niedziela, 30 czerwca 2013

57. Basik: John Cale, "Paris 1919"

John Cale - Paris 1919
Ocena: * * * *

David Bowie w eksperymenty z materią muzyczną wkroczył w okolicach trzydziestki (trylogia berlińska) wychodząc od klasycznego popu na początku lat 60. podbitego orkiestrowym brzmieniem. W przypadku Johna Cale’a było wszystko na odwrót. Swoją karierę zaczynał od muzyki eksperymentalnej współpracując z awangardowymi kompozytorami muzyki współczesnej: La Monte Youngiem i Johnem Cagem. Kolejny krok – The Velvet Underground w czasach, gdy Cale był w jego składzie, nie podążał utartymi ścieżkami zespołów rockowych, ciążył w stronę psychodelii i eksperymentów brzmieniowych (dając już w latach 60. solidne podwaliny pod noise rock). Zwrot akcji w kierunku muzyki – powiedzmy – „konwencjonalnej” nastąpił wraz z rozpoczęciem kariery solowej, a do jej najjaśniejszych punktów zaliczany jest bez wątpienia „Paris 1919”
Muzyczni recenzenci zaliczają ten album do gatunku „baroque pop”. Na szczęście rzecz nie ma nic wspólnego z bezlitośnie wesołymi i rozbrykanymi utworami epoki barokowej. Nie da się jednak ukryć, że z muzyki klasycznej czerpie jednak wiele. W większości utworów główny nacisk postawiono na orkiestrowe aranżacje utworów w wykonaniu The UCLA Orchestra. Każdy, kto ma w głowie „Eleonor Rugby” Bitelsów, wie o czym mowa. Aranże są bogate, ale nie sprawiają wrażenia przepychu. Do muzyki klasycznej, chóralnej nawiązuje również filozofia prowadzenia linii wokalnych. W całości składa się to na zestaw dostojnych, (niekiedy majestatycznych) piosenek. Dla równowagi znajdują się tutaj, utwory jednoznacznie rockowe jak rozpędzony „Macbeth”. Poza nurtem „barokowym” są np. „Half Past France” i „Graham Greene” które wydają się wyrastać z tej samej „myślni” jak twórczość Davida Bowie czy Roxy Music z tego okresu.
„Paris 1919” na wielu płaszczyznach: tekstowej, instrumentalnej czy koncepcyjnej odzwierciedla bardzo świadome podejście artysty do swojej twórczości. To muzyka szlachetna i czarująca formą. Treść ukryta pośród tych szlachetnych nut jest jednak gorzka i refleksyjna.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Paris 1919”, „Antarctica Starts Here”.
2. Najgorszy moment: „Andalucia”, może przez nieustanne skojarzenia z „Walk On the Wild Side” kolegi z The VU.
3. Analogia z innymi element kultury: 28 czerwca 1919 podpisano Traktat Wersalski, poza tym dużo odniesień do literatury: William Sheakspeare, Graham Greene, Dylan Thomas (Walijczyk tak samo jak Cale).
4. Skojarzenia muzyczne: wyczuwam silne wpływy na scenę „indie” w tym m.in. Tindersticks.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nie mogę pozbyć się wrażenia słuchając tej płyty, że zaraz spadnie śnieg.
6. Ciekawostka: „Half Past France” – 1 minuta 17 sekunda – chyba każdy zespół w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych musiał mieć takie przejście na kotłach.
7. Na dokładkę okładka: elegancki i zamyślony John rozmyśla nad tym jak napierdalać nojzy i siać chaos. "Póki co, pobawię jeszcze na salonach".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza