wtorek, 16 kwietnia 2013

51. Pippin: Mudhoney, Vanishing Point




Ocena: * * * 1/2


Marek Oramus, jeden z moich dawnych guru, pisarz i publicysta, powiedział niegdyś, że ma taki sentyment do starej, klasycznej fantastyki naukowej, że wystarczy, iż ktoś zamacha mu przed oczami rakietą, a on od razu jest przeszczęśliwy. Podobnie rzecz ma się ze mną, gdy w grę wchodzi subgatunek muzyczny, określany potocznie jako grunge, sytuowany niegdyś głównie w Seattle i okolicach.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że prawdziwy grunge zdał klucze około roku 1996, a później ciężko w ogóle mówić o dalszym istnieniu gatunku, zwłaszcza w obliczu śmierci Cobaina i Staleya, rozwiązania Soundgarden i rozmaitych zmian stylistycznych w Pearl Jam. Nie jest też tak, że wszystko, co grungem pobrzmiewa, zwłaszcza w wykonaniu okołoSeattlowskich dinozaurów, przyjmuję bezkrytycznie – wystarczy poszukać na naszej stronie recenzji ostatniej płyty Soundgarden. Nie można jednak ignorować ciągle żywego zjawiska, o nazwie Mudhoney.
Bo Mudhoney już ponad ćwierć wieku ma gdzieś, ile lat upłynęło, jaki gatunek kiedy się skończył, a jaki zaczął. Mark Arm, Steve Turner i reszta ekipy właściwie nigdy nie zawiesili działalności i nową płytą raczą nas co kilka lat. Nie serwując przy tym właściwie żadnych zaskoczeń, konsekwentnie grając swoje, czyli tenże umowny grunge, w jego bardziej garażowym, wręcz punkowym, wydaniu. Bez specjalnych przebojów, za to z niesłabnącym szacunkiem amerykańskiej sceny alternatywnej. Na najnowszym „Vanishing Point” też rewolucji nie będzie. Przybrudzony głos Arma podśpiewuje i pokrzykuje, niezbyt czysto zresztą, a Turner serwuje riffy, które równie dobrze powstać mogły dwadzieścia lat temu. Jest kilka nośnych refrenów, jest kilka z lekka psychodelicznych partii gitar, jest zwyczajowy ciężar. Czyli po staremu, co nie zmienia faktu, że całkiem przyjemnie się tego słucha – włączcie sobie choćby otwierający album „Slipping Away”, posłuchajcie tej melodyjki gitary, tych pauz i spokojniejszego interludium na perkusję i wokal albo złapcie ten niemal przebojowy refren „Sing This Song of Joy” czy pokrzykiwanie we wstępie „I Like It Small” – no nie jest fajnie? Brzmienie i ogólne celowe niechlujstwo kieruje skojarzenia głównie w kierunku The Stooges, czyli w sumie – głównie w stronę dotychczasowej kariery Mudhoney. Stąd smutna refleksja – nie wiem, czy ten album zainteresuje młodych słuchaczy rocka, bądź takich, którzy brzmienie Seattle, owszem, lubili, ale potem poszli do przodu, znaleźli sobie nowe trendy i nowych idoli. Mudhoney gra chyba głównie dla garstki starych fanów, dając im dokładnie to, czego od lat oczekują i co co kilka lat dostają.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Wyłapywanie nawiązań do Hendrixa w „I Don’t Remember You”. Ja na razie mam trzy. Kto da więcej?
2. Najgorszy moment: Czy to już zjadanie własnego ogona, czy dopiero za kilka płyt?
3. Analogia z innymi elementami kultury: Łk 7,11-17.
4. Skojarzenia muzyczne: Po rozpadzie Green River Mark Arm i Steve Turner założyli zespół Mudhoney. Posłuchajcie ich, bo fajnie grali. Czy nadal istnieją, nie wiem.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Próba w garażu.
6. Ciekawostka: Green River, poprzedni zespół panów liderów, w latach raczkującego w Polsce Internetu był dla mnie swoistym Świętym Graalem. Michał – pamiętam, że dostałem tę płytę od Ciebie, dzięki!
7. Na dokładkę okładka: Jesteśmy już wykopaliskiem, ale bez obawy – nadal nieźle się trzymamy!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza