poniedziałek, 29 kwietnia 2013

52. Azbest: Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine, "White People & the Damage Done"

Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine - White People and the Damage Done
Ocena: * * * 1/2

Po rozpadzie The Clash, muzyka najwyraźniej przestała być priorytetem dla Jello Biafry. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcał gadaniu niż śpiewaniu (trochę czasu poświęcił tez na procesowanie się z eks-kumplami z zespołu). Oczywiście nie zerwał z nią zupełnie. W tym czasie romansował m.in. z Nomeansno, D.O.A. czy Melvins. Nie mniej jednak były to efemerydy – płyta i do widzenia. Najbliższy regularnego składu był Lard zmontowany wraz z obrzydliwcami z Ministry. Do czasu. Obejrzenie urodzinowego koncertu z okazji sześćdziesiątki Iggy Popa podrzuciło mu pomysł na własny zespół wieku średniego. Był to właśnie początek działalności jego Guantanamskiej szkoły medycznej.
"White People and the Damage Done" (Jello od zawsze lubował się w długaśnych tytułach. Z wiekiem mu nie przeszło) to drugi pełnowymiarowy krążek zespołu (po drodze złapali jeszcze minialbum/EPke). I najlepsza, a przy okazji najprzystępniejsza ich odsłona. Porównania z najsłynniejszym zespołem Biafry oczywiście nie da się uniknąć. Trzeba mu jednak oddać, że w odróżnieniu od reszty zespołu (jak sam ich nazywa "the world's greediest karaoke band”) nie oddaje się entuzjastycznemu pochłanianiu własnego ogona. Ta muzyka ma własny charakter – kawałki są wolniejsze, mniej w nich ciężaru, ale więcej melodii. Chwilami robią się bezwstydnie wręcz chwytliwe. Warto tez wspomnieć, że sporą role odgrywa bas, na którym wyżywa się sam Andrew Weiss (Rollins Band! I nie tylko.).
Tekstowo to wciąż zaangażowana, walcząca retoryka w prześmiewczym jak to u Biafry wydaniu ("Everyone was terrified of Doug. (...) He used sarcasm. He knew all the tricks, dramatic irony, metaphor, bathos, puns, parody, litotes and satire."). Obrywają politycy, biznes, media itd. Nie da się jednak ukryć, że jak na jego standardy to mało tu jadu. Ujęło mnie jednak przedstawienie finansistów z Wall Street jako wilkołaków. Odświeżający pomysł – znaczniej mniej oczywisty wybór niż wampiry.
Można trochę kręcić nosem, że płyta na pół gwizdka i zanadto ugładzona, ale słucha się bezboleśnie. I jest to o niebo ciekawsze niż w gatunku melodyjnego punku ma do zaoferowania Green Day chociażby. A na pewno jest duuużo lepsza od żenującej ostatniej płyty The Stooges.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Crapture".
2. Najgorszy moment: "Mid East Peace Process", "Hollywood Goof Disease".
3. Analogia z innymi element kultury: Tytuł płyty kojarzy się oczywiście z Neilem Youngiem.
4. Skojarzenia muzyczne: słychać tu i ówdzie Dead Kennedys.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: wizualizacja ostatecznego krachu systemu korporacji.
6. Ciekawostka: Jeszcze tylko jeden dzień na złożenie PITa. Dasz radę czy czujesz się hardkorem i nie składasz?
7. Na dokładkę okładka: The Return of the Daughter of the Plastic Surgery Disaster.

1 komentarz: