niedziela, 30 września 2012

35. Azbest, Anal Cunt "I Like It When You Die"

 Anal Cunt - I Like It When You Die

Ocena: * * *
 
Pół setki utworów (nie mam wątpliwości, że to nazbyt łaskawe określenie. Szymanowski się musi w grobie przewracać) w niespełna 38 minut. Anal Cunt rzuca słuchaczowi prosto w twarz szybki i agresywny, ale koszmarnie monotonny grindcore. Niby bezlitosna napierdalanka na całego, a słuchać nie ma czego. 99% materiału to jednostajne młócenie na jeden riff i jedno kopyto. Zmagając się z ta płytą bardzo rzadko natrafia się na jakieś urozmaicenie. Ba, luksusem można nazwać chwile gdy słychać coś co dałoby pretekst do pisania o strukturze utworu.
Ale Anal Cunt to nie tylko muzyka. Ważnym aspektem ich twórczości (?!) jest nietuzinkowe poczucie humoru. Skrzywione, niesmaczne, obraźliwe, niedojrzałe, prymitywne, niestosowne, karygodne ale jednak poczucie humoru. Niegodziwcy wyśmiewają wszystko i wszystkich – począwszy od wąsów perkusisty Incantation (zacny zespół swoją drogą, ale mogliby ruszyć leniwe dupska i nagrać nowa płytę) przez ofiary gwałtów, katastrof lotniczych i chorych na raka, aż po... samych siebie. Jest ostro - z tekstów bije homofobia, antysemityzm, rasism, mizoginia i wszystko co powinno budzić zgorszenie i odrazę każdego komu leżą na sercu rzeczy dobre, ważne i słuszne. Tyle tylko, że niezacności te podane są w takim stężeniu, że trudno przyjąć je na klatę z kamienną twarzą. 
Żeby jednak nie było za wesoło - teksty utworów podane (no kurwa, na „zaśpiewane” się nie odważę) są w absolutnie niezrozumiałej manierze. Cóż – od preferencji słuchacza zależy czy uzna to za największą wadę czy zaletę materiału.
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności formuła zaproponowana przez Anal Cunt mogła posłużyć do stworzenia udanej EPki. Rozdęcie pomysłu ponad miarę do rozmiarów albumu to pomysł karkołomny i o wiele za dużo do zniesienia. Myśl, ze tak brzmi większość ich nie tak skromnej dyskografii jest zbyt potworna by ją rozważać.
Niemniej jednak słuchając „I Like It When You Die” trudno nie przypomnieć sobie niezwykle celnego stwierdzenia nieodżałowanego Jerzego Waldorffa "nie jest tak, że grindcore może być kiepski. Po prostu czasem wódki nie starcza".
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Tytuły utworów. A gdybym miał już wskazać jakiś utwór to wybrałbym coś odróżniającego się od reszty np. "You Look Adopted" albo "You Play on a Softball Team".
2. Najgorszy moment: Monotonia.
3. Analogia z innymi element kultury: kultury – paradne!
4. Skojarzenia muzyczne: muzycznie Brutal Truth bez pomysłów.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Zdobycie Konstantynopola przez IV krucjatę.
6. Ciekawostka: Seth Utham - lider, wokalista i główny kompozytor (buahahaha) w Anal Cunt grał również w Upsidedown Cross. W tym samym zespole na perkusji udzielał się niejaki J Mascis.
7. Na dokładkę okładka: Doskonale koresponduje z zawartością muzyczną.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza