piątek, 14 grudnia 2012

40. pilot kameleon: The Rolling Stones, Got Live If You Want It!



Ocena: ****

W czerwcu 1965 roku w dyskografii brytyjskiej grupy The Rolling Stones pojawiła się koncertowa epka zatytułowana „Got Live If You Want It” [dwa utwory z tego wydawnictwa powtórzono potem na amerykańskim długograju December's Children (And Everybody's)”]. Rok później temat wrócił, z tym że po drugiej stronie oceanu i w formie pełnowymiarowej płyty. Oba wydawnictwa łączy tylko tytuł.  Tyle tytułem wstępu.
Jesienne występy w Wielkiej Brytanii w 1966 roku były dla zespołu pierwszą od ponad dwunastu miesięcy trasą na wyspach. Obejmowała one dwanaście miast, w których wszędzie prócz Londynu zagrano podwójne koncerty. Na suporcie odnotowujemy Ike & Tina Turner czy The Yardbirds (i z Jeffem Beckiem i z Jimmym Pagem w składzie). Wpływy za zakup biletów wyniosły ponad 27 000 funtów, a Charlie Watts podczas trasy pysznił się wąsami. Podczas tych koncertów nagrywano materiał z myślą o płycie koncertowej, która miała nosić tytuł „Got Live If You Want It!”. Koperta informuje, że znalazł się na niej materiał z londyńskiego koncertu w Royal Albert Hall. Nie do końca. Numery pochodzą z innych występów (głównie Newcastle i Bristol, ale również Londyn, jak twierdzi basista Bill Wyman, choć w tym wypadku nie do końca mu wierzę, gdyż żadne inne źródła nie wymieniają tego miasta), posiłkowano się również materiałem studyjnym („I've Been Loving You Too Long” nagrano w studiach RCA w Hollywood w maju 1965 roku, natomiast „Fortune Teller” zarejestrowano w studiach wytwórni Decca w Hampstead w lipcu 1963 roku). Nie obyło się bez masy nakładek dokonywanych w studiu IBC. Wspomniany przed momentem Bill Wyman twierdzi, że „jako album jest to zapchajdziura i być może uważano go za okazję do zarobienia pieniędzy, zanim skończy się dobra passa.” Tyle z ciekawostek*.
Po zapoznaniu się z powyższymi informacjami mało kto będzie podchodził do powyższej płyty z pełną powagą, a już z pewnością nikt nie będzie liczył na to, że jest to cokolwiek więcej niż fonograficzna ciekawostka. Tutaj zatem pojawia się podstawowy błąd, gdyż materiał po pierwsze oddaje atmosferę koncertów, po drugie to świetny przekrój przez wczesny materiał zespołu. Może doskwierać co prawda głośno wmiksowana publiczność, która przez całą płytę jest wyraźnie słyszalna, ale szaleństwo niewiast pod sceną było przecież niebywałe i oddaje ducha epoki. Co dostajemy w zamian? Miażdżący materiał o wręcz punkowym wyrazie. Otwierająca całość kompozycja „Under My Thumb” przecina słuchacza na pół. Dosłownie. Później wcale nie jest lżej. Ciśnienie trochę siada w balladowych fragmentach w stylu „Lady Jane”, by po chwili znów nabrać prędkości pociągu TGV. Wszystko ubarwiają zgrabne pomyłki, których ukoronowaniem jest fragmentem, kiedy riff do „Satisfaction” pojawia się niespodziewanie we wstępie do „The Last Time”. Choć może to akurat przemyślana akcja albo efekt powstały podczas klejenia taśm... Tak czy owak świetne. Nie ma się zatem co obrażać na manipulacje studyjne, takie praktyki były wtedy na porządku dziennym.
Następna koncertówka zatytułowana „Get Yer Ya-Yas Out! The Rolling Stones in Concert” zarejestrowana została trzy lata później. Powszechnie uważa się, że dopiero tamto wydawnictwo jest autentycznie pierwszą prawdziwą płytą live tego zespołu. Można i tak. Zabrakło tam jednak Briana Jonesa, całkowitej zmianie uległ repertuar, minęła pewna epoka, wszystko było inne.

* Podczas pisania tekstu obficie posiłkowałem się książką Billa Wymana zatytułowaną „The Rolling Stones” (Warszawa, 2003).

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Wszystkie szybkie numery.
2. Najgorszy moment: Brzmienie mogłoby być w sumie lepsze.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Omawiana płyta jest wzorowym świadectwem „stonesomanii”. Demontujemy hamulce po obu stronach sceny i czekamy aż coś się wydarzy.
4. Skojarzenia muzyczne: Prócz autorskiego materiału znajdziemy tu cztery przeróbki. Pozostałość po czasach, kiedy wałkowali utwory innych.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Mój rok 2012. Stonesi towarzyszyli mi właściwie bez przerwy. Dziękuję.
6. Ciekawostka. Niniejszą milą redakcja bloga postanowiła skromnie włączyć się w obchody półwiecza działalności zespołu The Rolling Stones.
7. Na dokładkę okładka. Zlepek koncertowych zdjęć. Książeczka kompaktu choć sympatyczna, jest jednak zbyt mała, by faktycznie rozkoszować się tymi fotkami. Winyl by się przydał.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza