sobota, 21 czerwca 2014

76. pilot kameleon: Pierwszomajowe pochody basowe

Na początku Bóg stworzył bas. Bas był bazą do dalszych działań, bez niego nie można było działać dalej. Bas zawsze znajduje się u samej podstawy. Jest fundamentem oraz spoiwem i lepszczem. Jego pierwotność zawsze uruchamia atawizmy, przez które sięgamy do samego początku. Bas tkwi w genach. Bas był pierwszy.

Co będzie? Ano będzie różnie. Fragmenty, większe partie, smaczki. A wszystko zjednoczone pod flagą niskich częstotliwości.

1. Jimmy Garrison* - Introduction toMy Favourite Things (Live In Japan, 1966**)
Niech będzie z "Live At Village Vanguard Again!". Albo może lepiej z "Live In Japan", gdzie introdukcja rozrosła się do kwadransa. Poczuj finezję tych dźwięków. To uczucie w palcach, opuszki muskają, czuć drżenie, tak działa kontrabas. W zespole nieco ukryty, tu na pierwszym planie, całkowicie nagi ze swoim instrumentem. Odbieraj to jak chcesz.

* Garrison to taki cichy chłopaczek, który grał z Johnem Coltranem bardzo długo. Był oczywiście członkiem klasycznego kwartetu. Ale nawet gdy McCoy Tyner i Elvin Jones zdezerterowali, ten trwał do końca.
** Data nagrania, wydano później.

2. Cream - Spoonful (Wheels Of Fire, 1968)
Jack Bruce myślał basem, ale myślał też o kolegach, słuchał ich. Poczujcie załączoną wersję "Spoonful", gdzie środkowe kilkanaście minut to doktorat z blusowej improwizacji. No i ten bas, jakie uczucie i wysmakowanie. Uczta.

3. Pink Floyd - Let There Be More Light (A Saucerful Of Secrets, 1968)
Pink Floyd już bez Barretta, ale jeszcze na samym początku wędrówki. Szybkostrzał Watersa szybko zmienia swój charakter, ale początkowy kopniak zostaje w pamięci na zawsze. Kosmos też lubi bas, to nie tylko domena Ziemi.

4. The Beatles - Come Together (Abbey Road, 1969)
Oj, sir Paul potrafił szarpnąć cztery struny. Wejście do "Come Together" to jest apokalipsa, a dalej jest jeszcze lepiej. W sumie to na płytach The Beatles wiekopomnych basów jest cała masa. I oczywiście rekomenduję wersję mono, choć tutaj niestety stereo.

5. King Crimson - Larks' Tongues InAspic pt 2 (Larks' Tongues In Aspic, 1973)
Chodzi o moment na wysokości 3 minuty i 45 sekundy. Wetton odpala kilka sierpowych. Miał tak czasem w zwyczaju. Świetny basista o nieco agresywnym, ale bardzo finezyjnym stylu. Nie do podrobienia, chłop był rozpoznawalny na kilometr.

6. Prince Far I And The Arabs - Big Fight Dub (Dub To Africa, 1979)
Dub basem stoi. Tłustym, okopconym, wbijającym się w świadomość na pełnej mocy. "Dub To Africa" to dla mnie wzorzec, punkt odniesienia, basowy monument z krainy dub.

7. PIL - Albatross (Metal Box, 1979)
Imponująca konstrukcja. Prosta, banalna, transowa. Kiedyś to potrafili grać kilka właściwych dźwięków przez godzinę, żeby stworzył się klimat, nastrój, odpowiednia wibracja. A dziś to pięćset dźwięków i mało... Jah Wobble miał klasę.

8. Jane's Addiction - Three Days (Ritual de lo Habitual, 1990)
Trzecia część klasycznych kawałków Jane's Addiction zaczyna się od partii basu. Wywiedli to najpewniej z post punku, przefiltrowali przez siebie i stworzyli nową jakość. A za basowy wstęp do "Three Days" Eric Avery zostanie kiedyś świętym.

9. Nick Cave & The Bad Seeds - Do You Love Me? Pt 1 (Let Love In, 1993)
Groove. Zasadnicza i konieczna treść każdej partii basowej. Jeśli tego nie ma, to przegrałeś. Sorka... A jeśli to masz, to rozdajesz karty. Martyn P. Casey to potrafił. Posłuchaj jak się skrada...

10. Lech Janerka - Ryba Lufa (Bruhaha, 1994)
W Polandzie nie ma nikogo, kto mógłby mu dorównać w kategorii czujności basowej. Tekstowej też. Kompozycyjnej też. No dobra, z Lechem nie można nikogo równać. Poczujcie ten gęsty puls "ryby lufy". Jak go nie czujesz, to może być źle.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza