niedziela, 30 czerwca 2013

57. pilot kameleon: John Cale, Paris 1919

***2/3

To była noc czerwonych lamp
Ulica wyglądała barokowo
Lalki błyszczały niebezpiecznie
Rozmawiały niedorzecznie

Kryzys, Dolina lalek

Już raz mieliśmy na tapecie Johna Cale. Było to nie tak dawno temu i niestety przygoda ta nie należała do satysfakcjonujących spotkań. Minęło trochę czasu i robimy kolejne podejście do jego dorobku. Ktoś tu musi go bardzo kochać. Tym razem nie mierzymy się jednak z żadną nowością, jeno cofamy o czterdzieści lat wstecz. Tak, o czterdzieści, choć może się wydawać że o ponad dziewięćdziesiąt, a czasami jeszcze dalej...
Wrażenie pierwsze. Salonowa to muzyka, bogata, pełna przepychu, błyskotek, ornamentów, cacek i świecidełek. Gdyby można było ją oglądać, z pewnością trzeba byłoby zmrużyć oczy. Jest bogato od dźwięków, nietypowe instrumentarium (orkiestra na pełnym etacie) często gęsto wykorzystywane na Paris 1919 również zaprzęgnięte zostało do tworzenia sztafażu dawności. Erudycją kapie. Kapie słusznie, zawodowo, kapie trafnie i zdecydowanie. Krągła pupa amorka nadstawia się, a on sam strzałą mierzy w nasze ucho. Celnie, bo w jakie szaty nie przebralibyśmy tej muzyki, to zawsze na samym wierzchu będzie dobra piosenka. A te Cale'owi się wyjątkowo udały. Zgrabne, soczyste, wpadające w ucho. Tu też jednak zapożyczenia jak w Amber Gold. Beach Boys, Mc Cartney i jego kameralne kawałki The Beatles. To jednak tylko ślady. Bo na tych pożyczkach udało się zbudować całkiem interesującą przestrzeń. Przestrzeń z zastrzeżeniem. Wszystko znamy, meble widzieliśmy już u kogoś innego, tapeta też jakby znajomo wygląda... Nie piszę tego, by umniejszyć Cale'owi. Skąd! W tym jednak wypadku wszystkie elementy składające się na muzykę są delikatnie odseparowane. Każdy z nich krzyczy: Ja! Ja! Jestem tu z nimi razem, ale jestem Osobno! Stwierdzę prowokacyjnie, że zabrakło Cale'owi elementu scalającego wszystko w jedną całość. Cóż, bywa...
I ogólnie to Paris 1919 rekomenduję sercem całym, ale zastrzegam, że można czasami pomyśleć, że to wydmuszka jest jednak. Albo jajko faberge.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: 1. Czas trwania płyty niewiele ponad pół godziny. 2. Do tego wszystkie kompozycje wchodzą bezboleśnie w ucho! 3. Wspaniały smutek emanujący z tej płyty.
2. Najgorszy moment: Proszę sobie wyobrazić, że nie ma tu takowego.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Wystawny bankiet, jaja faberge, żabot, bagietka, wino prastare, syr.
4. Skojarzenia muzyczne: Barok. Nie będę też oryginalny mówiąc, że orkiestrowe kawałki Bitelsów jakoś nakładają mi się na ten album Cale'a. A dodatkowo kompozycja Macbeth jest podobna do Tightrope Ride The Doors [już bez Morrisona, z Manzarkiem na wokalu]. Daleko stąd natomiast do jedynki i dwójki Velvet Underground.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: patrz punkt 3. Może też być spacer po wirydarzu.
6. Ciekawostka: John Cale był muzycznym geniuszem. Na drodze edukacyjnej zetknął się z Aaronem Copelandem, Iannisem Xenakisem czy Johnem Cagem. A to wszystko przed Velvet Underground.
7. Na dokładkę okładka: Krój pisma mi nie siada. Foto z albumu jak najbardziej ok.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza