piątek, 21 czerwca 2013

56. Pippin: Extended Pleasures

"Małe jest piękne" - głosi mądrość ludowa. Nie zawsze, ale czasem - dlaczego nie? Wiadomo, że, jak powiedział bodaj Redaktor Azbest, "zbyt wiele muzyki to nadal zbyt wiele". I w takich chwilach, zamiast dwugodzinnych kolubryn, lepiej wziąć się za minialbumy, które nawet jak nudne - to szybko miną. A znaleźć wśród nich można prawdziwe skarby - niezależnie od tego, czy spotkamy się z zapowiedzią większej całości, nieśmiałymi początkami wielkich karier czy może stylistycznymi skokami w bok.

The Beatles - Magical Mystery Tour (1967)
Dzisiaj najczęściej spotyka się wydanie z piosenkami z singli – ale nawet bez “Strawberry Fields Forever”, “Penny Lane” czy “All You Need Is Love” obcujemy z arcydziełami psychodelicznego, środkowego okresu twórczości The Beatles. No dobra, może z jednym arcydziełem – “I Am The Walrus”. Ale pięknej balladzie “The Fool On The Hill”, innym naiwnym melodiom Paula czy orientalizmom George’a też niewiele brakuje.

R.E.M. - Chronic Town (1982)
Kto zna ten minialbum – jakby znał całe R.E.M. Coś tam kombinowali, uszlachetniali, dodawali, nagrywali płyty lepsze, gorsze i wybitne, ale już na „Chronic Town” zdefiniowali wszystko, o co im w muzyce chodziło.

The Birthday Party - Mutiny (1983)
Zanim Nick Cave złagodniał i zaczał śpiewać liryczne ballady, ba, zanim nawet grał hałaśliwie, ale chwytliwie, wraz z The Birthday Party badał granice wytrzymałości własnej i słuchaczy na chaos i dysonanse. Był młody i miał zapał, warto posłuchać.

Dead Can Dance - Garden of the Arcane Delights (1984)
Pomiędzy debiutanckim albumem, który można postawić wcale nie tak daleko od spokojniejszych nagrań Bauhaus czy Joy Division, a nieziemskim klimatem, serwowanym na kolejnych płytach. Brendan i Lisa szukają własnego stylu i, choćby w "In Power We Entrust the Love Advocated", już wznoszą się wysoko.

Metallica - The $5.98 E.P.: Garage Days Re-Revisited (1987)
Diamond Head, Holocaust, Killing Joke, Budgie i Misfits w wersjach Metalliki, na przywitanie w składzie Jasona Newsteda. Porządnie? Porządnie? Można? Można. Metallica w przeróbkach nie musi na szczęście oznaczać wyłącznie “Whiskey in the Jar”.

Fugazi (1988)
Już za samo „Waiting Room” Fugazi godni są pomnika. Ale czy zmiany tempa i ekspresji wokalnej w „Suggestion” nie są jeszcze lepsze?

Alice in Chains - Jar of Flies (1994)
Zespół o najbrudniejszym brzmieniu z Wielkiej Czwórki Grunge’u, twórca bolesnego „Dirt”, nagle siada spokojnie na krzesłach, bierze w łapy akustyczne gitary i gra kilka spokojnych piosenek o całkiem wyszukanych melodiach. Jedna z najbardziej uroczych płyt epoki, choć brud w głosie Satleya i dysonansowe harmonie nie zniknęły do końca.

Radiohead - My Iron Lung (1994)
Od swoistego kopiowania The Cure po wyznaczanie drogi rozwoju dla Myslovitz. A na deser akustyczna wersja „Creep”. Znam osoby, dla których jest to najlepszy album Yorke’a i spółki.

Lao Che- Czerniaków (2005)
Całkowicie przearanżowany utwór tytułowy. Bojowa „Groźba”, która nawet na „Powstaniu Warszawskim” byłaby jednym z najmocniejszych punktów. Przeróbka Siekiery. Ech, że też chciało im się pójść potem w tę elektronikę. Dobrym przykładem czwarty utwór czyli „Astrolog” – tu znakomity, na koncertach nie mogę go słuchać.

Killing Joke - In Excelsis (2010)
Killing Joke jaki jest – każdy widzi. Ta rozgrzewka przed „Absolute Dissent” też zmiany nie przynosi. Łączą metal z nową falą, śpiewają z mocą i przejęciem, które mało kto posiada, a utwór tytułowy ma jedną z najbardziej nośnych melodii wśród ich ostatnich dokonań.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza