piątek, 21 czerwca 2013

56. pilot kameleon: Extended Pleasures

Z małymi płytami rzecz ma się dziwnie. Anonsują coś, później są wchłaniane przez płytę długogrającą, a ostatecznie znikają w otchłani. Ale można zrobić z nich małe arcydzieła, jeśli tylko taka wola u artysty i trochę szczęścia dopisuje. Mała dawka, a kopie mocniej niż możesz sobie wyobrazić. Warunek konieczny? Nie dubluj materiału na długograju. Nigdy.

Jeff Buckley Live at Sin-é (1993). 26 minut 31 sekund. Pierwsze ważne wydawnictwo Jeffa Buckleya. Tylko on i Fender Telecaster na scenie. Spory kawałek przed wydaniem Grace. Koncertowych wydawnictw ma na koncie od groma, ale to tutaj osiągnął wyżyny emocjonalnego zaangażowania bez popadania w nadmierną egzaltację. Płyń daleko, Jeff...

Dead Kennedys In God We Trust, Inc. (1981). 13 minut 54 sekundy. Po rewelacyjnym debiucie dowalili świetną epką z przepyszną okładką. Pierwsza strona to bezlitosne czady w ilości pięciu sztuk, druga to jeden pomnikowy czad w postaci Nazi Punks Fuck Off i sporo zwały w nowej wersji California Über Alles i redneckim Rawhide. Wzorzec.

King Crimson VROOOM (1994). 31 minut 3 sekundy. Kto wie, czy nie był to największy powrót do świata żywych w historii całej muzyki rockowej. Sześcioosobowy skład zagwarantował olbrzymie możliwości, które zostały skwapliwie wykorzystane. THRAK w porównaniu z VROOOM wypada gorzej. Zrozum to.

Klan Gdzie jest człowiek (1970). 11 minut 11 sekund. Epka z polskich lat 70? Szok normalnie. Kawał freakowej muzyki zupełnie nie przystającej do tamtych smutnych czasów. Tak nieprzystającej, jak nieprzystające jest o rok późniejsze Mrowisko. Z brzytwą na poziomki i Automaty rozdają karty.

Mars Volta Tremulant (2002). 19 minut 28 sekund. Pokaz umiejętności miał miejsce kawałek przed De-Loused In The Comatorium. Co więcej, dzięki formatowi płyty Mars Volta uniknęła swojego podstawowego grzechu: przegadania. Trzy utwory, w tym kąsający na końcu Eunuch Provocateur. Dobra!

Mudhoney Superfuzz Bigmuff (1988). 22 minuty 25 sekund. Firmy Univox i Electro-Harmonix powinny dożywotnio im bulić kasę za najlepszą reklamę sprzętu muzycznego.

Nomeansno You Kill Me (1985). 19 minut 41 sekund. Pierwszy atak przypuszczony z Andym Kerrem na gitarze. Później skompilowali You Kill Me z długograjem Sex Mad i powstała jedna z najważniejszych płyt Nomeansno. Tak zaczęła się złota era w ich twórczości.

Pailhead Trait (1988). 24 minuty 2 sekundy. Święty spotyka grzesznika. Narkotyki i woda święcona. Razem tworzą tylko jedną epkę, która wbija się w pamięć zarówno fanów Ministry, jak i Fugazi.

Pixies Come On Pilgrim (1987). 20 minut 28 sekund. Pierwsze wydawnictwo będące wyrazem absolutnej dojrzałości tej formacji. Poziom został utrzymany na kolejnych długograjach, choć są tacy, którzy twierdzą, że takiej świeżości jak na Come On Pilgrim nie osiągnęli nigdy później.

Ścianka Sława (2001). 20 minut 59 sekund. Dwa zwałowe kowery i dwa kowery poważne. Ściankowa wersja Tommorow Never Knows pokazuje to, czego nigdy nie ujawnili słuchaczom Bitelsi. Wzorzec przeróbki oddającej charakter Ścianki i zmajstrowanej z pełnym szacunkiem do oryginału.

Czasy wydawnictw są orientacyjne. A jeśli chcesz poznać listę rezerwową, skontaktuj się ze mną.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza