poniedziałek, 29 kwietnia 2013

52. Basik: Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine, "White People & the Damage Done"



Ocena: * * * 3/4

Stańczyk. Przeżył panowanie Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta I Starego i Zygmunta II Augusta. Jello Biafra. Zaliczył kadencje Cartera, Reagana, dwóch Bushów, Clintona i Hussajna Obamy II. Zestawienie bohatera słynnego obrazu Matejki z wokalistą kultowego Dead Kennedys nie jest przypadkowe. Biafra to inteligent od lat ganiający po amerykańskiej scenie muzycznej w przebraniu błazna. Punktując patologie demokracji ucieka się do skrajnych szyderstw i bezlitosnych drwin a język ma cięty niczym miecz Damoklesa i brzytwa Ockhama razem wzięte. Po rozpadzie Dead Kennedys i niezłych kolaboracjach z takim legendami jak Nomeansno, Melvins, Ministry czy D.O.A. odnalazł – wydaje się – na stałe pozycję, z której może tryskać wściekłym jadem na światowy establishment. Mowa o Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine.
Płyta “White People & the Damage Done” przynosi muzykę najbardziej zbliżoną do pierwszej formacji lidera z wszystkich nagranych pod szyldem Guantanamo albumów. Tym razem jest prosto i bez odlotów. Dużo wkurwionego i szybkiego punk rocka skrzyżowanego z rock’n’rollowym czadem. Rasowy hc punk odzywa się w „Road Rage” albo w „Mid East Peace Process”. Za echa kennedysowych zagrywek niech świadczy temat gitarowy z „Hollywood Goof Disease”. „John Dillinger” mógłby równie dobrze pojawić się na płycie nagranej z D.O.A. w 1990r. W kwestiach wokalnych jest bardziej melodyjnie i przystępnie niż kiedykolwiek („Schock-U-Py!”, „Crapture”) mimo groteskowej maniery Biafry. Jello (czyli tak naprawdę Eric Boucher) opisuje „White People” jako concept album spojony warstwą tekstową odzwierciedlającą tytuł płyty. Tematyka niezbyt zaskakująca, ale napisana w prześmiewczym tonie Biafry robi genialne wrażenie.
Słowny wpierdol dostaje się bankierom, którzy porównani są do żadnych ludzkiego mięsa bestii, skorumpowanym politykom-przestępcom, środowisku mediów i telewizyjnych celebrytów robiących odbiorcom wodę z mózgu a także sekciarzom czekającym na nadejście swojej apokalipsy. Biafra ma w tym wszystkim dobre wyczucie i odsuwa „politykowania” i ideologię na rzecz bardziej uniwersalnego przekazu osadzonego w tym samym anarchistycznym duchu jak twórczość Dead Kennedys sprzed 30 lat.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Brown Lipstick Parade”, „John Dillinger”, “Warewolves of Wallstreet”, “Road Rage”
2. Najgorszy moment: „Burgers of Wrath” (ale tytuł świetny)
3. Analogia z innymi element kultury: „Occupy!” to ruch społeczny skierowany przeciwko globalnemu kapitalizmowi, korupcji i nierównościom społecznym powstały w USA w 2011r („Shock-U-Py!”)
4. Skojarzenia muzyczne: Biafra lubi sięgać po cytaty. W „Crapture” mamy riff z… „Space Truckin’” Deep Purple. W „Brown Lipstick Parade” bas gra coś podobnego do „Yankee Doodle”, czyli amerykańskiej pieśni z czasów wojny o niepodległość.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: wypełniania PITa.
6. Ciekawostka: „Corruptosaurus Rex” pojawiający się w tekście „Brown Lipstick Parade” to niezwykle drapieżny i skorumpowany dinozaur.
7. Na dokładkę okładka: wygląda jak przestroga Kościoła przed „in vitro”

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza