środa, 1 stycznia 2014

69. pilot kameleon: 2013

Było jak było. Chyba mniej entuzjastycznie niż w ubiegłym roku. Pod każdym względem. Zabrakło dziejówki na miarę "The Seer", choć skłamałbym, gdybym powiedział, że trzynastka pod względem muzycznym była pechowa. Tak wygląda moja dycha oraz ukryty na końcu ogonek.

1-2. Depeche Mode, Delta Machine
Teoretycznie nie czekałem. Byłem zimny i obojetny. Ale chwyciłem bakcyla, chwyciłem doskonałe piosenki, jakich nie było u nich od dwudziestu lat, chwyciłem soczysty sound i zostałem przeczołgany kilkadziesiąt razy. Dziś już nie słucha się płyt kilkadziesiąt razy, dziś nie kupuje się płyt, dziś wyrokuje się po zajawce. Nic w tym złego, sam to robię. Jestem depeszem. W końcu.

1-2. Nick Cave & The Bad Seeds, Push The Sky Away
Szarpnęliśmy się na milę z wujkiem Mikołajem. Wiele się od tego czasu zmieniło. Mikołaj dojrzewa na membranie, podskórnie się czai, wchodzi, przenika. Stonowany, nerwowy, głęboki. Wszystko dzieje się powoli, dorasta. Ta płyta będzie pęcznieć jeszcze wiele lat.

3. Fire! Orchestra, Exit
To się nie działo. Tego nie miało być. A wynużyła się potężna, rozbudowana historia z saksofonami, postpunkowym basem, szaloną perkusją. Mats objawił się bardzo potężnie i aż dwa razy zaprosił mnie na swoje koncertowe uczty. To dużo. W tym miejscu trzeba również wspomnieć o nieco skromniejszym (Without Noticing). Też jazda obowiązkowa.

4. The Flaming Lips, The Terror 
Narkotyki wracają. W najlepszym stylu. Tak wielkiego odlotu, który byłby tak fascynujący i całkowicie słuchalny to ja proszę Państwa nie zanotowałem od bardzo dawna. The Terror to powiew psychodelicji spowitej najmocniejszym towarem jaki można dostać na rynku. Najlepsze.

5. Boards of Canada, Tomorrow's Harvest
Ten album przegrywa z wieloma tegorocznymi płytami, dla których zabrakło miejsca na tej liście. Obiektywnie. Natomiast Tomorrow's Harvest z pewnością był jedną z najbardziej kulanych przeze mnie płyt ostatnich dwunastu miesięcy. Całe lato grali, sami się włączali, kazali mi się słuchać, pozwalali wnikać, pozwalali na odsłuchy niezobowiązujące. Każde. Dlatego należy się.

6. Queens Of The Stone Age, ... Like Clockwork
J.H. kazał długo czekać na swoje kolejne dzieło. Dobrze. Dzieło niezbyt obszerne. Dobrze. Dzieło najlepsze od kilku lat. Dobrze. 

7. Polvo, Siberia
Tutaj ukrył się mój tegoroczny hit. Tak. Prosty, ładny, wdzięczący, niezobowiązujący, melancholijny, gitarowy. Cała płyta jest nieco inna. Ale tylko trochę.

8. Tomahawk, Oddfellows
Tak, zdaję sobię sprawę z tego, że Patton jest passe... Wszystko jest już kurwa passe, wszystko jest niemodne, wszystko jest do dupy. Takie piosenki też są do dupy. Jak mnie to mało obchodzi...

9. UL/KR, Ament
Wąsy, pretensjonalność, wszystkie podsumowania teogroczne. Moje też. Dziwnie mi się skojarzyli, z Rogalowem Za Siódmą Górą. Podobne wibracje odczuwam. Kierunek: naiwność. Słuszny, bo mało takich historii jest ostatnio w dźwięku.

10. Budzy i Trupia Czaszka, Mor
Gdy milczy Armia każda inna aktywność Budzyńskiego cieszy. To jednak nie jest tak, że na bezrybiu i rak ryba. To nie jest tak, że mam słabość do jego twórczości. To jest tak, że chyba to najbardziej przyładowana fuzzem płyta jaka pojawiła się w Polsce w tym roku. Wrrrrrr.....

Trzeba wspomnieć o kilku rzeczach, które się nie zmieściły, a przecież na lajcie mogłyby być w tej dyszce. Uhonorować trzeba nowe Gorguts, Primitive Man i Nails, nie można zapomieć o świetnym Primal Scream, obłędnym New Model Army i wybornym Pere Ubu. Był też znakomity Jon Hopkins i sporo obiecująca rozbiegówka Swans. A z koncertów? Najbardziej zniszczył wszystko Shofar. Odstawił wszystkich na sto kilometrów. Czyli trochę tego było, trochę fajności również, dobrze jednak, że się skończyło. Nie było za to Bonda. Bond musi być. Bez niego nic nie ma sensu. Żegnam.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza