), hibernował Brygadę Kryzys (ostatni koncert tamtego wcielenia: 13.12.1994) i rozwiązał Izraela (wyhamowywanie grupy można zaobserwować od 1993 roku, a dwa lata później było już po wszystkim), to mamy już pełnię krajobrazu. Podobnie było z Falą, bębniarzem Falarka – ten bez pardonu został wyrzucony z Houka, ostał mu się tylko ten projekt... Dorzucamy do tego nikomu nieznanego basistę Arkadiusza Antonowicza, Smoka, legendę z Post Regimentu i Subotkiewicza, maga klawiatury znanego z Izraela... Z powyższego akapitu wygląda to, może trochę niesprawiedliwie, na dzieło, które wyszło w dużej mierze spod ręki Brylewskiego. Tak nie jest, ale pewne uproszczenia są tu konieczne.
Tutaj i z tego staje się "Falarek". Muzyka mrocznego miasta, ciemnej nocy rozświetlonej latarniami, ciemnych zaułków, nieznanych, niebezpiecznych przestrzeni, pełna ludzkich niepewności i wątpliwości, wypełniona transem i odlotem. Nie ma tu żadnych ciepłych dźwięków, choć bywa niezwykle poetycko. Jest też dźwiękowa wycieczka w przyszłość. Za pomocą klasycznych środków najłatwiej uzyskać ponadczasową jakość. To raczej muzyka o dość prostej konstrukcji, odpowiednio jednak zgęszczona. Cały szkopuł tkwi jednak również w tym, że wszystko zostało tu odrobinę przekręcone. Najlepiej oddaje to rytmika utworu "Jestem jeż". Kulawa, utykająca, ale nie ograniczająca mobilności. Również miksy stylistyczne pokazują owe przekręcenie. "Jestem jeż" jedzie chorym bluesem, cięte wypokraczone reggae, klub na totalnym kwasie, zza dziesiątej zasłony, z oczami we mgle. Wszystkie muzyczne światy zostają tu zmiksowane. W różnych proporcjach, na różne sposoby, zawsze jednak z tym wewnętrznym transem, który pcha ten album do przodu. Potężna siła metropolii zasysa całą rzeczywistość, ulice nigdy nie pustoszeją, auta nieustannie mkną przed siebie, ludzie nie zasypiają. Pulsująca sinusoida zachowań również jest wyczuwalna. Działanie, jego brak, bieg, postój, nienawiść, obojętność. Efekt jaki zespół osiągnął na tym wydawnictwie moim zdaniem unikalny i nie da się go z niczym porównać. Zarówno w Polsce, jak i na świecie, choć oczywiście pewne tendencje słyszalne w tej muzyce oczywiście uniwersalne i niesione przez ducha tamtych czasów. Warstwa dźwiękowa to jedna strona medalu. Liryka jest tu równie istotna.

Album ma swoją dramaturgię, którą pozwalam sobie tu w uproszczony sposób przedstawić w 10 punktach:
1. Czynimy hałas. Luźny "Freex" bardzo szybko zagarnięty zostaje przez zmierzch, kręcisz się w koło...
2. Rytmiczny, transowy, "krzyżowy", błyski z ekranu TV, z powrotem w krainę dzieciństwa, w towarzystwie duchów unoszących się w powietrzu.
3. Kulminacja hałasu, zgiełku, największa dawka neurozy. A przecież kiedyś trzymaliśmy się za ręce. Punkt krytyczny na płycie, całkowicie zwątpienie w człowieka. Piekło.
4. Oniryczna, transowa droga do domu, próba nawiązania kontaktu z bliską osobą. Monotonna, jednorodna, droga przez diabelskie miasto, droga przez piekło wnętrza. Punkt kulminacyjny płyty. 67 mil. Jeśli tylko chcesz...
5. Zwężenie klepsydry. Trzeba uklęknąć, schylić się, a w końcu zacząć się czołgać. Tylko po to, by przez to przejść, przebić się dalej. Dalej, gdzie to zawsze kończy się i nie ma nic poza Tobą.
6. Z perspektywy gruntu, z perspektywy ściółki jestem jeż. Potem powolne stawanie na nogi.
7. Powtarzalność, próby powrotów do ludzi i sytuacji. Ciebie pragnę spotkać tak jak zawsze.
8. Zwątpienie w człowieka, diagnoza druga. Skąd ta pewność, że nie byłeś kiedyś Hieną?
9. Znów powrót do dzieciństwa. Wnikamy w Stary Świat... Z Wenecji do Domu... Tylko, czy jest jeszcze gdzie wracać?
10. Epicore........................ Światło czy czerń?
Wizja tego świata nie napawa optymizmem. "Primal question – final answer". Droga ze zwątpienia, przez piekło. Tylko do czego? Do kogo? Po co? Ciężko tak żyć, ale choć jest wyjście, to jednak go nie ma.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: możesz to postawić obok "78-81" Kryzysu, "Czarnej Brygady", "1991" Izraela czy "Legendy" Armii. Nie odstaje nawet na milimetr.
2. Najgorszy moment: Znajomość tego albumu w społeczeństwie jest żadna. Tak nie powinno być.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Jak dla mnie to próba podsumowania wszelkich wątpliwości ludzkich przełomu XX i XXI wieku. Jak każda wielka rzecz, będzie aktualna zawsze.
4. Skojarzenia muzyczne: Tylko to i tylko z tym.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nocnego tripu po wielkim mieście.
6. Ciekawostka: Tak, utwór "67 mil" dał nazwę temu blogowi. I jak patrzę na to wszystko z perspektywy tych mil, to wydaje mi się, że lepszej nie mógł dostać.
7. Na dokładkę okładka: Wszystko jest fatamorganą, mirażem, zwidą. Tekst "Klepsydr" może być tu dobrym tropem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza