poniedziałek, 16 grudnia 2013

67. Azbest: Vacek bez Macek "vol. 3"












*1/2


Książka z kluczem? Było. Płyta z kluczem? Nie inaczej. A zespół z kluczem? Znajdziecie mi zespół, a ja już znajdę klucz. Może by tak coś z brzegu... Vacek bez Macek? Nich będzie Vacek bez Macek.
Pierwszy (nome, omen) człon jest dziecinnie wręcz łatwy do rozpracowania. Armata, banan, ben, chuj, ciul, członek, drąg, faja, fajfus, fallus, flet, fujara, interes, jaszczur, jebodrąg, kapucyn, kicha, kiełbacha, kuśka, kutafon, kutanga, kutas, lacha, laga, laska, lufa, mały, ogór, organ, pała, parówa, penis, pindol, pisior, prącie, pocisk miłości, przyrodzenie, ptaszek, pyta, pytong, ryś, sikawka, siur, strażak, trąba, wał. Jednak by osiągnąć w pełni satysfakcjonujące spełnienie naszych starań powinniśmy się zabezpieczy przed powierzchownym, naskórkowym ocieraniem się o istotę tematu. Musimy zdecydowanie zagłębić się w zagadnienie i dokonać jego głębokiej penetracji. I wbrew pozorom doznajemy iluminacji - nie chodzi o to, że projekt jest prężny, potężny i przynoszący przyjemność. Tak naprawdę, zaprezentowany na Vol. 3 materiał jest po prostu dickowy. Nie mylić broń boże z dickowskim.
Jak więc należy podejść do kwestii tego, że rzeczony vacek jest pozbawiony macek? Na chłodno – dziwnym byłby inny stan. Wręcz niezwykła byłaby sytuacja w której zostałby obdarzony rzeczonymi mackami, względnie innymi wypustkami czy dodatkami. Wspomniany stan bezmackowości jest więc naturalny. Zwykły, zwyczajny, normalny, typowy, przeciętny, szablonowy, sztampowy, prosty, trywialny, pospolity, toporny, oklepany, tuzinkowy, siermiężny, przaśny (Boże błogosław wynalazcę słownika synonimów!).
Kawałki zbyt długie i pozbawione polotu. Skatologiczne i nihilistyczne poczucie humoru pozbawione znamion wyrafinowania czy chociażby oryginalności (częstochowskie rymy jako dodanie zniewagi do okrucieństwa nie najgorzej wpisują się w poetykę materiału). Co gorsza nie bawią. Cała „płyta” jest stanowczo zbyt długa i po prostu męczy. Nuda, droga na Ostrołękę. Słucham tego kitu, a mógłbym się upajać najświeższymi hipsterskimi wynalazkami. Dojmujący ból niespełnienia.
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Chyba mam AIDS" - obiecujący, wpadający w ucho i w sumie zabawny.
2. Najgorszy moment: A reszta płyty trafia cię niczym sraka praptaka. I trwa 54 minuty? Bitch, please!
3. Analogia z innymi element kultury: Jak macki to Lovecraft. Ale jak nie ma macek to już nie wiem.
4. Skojarzenia muzyczne: troszkę T. Love (vczesne!), troszkę Big Black (perka z puszki, nie jakość muzyki).
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nawet po zlutowaniu się thiocodinem i szkocką nie odczułem satysfakcji. Chyba nigdy.
6. Ciekawostka: Vłaśnie Vyszła vyjątkowa versja „Vhite Light/Vhite Heat” The Viadomego Vykonavcy. Vspaniałości.
7. Na dokładkę okładka: Pink Floyd - ci to mieli w pytę okładki. Gdzie się podziały tamte zespoły?!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza