niedziela, 14 grudnia 2014

86. Azbest: Collage, "Moonshine"

Ocena: *

Ten Beksiński (ojciec) na okładce i klawiszowe intro kazały mi spodziewać się tzw. gotyckiego metalu. O beztroska naiwności. Mojry uplotły mi zgoła inny sweterek (Sweterek!). Ten obraz to zmyłka jeno. Collage gra neoprog!
Cóż, wyjątkowa płyta. Znalazłem na niej wszystko czego nie cierpię w muzyce, a ponadto odkryłem kilka nowych rzeczy. By dodać zniewagę do okrucieństwa Collage uzurpuje sobie prawo do etykietki „rock progresywny”. Gdzie im do tytanów pokroju King Crimson czy Magma, rozsadzających ramy gatunku? Niestety Collage zadowala się wykorzystaniem kilku najbardziej powierzchownych elementów tej estetyki. Co gorsza podanych w karykaturalnej wręcz formie. Inwencja? Im wystarczy, że piosenka ma ponad 5 minut i ocieka patosem oraz wątpliwym rozmachem.
To całe napuszenie, rozbuchanie na siłę, szybko odbija się czkawką. Gdyby kawałki trwały po 3-4 minuty można by je jeszcze od biedy przełknąć jako ambitny (w intencji autorów przynajmniej) pop-rock. Przeciąganie ich ponad siłę po kilkanaście minut nie przysłużyło się płycie. Już na starcie te piosenki są ckliwe i nieciekawe. Jeśli dłużą się i dłużą a zespół nie oferuje niczego na czym można by ucho zawiesić, nieuniknione jest nadejście nudy. 8 takich utworów trwa prawie 70 minut – niby niewiele, ale odsłuch wydaje się trwać wieczność.
Sytuacji w niczym nie ratuje fakt, ze brzmienie zespołu jest tyleż nieatrakcyjne co ich kompozycje. Sam nie wiem co gorsze na tej płycie. Bezduszne, wygładzone do absurdu brzmienie? Syntezatorowa quasi-symfoniczność z puszki? Mazgajskie, manieryczne zaśpiewy? Chyba jednak te dęte, nic nie wnoszące onanistyczne solówy gitarowe (pogłos, pogłos, więcej pogłosu!).
Muzyka poruszająca do głębi. Już kilka minut starcza by mymi trzewiami targały torsje.
Zacząłem od Beksińskiego (ojca) to i na Beksińskim (synu) skończę. Ileż to osób ze łzami w oczach wspominało jak Beksa promował ambitną muzykę. Polski John Peel nieomal. Jeśli spojrzeć na to z dystansu przestaje być miło. Faktycznie kilka ciekawych rzeczy puścił. A oprócz tego morze kiczu. Taki „Moonshine” w opinii wielu stał się jednym z pomników gatunku. Na szczęście opatrzność ukróciła jego zbrodniczą działalność.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
Nie będę już musiał tego słuchać.
2. Najgorszy moment: gitarowe solówki.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Beksiński (syn)
4. Skojarzenia muzyczne: niestety esencja neoprogu.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Rzewny płacz.
6. Ciekawostka: Reedycja ma o jeden utwór więcej! Jeszcze więcej tego samego za tę samą cenę.
7. Na dokładkę okładka: Beksiński (ojciec).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza