poniedziałek, 30 czerwca 2014

77. Azbest: Swans "To Be Kind"

Swans - To Be Kind
****1/4

W chwili wydania "The Seer" wydawał się płytą ostateczna - podsumowaniem i ukoronowaniem twórczości Giry. Po dekadach pracy, mając w resume doskonałe płyt udało mu się je zdeklasować (a przynajmniej im dorównać). Przeskoczenie jej wydawało się krokiem karkołomnym. Ale z tym większym apetytem czekaliśmy na następcę. Tradycyjna już koncertówka "Not Here / Not Now" sprawiła, że Swans odsłonili co nieco karty, ale i tak udało im się zachować element zaskoczenia. Zamiast dokonać jakiejś wolty stylistycznej i odciąć się od „The Seer” zdecydowali się na ucieczkę do przodu i pokazali, ze pomysłów im nie brakuje. Nowa płyta to zasadniczo to samo gówno, ale tym razem trochę inne gówno.
Na pierwszy rzut oka przy "To Be Kind" Swans powtórzyli to co zrobiła Metallica na „Master of Puppets” i stworzyli klon poprzednika. Płyta znów trwa kolosalne dwie godziny, kolejny kawałek ponad pół godziny, raz jeszcze dużo transu itd. Ale są różnice, może nie gigantyczne, ale zauważalne i sprawiają, że album różni się od wielkiego poprzednika, i nie sposób go z nim pomylić. Nie tylko nie zrezygnowali z długich kawałków, ale poszli o krok dalej - utwory zrobiły się jeszcze dłuższe. Wtedy trzy na jedenaście przekraczało 10 minut. Teraz połowa przekracza tę granicę, a najkrótszy na płycie trwa nieco ponad 5 minut. Można pomyśleć, że postanowili zagrać masywniej i miażdżąco. Nic z tego – płyta jest lżejsza (przynajmniej w porównaniu z "The Seer") i więcej tu okazji do złapania oddechu. Większość materiału to porywający trans, ale są też chwile wyciszenia. Tyle tylko, że połowicznego bo podszytego niepokojem – cały czas czekamy na kolejne uderzenie sztormu dźwięków. No i jest miło, ale pozostaje do rozważenia najważniejsza kwestia - udało mu się nagrać coś jeszcze lepszego? Cóż, niezupełnie. Gira ścigał się sam ze sobą i co prawda nie poprawił wyniku, ale zagrał w wielkim stylu. Ujmując rzecz skrajnie dyplomatycznie - stanowczo najlepszy jego album od czasu "The Seer".
Mimo że Swans nie poszli w balladki, to na płycie mniej jest hałasu. Dzięki temu „To Be Kind” może być dobrym początkiem dla kogoś chcącego zacząć swą przygodę z twórczością Giry. Niech świeżaki też w niepokoju oczekują na kolejna płytę. Bo jak to ze Swans bywa po przesłuchaniu zaczynają krążyć po głowie pytania. Co teraz Panie Gira? Emerytura? Krótsza, bardziej tradycyjna płyta ze spokojniejszym materiałem. A może następna raza już tylko dwie godzinne suity z chórami, dęciakami i wagnerowskimi lejtmotiwami? Bo w możliwość spłodzenia przez niego słabej płyty trudno już uwierzyć. 

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: epicentrum - „Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture”
2. Najgorszy moment: rozmiar dzieła sprawia, że odsłuchanie go to cała ceremonia.
3. Analogia z innymi element kultury: Chester Burnett, któremu zadedykowano drugi utwór na płycie to legendarny bluesman Howlin' Wolf.
4. Skojarzenia muzyczne: Swans na boga!
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Słuchając „To Be Kind” przeczytałem trzy biografie Iwana Groźnego. Pasowało.
6. Ciekawostka: Po latach fonograficznej guerilli Gira zdecydował się udzielić Mute licencji na dystrybucję. Dzięki temu płyta jest nie tylko łatwiej dostępna, ale i tańsza.
7. Na dokładkę okładka: tylko przy okazji „Soundtracks for the Blind” mieli tak jasną okładkę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza