piątek, 14 grudnia 2012

40. Azbest: The Rolling Stones "Got LIVE If You Want It!"

 The Rolling Stones - Got Live If You Want It!

Ocena: * *

Jak wiadomo lata 60 to nie inna epoka tylko inna planeta. Te same płyty po obu stronach Atlantyku ukazywały się w nierzadko bardzo odmiennych wersjach. Albo nawet nie pokonywały wielkiej wody. Tak też było z pierwszą pełnowymiarową koncertówką Rolling Stones. Co ciekawe inicjatywa wyszła ze strony wytwórni, a sam zespół się do niej nie przyznaje. Zawarcie bliższej znajomości z tym "dziełem" sprawia, że przestaje to dziwić.
Nie jest tajemnicą, że przy materiale intensywnie majstrowano w studio. W dodatku dwa utwory "I've Been Loving You Too Long" i "Fortune Teller" to odrzuty studyjne z dogranymi odgłosami ekstatycznie reagującej widowni. Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji płyta zabrzmi jak kryształ. I tu niespodzianka - korporacyjne pijawki postanowiły brejknąc wszystkie obowiązujące rule. Mimo swej wątpliwej autentyczności te nagrania urągają wszelkim standardom. I to nawet jak na połowę lat sześćdziesiątych.
Na pierwszy plan wysunięty jest głos Jaggera, reszta zespołu jest słyszalna równie wyraźnie jak odgłosy tłumu. no dobra - minimalnie głośniej. A jedyny dźwięk wydawany przez tłuszcze to przeciągły, jednostajny pisk, niecichnący przez caluśką płytę. Pierwsze skojarzenie to jakiś niezbyt udany noisowy eksperyment.
Gdyby "producent" ograniczył się jedynie do tego mógłbym jeszcze przeboleć jego działalność. Niestety znaleźć można więcej rodzynków. W "Get Off My Cloud" chórki brzmią niczym nagrywane w podziemiach kancelarii rzeszy, ale słodki Mike już nie. W innym z utworów w pewnym momencie gitara bez żadnego powodu zostaje ściszona. Itd. Nie żebyśmy tracili przez to jakąś wirtuozerię - kiedy zespół słychać nie brzmi ani trochę fascynująco, a pozoiom generowanej przez nich energii jest w najlepszym razie średni. Ale w tych czasach wystarczyło pomachać trochę grzywką żeby rozpalić widownie do białości.
A skoro położono wszystko co wywalić się mogło, zadbano również o marny dobór repertuaru. To nie były jeszcze najlepsze czasy zespołu, ale było z czego wybierać. Świadczy o tym wydana nieomal w tym samym czasie bardzo przyjemna składanka "Big Hits (High Tide and Green Grass)".
Sam początek tej koncertówki z całkiem fajną wersją "Under My Thumb" jest rasową zmyłką. Później jest gorzej - "Lady Jane" jest już żałosne. Nic nie lepsze okazują się wspomniane już wcześniej dwa studyjne odrzuty - jeden słaby, drugi fatalny. Chociaż muszę przyznać, że fascynujący jest już sam fakt uchowania się jakichś resztek - w latach 1965-66 wydali 3 długograje i przynajmniej pół tuzina singli. Trudno liczyć by pozostały im warte uwagi nagrania.
"Got LIVE If You Want It!" przy takich klasykach z epoki jak "Live at the Apollo" Jamesa Browna (yeeeaaaah!) czy "Live at the Star-Club" Jerrego Lee Lewisa (zagłada!) ma tyle samo mocy co pierdnięcie w porównaniu z eksplozją bomby atomowej.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
"Under My Thumb" oraz "I'm Alright"
2. Najgorszy moment: Produkcja!
3. Analogia z innymi element kultury: Trop dla osób, które otarły się o teorie marketingu - "hit and run" (por. pkt 6)
4. Skojarzenia muzyczne: Poruszające ciało i umysł raźne pobrzekiwanie przesypywanej mamony.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: dziarskie wymachiwanie marynarą.
6. Ciekawostka: Półtora roku wcześniej wydali świetną koncertowa Epkę "Got LIVE If You Want It!" - łatwo o pomyłkę.
7. Na dokładkę okładka: Nie wiem jak to prezentowało się w oryginale, ale w kompaktowych wymiarach jest mało przejrzyste.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza