poniedziałek, 17 września 2012

34. Pippin: The Cruel Sea, Three Legged Dog



Ocena: * * * 1/2

Bardzo fajne granie.
W angielskiej Wikipedii zespół The Cruel Sea opisany jest jako indierockowy, ale nie przesadzajmy z tym indie zbytnio. Płyta jest bowiem bardzo mocno zanurzona w tradycji rocka, rzekłbym że spokojniejsza wersja The Rolling Stones została przez kolegów muzyków wymieszana z szeroko rozumianym graniem z południowych stanów USA i doprawiona mocną dawką luzu i beztroski.
Chociaż gdy odpaliłem rozpoczynający album, instrumentalny, „This is just what it is”, dałbym się niemal pokroić, że słucham omawianego już na naszym blogu zespołu Morphine. Bardzo zbliżony, budzący skojarzenia z funkiem i jazzem, puls basu i ograniczenie gitary (spokojnie, im dalej w płytę, tym częściej instrument ten będziemy spotykać, acz raczej w wersji akustycznej i półakustycznej), a klawisze wygrywają podobne melodyjki, co saksofon na „Cure for Pain”. „Just a man” trochę wrażenie rozmywa, mimo że śpiew Texa Perkinsa też wcale nie jest (co znaczy siła autosugestii!) zbytnio odległy od wyczynów Marka Sandmana i obstawiam, że obie kapele mogłyby się polubić i chętnie razem pojamować.
Właśnie – pojamować. Luzacki nastrój płyty podkreśla również to, że praktycznie żaden utwór nie robi tu wrażenia przestudiowanej do bólu, ściśle zaplanowanej kompozycji. Nie, wszystko płynie raczej swobodnie, tak jakby narodziło się pięć minut temu podczas leniwego, acz twórczego i pełnego pomysłów, pogrywania sobie przez paru dobrych kumpli w studio, gdy celem nadrzędnym niekoniecznie jest stworzenie nowych piosenek, że o nagraniu płyty nie wspomnę.
Najbardziej przypadł mi do gustu „Anybody but You”, z fajną pauzą przed wyśpiewaniem tytułowej frazy. Choć może podobać się i lekko country’owy „Too fast for me”, i „Better get a Lawyer” (acz główny wers tekstu jest powtarzany jednak za często), i chwacki „Teach me”... Właściwie wszystko może się podobać, bo to płyta dość równa i jednorodna, utwory nie wyrastają ponad średnią ani w dół, ani w górę – i to właściwie jedyna słaba strona Trójnogiego Psa.
AC/DC, Dead Can Dance, Nick Cave i spółka, INXS, Midnight Oil, Jason Donovan, Kylie Minogue – to pewnie główne wasze skojarzenia, gdy słyszycie „muzyka z Australii”. Warto czasem pogrzebać głębiej, można trafić na fajne znalezisko.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Niech będzie wspomniane „Anybody but You”, acz płyta jest diabelnie równa.
2. Najgorszy moment: Utwory od 4 do 6 nie są jakieś słabe, ale słuchając, ma się nieodparte wrażenie, że podkład rytmiczny jest wciąż ten sam.
3. Analogia z innymi elementami kultury: The Cruel Sea - jedna książka, dwa filmy, jedna piosenka, jeden odcinek serialu i wreszcie nasi bohaterowie. Dość inspirująca nazwa, nieprawdaż?
4. Skojarzenia muzyczne: Patrz drugie zdanie drugiego akapitu.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Pikniczek, spacerek.
6. Ciekawostka: Moje skojarzenia z The Rolling Stones pojawiły się, zanim odkryłem, że The Cruel Sea było supportem na australijskiej trasie Jaggera, Richardsa i reszty, po wydaniu Voodoo Lounge.
7. Na dokładkę okładka: Chwalę płytę, ale jednak jak mam wybierać, to poproszę tę inną z trójnogim psem na okładce, wydaną jakieś pół roku później.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza