piątek, 14 grudnia 2012

40. Basik: The Rolling Stones, "Got Live If You Want It!"


The Rolling Stones - Got Live If You Want It!


Ocena: * * * 2/3

Dla tych, dla których wczesny etap działalności The Rolling Stones wydaje się mało porywający lub po prostu zniechęceni są rozdrobnieniem tegoż materiału na sporawą ilość singli, mini-albumów itp. dobrym rozwiązaniem jest sięgnięcie po albumy kompilacyjne. Na myśl oczywiście przychodzą najważniejsze pozycje tego typu, czyli „Rozgrzane kamury” (Hot Rocks {1964-1971}) oraz „Więcej napalanych kamulców” (More Hot Rocks {Big Hits and Fazed Cookies}). Ze swej natury, płyty koncertowe również są swoistymi „best ofami” będącymi dobrym podsumowaniem fragmentu życiorysu zespołu. Takim „dokumentem” jest właśnie „Got Live If You Want It!” nagrany w 1966. Cudzysłowu użyłem intencjonalnie gdyż album ten jest niemal dokumentu przeciwieństwem. Właściwie jest to dokument fabularyzowany z dużą domieszką fikcji. Bazowy materiał został co prawda nagrany na żywca jednak duża jego część doczekała się „poprawek studyjnych”. Mało tego, aplauz oraz okrzyki najaranych widzosłuchaczy również doklejono na etapie produkcji. Dla jednych świadomość tego faktu może być nie do przejścia („To przecież nie jest „TRU!”, TatooOO!). 
Mnie to akurat nie przeszkadza. Między wierszami można wyczytać przecież więcej. Wieść niesie, że koncerty Stonesów w owym czasie były totalnym chaosem, który rozpoczynali histeryczni fani a objawiał się między innymi szturmem sceny. Dobry powód na nagranie płyty koncertowej w studio z dala od szajbusów, nie? Fikcja ma w sobie więcej prawdy niż sama prawda. Zostawiam ocenianie „Got Live…” w kontekście dymu i luster tzw. znawcom muzyki, Wielkim Śledczym. 
Wykonania bronią się same. „Under My Thumb” z tego albumu to najlepsza mi znana wersja utworu. Brudna, agresywna i szybka. Prawie jak jakieś proto-MC5 (proto-proto-punk?). Charlie Watts wali tu w bębny jakby przewidywał powstanie Ministry. Wszystkie utwory (poza „balladami” – tych jednak niewiele) mają tu taki charakter: szybko, hałaśliwe, rytmicznie. Do posłuchania mamy świetny, choć krótki wybór „kamiennych” hitów od „Get Off of My Cloud” po „(I Can’t Get No) Satisfaction”
Czy to jest pierwsza koncertówka The Rolling Stones? Nie wiem. Czy quasi-koncertowy „Got Live If Sou Want It!” oddaje ducha koncertów Stonesów z owej epoki? Wierzę i czuje, że tak i polecam wszystkim, którzy myślą błędnie, że młodociani Stones to zawodowe mięczaki.  

Kwestionariusz:  
1. Najlepszy moment: Jagger, Richards, Jones, Watts i Wyman. 
2. Najgorszy moment: momentami jednak bałaganiarstwo tych nagrań może lekko irytować.
3. Analogia z innymi element kultury:  Mick ma dużo KULTURY osobistej czego dowodem są grzeczniutkie podziękowania do rozwydrzonej publiki „Thank you very much indeed !”. Efekt komiczny. To były czasy!  
4. Skojarzenia muzyczne: The Beatles, MC5, The Stooges. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: tupania i klaskania. 
6. Ciekawostka: Brzmienie tego albumu jest tak tłuste, że po każdym odsłuchu sprawdzam sobie poziom cholesterolu. Jest też tak brudne, że za każdym razem muszę czyścić uszy!  
7. Na dokładkę okładka: Kompozycja zdjęć z występów. Perkusista ma ich jak zwykle najmniej, co zazwyczaj prowadzi do frustracji i niskiego powodzenia u fanek.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza