poniedziałek, 17 września 2012

34. pilot kameleon: The Cruel Sea, Three Legged Dog



Ocena: ***

Towar tego skurwysyna, przeżeniona… Morfina.” Zaraz, zaraz, o morfinie Apteka nie śpiewała, nie? Jeśli jednak idzie o nakreślenie terenu, po którym porusza się australijskie The Cruel Sea parafraza kodymowskiego tekstu jest dla mnie strzałem w dychę. Morfina! Morphine! Ale dlaczego przeżeniona? Głos wokalisty lokuje się przecież bardzo blisko ekspresji wokalnej Marka Sandmana. Również nastrój tej muzyki jest zbliżony do dorobku amerykańskiego tria. I to na tyle, że porównań do Morphine nie jestem w stanie odegnać od siebie. Chyba nie tylko ja. Ponawiam pytanie: dlaczego zatem przeżeniona? Kiepski diler? Może nie aż tak, ale towar pierwszej klasy to niestety nie jest. Luźne, lekko jamowe granie wydaje się pozbawione wciągającej treści muzycznej, a utwory nie posiadając cech indywidualnych, zlewają się w jedną całość. Może się podobać, ale szybko dopada mnie jednak znużenie tą muzyką. Ciemna noc, obskurny klub, ale wyrazistości w tym żadnej. Powtarzanie ogranych patentów przez dłuższy czas sprawia, że Morphine odstawia The Cruel Sea na kilka długości. Nie ta klasa jednak. Muzycy australijskiej formacji nie są również na tyle wybitnymi muzykami, by przykuć uwagę słuchacza przez ponad trzy kwadranse. Kolejny zarzut dotyczy rytmiki, która nie groovi tak jak powinna. Jałowy bieg. Jasne, że nie brakuje tu świetnych fragmentów. Gitarka przycina, klawisz ciepło pulsuje, muzyka płynie, niski głos snuje swe opowieści, ale dosłownie chwilę po starcie nuda zaczyna wyłazić spod tej luźnej otoczki.
Wiem, przyczepiłem się jak rzep psiego ogona. Morphine i Morphine... I co z tego? W ostatecznym rozrachunku nie mogę jednak przyznać tej płycie oceny niższej niż trójka. Wszystko jest jak najbardziej poprawne, są fragmenty, choć jednak częściej ich brak. Ale nawet pomimo pewnych braków jest w tej płycie jakiś magnetyzm, który nakazuje przesłuchać płytę do końca. Bezboleśnie. Dobrze, już wystarczy. To co następne?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Pierwsze trzy utwory obiecują naprawdę wiele.
2. Najgorszy moment: Ostatnie dwanaście utworów psuje początkowe, bardzo dobre wrażenie.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Komandor Nicholas John Turney Monsarrat wydał w 1951 roku powieść zatytułowaną  „The Cruel Sea”.
4. Skojarzenia muzyczne: Morphine, ale też i Banyan z ich luźnym podejściem do muzyki. „Just A Man” kojarzy mi się właśnie z solowym projektem perkusisty Jane’s Addiction.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: 1. Speluna późno w nocy. Ale taka australijska lub amerykańska. 2. Można słuchać w pracy. Nikt nie będzie nadstawiał podejrzliwie ucha.
6. Ciekawostka. Zdarzało im się grywać przed największymi. Tak, The Rolling Stones bez wątpienia są najwięksi.
7. Na dokładkę okładka. Trójnoga sabaka jednoznacznie budzi skojarzenie z trzecim długograjem Alice In Chains. Ładna psiuta.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza