sobota, 21 grudnia 2013

68. Pippin: Widziałem cię z innym chłopcem



Ta odsłona nosiła roboczy tytuł „Założę się, że tego nie znasz”, był on jednak nazbyt ryzykowny. Bo raz – zdaję sobie sprawę, iż nasze wypociny są czytane przez osoby o znacznej wiedzy i rozeznaniu muzycznym, nierzadko zresztą większym, niż dysponują sami autorzy. Dwa – w tak zwanej dobie Internetu ciężko o projekty naprawdę nieznane, bądź znane tylko garstce. Tak czy inaczej – zapraszam do małego przeglądu ciekawostek i mniej oczywistych projektów wykonawców, których dobrze znacie. Może coś Wam się przypomni, może coś ciekawego jednak odkryjecie? Jedziemy:


Bowiego znacie na pamięć. O Prokofiewie pewnie też słyszeliście. A zetknęliście się z ich wspólnym poniekąd dziełem? Academy Award Winner Alec Guinness i Academy Award Winner Peter Ustinov odrzucili propozycje i rola narratora w tym opracowaniu symfonicznej bajki przypadła Davidowi. Jak widać, nawet w jego berlińskim okresie można znaleźć optymistyczne wątki.
Że Bjork, zanim zaczęła karierę solową, śpiewała w Sugarcubes – to fakt raczej znany. KUKL jest projektem jeszcze starszym, bardziej chaotycznym, punkowym i wrzaskliwym. Swoista islandzka wersja postpunku/gotyku.
Patrząc na skład personalny – chyba największa supergrupa w dziejach rocka. Luzacki, przyjacielski projekt, w rolach głównych: George Harrison, Tom Petty, Bob Dylan, Roy Orbison i Jeff Lynne, że o dodatkowych muzykach sesyjnych nie wspomnę. Pozytywna i przyjemna historia. 

Sebadoh – Bakesale (1994)
Sebadoh to zespół numer dwa Lou Barlowa, na co dzień basisty Dinosaur Jr. I twierdzę, że w najlepszych momentach wcale nie ustępował wiele tej słynnej kapeli. 

Albert Rosenfield – The Best Off (1995) 
To były dobre czasy dla polskiego mocniejszego rocka. Czterej basiści (w tym Titus i bracia Chrzanowscy) oraz Posejdon, perkusista Closterkellera, chwyciło za inne instrumenty i zaserwowało kawał porządnej muzyki, gdzie humor przeplatał się z odpowiednim ciężarem. Wprawdzie to na drugiej płycie znajduje się hit „Tyle słoni w całym mieście”, ale jeśli mam coś polecać, to zdecydowanie wolę debiut. 

Three Fish (1996)
W złotej erze grunge’u aż roiło się w Seattle'owskim środowisku od projektów pobocznych, udziałów gościnnych i różnorakich efemeryd. Najbardziej dziś pamiętamy Mad Season, pewnie zresztą słusznie. Ale i Three Fish, dowodzony przez Jeffa Amenta z Pearl Jam, może się podobać. Post grunge? Psychodelia? Elementy world music? A zresztą szlag z etykietkami. 

Madame – Koncert (1999)
Chronologia trochę jest tu fałszywa, ale co ja poradzę, że ten, dość kiepsko zarejestrowany, koncert został wydany trzynaście lat po nagraniu? Zespół Madame jest jakoś tam kojarzony, ale przypominać go nigdy za wiele, przynajmniej do czasu, aż ktoś wreszcie porządnie zbierze i wyda ich rozproszone nagrania. Połowa lat osiemdziesiątych to najlepszy okres dla polskiego odłamu zimnej i nowej fali, a Madame to czołowy jego przedstawiciel. Najlepsza z muzycznych przygód Roberta Gawlińskiego – chyba żeby rozpatrywać Wilki jako zespół, który nagrał wyłącznie debiutancką płytę. A jak jeszcze dodamy Sadowskiego na gitarze...

Beth Gibbons & Rustin Man – Out Of Season (2002)
Zastanawialiście się kiedyś, jak brzmiałby głos Portishead, gdyby wyciąć mu te wszystkie loopy i sample, i po prostu zostawić z melodią? Otóż brzmi on właśnie tak. A tajemniczy Rustin Man to nie byle kto, tylko Paul Webb, niegdyś gitarzysta Talk Talk. 

Trent Reznor and Atticus Ross – The Social Network (2010)
Wiedzieliście, że lider Nine Inch Nails dostał Oscara? 

Eddie Vedder – Ukulele Songs (2011)
No tak, to jednak nie jest nieznany projekt. Może i szkoda.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza