poniedziałek, 30 czerwca 2014

77. Pippin: Swans - To Be Kind














Ocena: * * * *

Znacie pewnie tę sentencję Roberta Frippa, o muzyce King Crimson będącej wyzwalaniem chaosu i następującą po nim próbą powrotu do stanu równowagi. Ciekaw jestem, co rzekłby filozof pokroju Frippa na ostatnie studyjne produkcje Swans, jakich piętrowych metafor by użył. Nie podejmuję się definiować, czy od czasu kolejnej reaktywacji w 2010 Michael Gira siły chaosu wyzwala, ujarzmia, czy też tresuje, w każdym razie nadal konsekwentnie kroczy tą samą ścieżką, co na „My Father…” i „The Seer”.
Czytam ci ja, że materiał na „To be kind” zrodził się głównie podczas ostatniej trasy koncertowej i sporo utworów było wykonanych na zeszłorocznym koncercie w Stodole. Wolne żarty, na zeszłorocznym koncercie w Stodole to ja stałem wmurowany, zmiażdżony dźwiękami Apokalipsy, bijącymi wszelkie rekordy skali głośności, zastanawiając się, czy uciec z sali, zaszyć się w ciemnym, koniecznie cichym, kącie, czy też zgrywać twardziela i wesoło stać i być miażdżonym dalej. Więc niech będzie, może i utwory z nowej płyty, bądź jakieś wariacje na ich temat słyszałem wcześniej, ale nie ma mowy, żebym je pamiętał, a zwłaszcza, hehe, błogo wspominał.
„To be kind” zaskakuje głównie tym, że… nie zaskakuje. Nie jest to oczywiście wyłącznie kopia doskonałego „The Seer”, ale na dobrą sprawę nie ma tu niczego, czego nie słyszelibyśmy już na tej płycie ze zwierzakiem na okładce. Podstawowa różnica to zwiększenie roli rytmu – tu przoduje dość nietypowe, jak na nich, „A Little God In my Hands”, choć i trzydziestoczterominutowy utwór, o którym poniżej, też ma się czym pochwalić. Muzykę tej odsłony Swans nadal wyznaczają potężne, wielominutowe, numery z potężnymi riffami, wszechobecnym hałasem, szamańskim hipnotyzowaniem i krzykiem, zawodzeniem, bądź innym zaśpiewem Giry. Zdarzają się, rzecz jasna, fragmenty spokojniejsze, bardziej melodyjne i liryczne (choć melodie i głosy zaproszonych pań na poprzedniku były zdecydowanie ładniejsze), ale nie one pozostają nam w pamięci po przesłuchaniu dwugodzinnego kolosa.
W centrum wszystkiego tkwi zaś „Bring the Sun / Toussaint L’Ouverture”. Ponadpółgodzinna pigułka, zawierająca esencję obecnego wcielenia Swans. Od mocnego riffu, przez mantrowe śpiewy, po obłąkańcze krzyki. Nie słuchać w nocy.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Bring the Sun, bring the Sun…
2. Najgorszy moment: Dla osób o bardziej wrażliwych uszach, przywiązanych do melodii i piosenkowych struktur – cała płyta.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Być może nie wiecie, kim jest Chester Burnett, ale o Howlin’ Wolfie chyba słyszeliście?
4. Skojarzenia muzyczne: Slayerowy tytuł „Soundtrack to the Apocalypse” tu by lepiej pasował.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Boję się myśleć.
6. Ciekawostka: Warszawski koncert Swans był jedynym koncertem, na którym byłem, gdzie można było nabyć zawczasu zatyczki do uszu.
7. Na dokładkę okładka: Tego dzieciaka płyta też przeraziła.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza