sobota, 21 czerwca 2014

76. Azbest: Pierwszomajowe pochody basowe

DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG. DING DING DANG DING DANG DANG, DING DING DANG DANG.

Charles Mingus "II B.S." ("Mingus Mingus Mingus Mingus Mingus", 1964)
Na dżezie znam się mało bo prosty ze mnie chłop i Slejera lubię, ale obecność Mingusa wydała mi się nieodzowna. Ależ kizior miał łapę! W zasadzie to nowa wersja "Haitian War Song" z "The Clown", ale znacznie lepsza więc ją wybrałem.

The Stooges "Fun House" ("Fun House", 1970)
Półgłówki kojarzą się przede wszystkim z dzikim jazgotem gitary i dziką charyzmą wokalisty, ale na drugiej płycie złapali potężny groove. Najlepiej słychać to w utworze tytułowym. Dave Alexander (wtedy) dawał radę, a Mike Watt (teraz) daje jeszcze bardziej.

Magazine "The Light Pours Out of Me" ("Real Life", 1978)
Podczas selekcji materiału moje myśli krążyły wokół postpunka niczym muchy nad końskim ścierwem. Ale nie moja to wina, że akurat wtedy rock podłapał dobre wibracje w spadku po reggae. Ówczesny basista Magazine - Barry Adamson zdryfował później w stronę muzyki filmowej, ale ostatnio wrócił do korzeni na etacie u Nicka Cave.

Joy Division "Transmission" ("Transmission", 1979)
Jeden z tych nielicznych rockowych zespołów w większym stopniu opierających się brzmieniowo na basie niż poczciwej gitarze. Peter Hook z początku brzmi jakby wysyłał telegram, nie transmisję radiowa, ale utwór i tak nabiera niesamowitego impetu.

John Cale "Rosegarden Funeral Of Sores" ("Mercenaries/Rosegarden Funeral Of Sores", 1980)
Chyba mam obsesję na punkcie najsłynniejszego żyjącego Walijczyka. Tym jednak razem Cale dał mi solidne usprawiedliwienie (Żohn nie zawodzi - pozdro Żohn!) - linia basu jest naprawdę solidna. Do tego stopnia, że niebawem numer zrobili chłopcy z Bauhaus, a ci wiedzieli jak ładnie przybasować.

The Jesus Lizard "Then Comes Dudley" ("Goat", 1991)
Czy dzieło przypadku czy owoc perfidnego planu, kawałek ten brzmi jak solidnie pokurwiona wersja "The Great Expectations" z repertuaru Milesa Davisa. Ale żre niesamowicie i trzyma za ryj, a wielka w tym zasługa Davida Simsa.

Melvins "Night Goat" ("Houdini", 1993)
Skoro pojawił się już jeden kozioł to i drugi nie zawadzi. Melvins bardzo konsekwentnie trzymają się sprawdzonego składu - konsekwentnie zmieniają basistów jak rękawiczki. W tym przypadku riff jest tyleż mocarny co zagadkowy - tak na prawdę nie wiadomo kto go zagrał. Wiadomo tylko, że na pewno nie Lorax, wymieniona jako basistka (wówczas już z nimi nie grała).

King Crimsion "VROOOM" ("Thrak", 1995)
Żarty się skończyły - Tony Levin i Trey Gunn wyprowadzą cię na taki spacer, że możesz sobie nogi połamać. Ale z dwoma basistami to nie dziwota. Chociaż obaj panowie graja na takich wynalazkach, że rodzi się pytanie czy to wciąż jeszcze basiści.

Mazzoll & Arhythmic Perfection "Ropa Świętej Anny (część II)" ("a", 1995)
Mimo, że miedzy Odrą a Bugiem sporo mamy okazji do poczucia się białym murzynem, poczucie rytmu jakoś nam się od tego nie rozwija. Ale bez przesady, też potrafimy. Sławomir Janicki wykrzesał z siebie najlepszy polski groove? Niewykluczone.

Techno Animal "We Can Build You" ("Brotherhood of the Bomb", 2001)
Jakoś dominuje u mnie rock w przeróżnych odmianach, a warto by wspomnieć o elektronice. Ofiarami zostaną Kevin Martin i Justin Broadrick - duo bezwzględnych bassowych terrorystów. Wybór padł na ten kawałek, ale na dobra sprawę pasowałby również ich Ice czy któryś z licznych projektów Martina (Bug, King Midas Sound itd.)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza