wtorek, 18 lutego 2014

70. pilot kameleon: Brygada Kryzys, Live In Remont 13 Gruдnia 93

****2/3

Powrót Brygady Kryzys na początku lat 90., z pewnością nie należał do łatwych. Kultowy status zespołu, wysokie oczekiwania publiczności oraz nowa rzeczywistość sprawiały, że nie mógł to być zwykły powrót do świata żywych. Poprzeczka wisiała naprawdę wysoko. Dzisiejsza, ponad dwudziestoletnia perspektywa, pozwala chłodnym okiem przyjrzeć się tamtej sytuacji.
Kultowy status zespołu to nie było coś, co spędzałoby sen z powiek Brylewskiemu i Lipińskiemu. Materiał szykowany na płytę "Cosmopolis" pod względem artystycznym nie ustępował temu, który znalazł się na "Czarnej Brygadzie". Problemem mogło być nastawienie publiczności. Oczekiwania jakie niósł ten powrót były naprawdę wielkie. Inny moment dziejowy sprawił, że wizja zespołu rozminęła się z tym na co czekali słuchacze pamiętający poprzednie wcielenie Brygady Kryzys. Problemem była też nowa rzeczywistość i chyba niechęć do przystosowania się przez zespół do kapitalistycznych realiów. Lata 1991-1994 to konsekwentne zwalnianie tempa, które doprowadziło do trwającej dziewięć lat hibernacji. Dodatkowo Brylewski w tamtym czasie powoli domykał większość swoich projektów. Pisałem o tym szerzej w recenzji Falarka [link].
Brygada Kryzys lat 90 to nie tylko "Cosmopolis". Było coś jeszcze."Live In Remont 93" to dziwna płyta. Powstała właściwie przez przypadek. I taką egzystencją przypadku trwa po dziś dzień. Trochę szkoda, gdyż zasługuje na znacznie więcej. Co prawda jest to wydawnictwo tak marginalne, że niewiele osób o nim pamięta. Wydaje się, że nawet sam zespół również o nim zapomniał. Bo o ile cykliczną imprezę Stanik czasem ktoś wspomni (organizowana w latach 92-94 dokładnie 13 grudnia miała młodzieży przypominać o stanie wojennym), o tyle "Live In Remont 93" jest marginesem tego marginesu. Teoretycznie nie powinno to dziwić, praktycznie jednak zastanawia. Dlaczego? Bo Brygada Kryzys tamtej nocy grała z niesłychaną mocą i artystycznie wygrała wszystko, co można wygrać.
Autentyzm, energia, radość grania. Zespół nie odgrywa materiału studyjnego, bawi go improwizacja, pojawiają się eksperymenty z aranżacjami. Dzięki niesamowitemu wstępowi "Ganja" wydłuża się do ponad sześciu minut, "Nie ma nic" zostaje podane w wersji reggae’owej, "Subway Train" i kilka innych utworów jest cudownie sflangerowanych. Gdzieś w tle "Nie daj się" pojawia się wokaliza Brylewskiego zaczerpnięta z płyty "Tehno Terror" Maxa i Kelnera. Całość ubarwiają śpiewy Vivianny Quarcoo. Właściwie każdy utwór należałoby tutaj wymienić, bo zespół nie odpuszcza nawet na chwilę. Cudownie naoliwiona maszynka koncertowa, gdzie wszystko ma swoje miejsce, ale odpowiedni luz sprawia, że nic nie wydaje się zaprogramowane. Dodatkowo zwraca uwagę produkcja, bardzo przestrzenna i oddająca naturalny sceniczny sound.
Niestety wydawnictwo to tylko urywek tamtego koncertu. Całość trwa sporo poniżej 40 minut, a przecież wiadomo, że zespół dał wtedy o wiele dłuższy koncert. I tutaj można zapytać: a może tak wydać ten materiał na płycie kompaktowej i uzupełnić o resztę utworów wykonanych tego wieczora? A może podwójny winyl? A jeśli nie płyta, to może chociaż wersja cyfrowa? Jeśli się pojawi, zmieniam notę na komplet gwiazdek.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jedna z najlepszych polskich koncertówek.
2. Najgorszy moment: Chcę wszystko, a nie tylko 37 minut.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Koncert powinien przypominać stan wojenny, Jaruzelskiego, pacyfikacje, koksowniki, czas apokalpsy. A mnie przypomina tylko to, jak wielki zespołem była Brygada Kryzys.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: ciągłego słuchania. Potrafię słuchać tego albumu przez kilka dni bez przerwy bez żadnego znudzenia.
6. Ciekawostka: 1. Kiedyś przygotowywałem materiał o zespole The Fotoness. Podczas rozmowy z Tomkiem Lipińskim zapytałem go o losy tej płyty. Marginalność tego wydawnictwa sprawiła, że artysta o nim nie pamiętał. Te cztery milowe recenzje mają na celu przywrócić, a właściwie wprowadzić to wydawnictwo do powszechnej świadomości. 2. Nagrania z tej płyty zostały zmiksowane przez Marka Grzesika, tragicznie zmarłego przyjaciela zespołu. Zespół postanowił je wydać na kasecie w 1996 roku. Całość firmowało studio Gold Rock.
7. Na dokładkę okładka: skromna w środkach bardziej kojarzy się z ascetyczną "Czarną Brygadą" niż breugleowskim "Cosmopolis".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza