sobota, 21 czerwca 2014

76. Basik: Pierwszomajowe pochody basowe

Na wszystkich moich ulubionych basistów niestety zabraknie tu miejsca. A chciałoby się dorzucić, Paula Ravena z Killing Joke czy Paula Simonona z The Clash (Nie mylić z Paulem Simonem choć ten też nieźle czesał w teledysku z Chevy Chasem *) albo Martyna P. Caseya z The Bad Seeds. Celowo pominę wypierdalaczy typu Claypool czy Flea albo sławy jak John Paul Johnes czy Mccartney, choć darzę ich wszystkich niezmiernie ciepłym uczuciem. Więc nie będzie to wyłącznie lista ulubionych basistów ale linii basu w utworach, którymi rzeczywiście można się zajarać.

Zacznijmy cytatem czarnoskórego klasyka: „Bass! How low can you go!?”


1. John Mayall - Off The Road (USA Union, 1970)
Załapałem za trzecim przesłuchaniem, skąd unikalne brzmienie płyty USA Union. Tu nie ma bębnów! Mimo to wszystko buja, a rolę pałkera przejmuje fenomenalny Larry Taylor – jeden z najjaśniejszych punktów współpracy Mayalla z Jankesami. Cechy charakterystyczne: ciepły sound, solidna porcja ozdobników i nieustajacy bluesowy „walk” (czasem zabarwiony soulowo jak w „Nature’s disappering”).

2. Frank Zappa – Apostrophe (Apostrophe ('), 1974)
Tom Fowler, Arthur Barrow, Scott Thunes… basiści tworzyszący Zappie nie byli znani ale byli to muzycy absolutnie wyśmienici (nie mówiąc o tym, ze każdy z nich musiał być trochę kopnięty i miał w sobie „to coś”). Ze sławami ówczesnego świata Zappa współpracował sporadycznie i raczej na koncertach – Sting, John Lennon, Yoko Ono czy Pink Floyd. Współpracę studyjną zaliczył Jack Bruce, choć były basista Cream zaprzecza jakoby to on jamował w tytułowym utworze z Apostrophe (‘). Ale jak nie on, to kto? Nagranie mówi samo za siebie.

3. King Crimson – Starless (Red, 1974)
John Wetton zanim stał się zawodowym mięczakiem nakurwiał potężne i głośne basy. W latach 70. jego gry i brzmienia nie dało się pomylić z niczyim innym (wystarczy posłuchać koncertówki Roxy Music, gdzie gra w paru numerach). „Starless” lubię chyba najbardziej, ale to jedynie przykład jego fenomenalnej roboty na całym Redzie i innych albumach King Crimson.

4. Roxy Music - Love Is The Drug (Siren, 1975)
Ta partia basu jest tak sexy jak tylko sie da. Nawet bardziej niż sam Brian Ferry. Urywane frazy, tłuste brzmienie, na parkiecie robi się gorąco i wilgotno. Słucham raz w tygodniu, żeby ćwiczyć kocie ruchy i wyregulować ciśnienie w nogawce.

5. Elvis Costello - Lipstick Vogue (This Year's Model, 1978)
Skromny Bruce Thomas to prawdziwy bohater drugiego planu. Doskonałe połączenie bardzo melodyjnego stylu gry z mocną pulsującą dynamiką. „Lipstick Vogue” to tylko przykład bo większość utworów Elvisa Costello budowana była właśnie na tych chwytliwych pulsujących partiach Thomasa choć sam lider przecież dzierży elektryka.

6. Porter Band - Aint Got My Music (Helicopters, 1980)
Porter z Żywca nie jest najgorszy, ale tego z „Helicopters” nie przebije. Nie przeszkadza, że okradają bezlitośnie amerykańska nową falę i Talking Heads. Kazimierz Cwynar przystojniejszy niż Tina Weymouth może nie jest, ale wyciska z basu nawet lepsze soki niż ona. CBGB’s byłoby dumne.

7. Queen - Dragon Attack (The Game, 1980)
Owoce fascynacji muzyką funk i disco przez muzyków Queen w latach osiemdziesiątych były różne. Dwa słowa, o których każdy fan Queen próbuje zapomnieć: „Hot Space”. Ale zanim pojawił się „Hot Space” był przecież „The Game” ze świetnym „Another One Bites a Dust” oraz mniej znanym ogółowi „Dragon Attack”. A właśnie ten drugi to absolutna czołówka w kompendium basowych riffów.

8. Maanam - Oddech Szczura (Maanam, 1981)
Maanam, Kora, Jackowski. Nikt nie zwraca uwagi na basistę w tym zespole, a przecież Olesiński na debiucie grzmocił miażdżące basy jak ten znerwicowany pochód w „Oddechu Szczura”. Kowalewski na dwójce był chyba jeszcze lepszy i można by tu zacytować również "O! Nie rób tyle hałasu".

9. The Sisters of Mercy – Lucretia, My Reflection (Floodland, 1987)
W okolicach Floodland Andrew Eldritch wraz ze swoją rozczochraną przyjaciółką miał pozbawiony finezji ale skuteczny sposób pisania chwytliwych utworów – automat perkusyjny i prosta ale natarczywa linia basu. Te pięć dźwięków na krzyż i metaliczne brzmienie wbija się w pamięć na zawsze. Dam-dam-dam-dam-dam-dam-dam-dam…

10. Faith No More - King For A Day... (King for a Day - Fool for a Lifetime, 1995)
Billy Gould jako jeden z moich basowych bogów nie mógł się tu nie znaleźć. Jego styl gry łączy bardzo szerokie wpływy od funku przez soul, punk, basistów nowej fali, rock i metal. Jego partie właściwe zawsze są centralną częścią i wiodącym elementem kompozycji .Wybrałem linię z „King for a Day…” charakterystycznie zrytmizowaną i transową, melodyjną i nasyconą indywidualnym uderzeniem z łapy (np. częste vibrato, akcentowanie, choć tu nie gra tak agresywnie). No i jest (niewieśniacka) solówka. BUK! 

* Na płycie „Graceland” tak naprawdę gra afrykański bassman Bakithi Kumalo i jego vibe jest doskonały. Posłuchajcie bezprogowca w „Boy in the Bubble”

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza