piątek, 14 grudnia 2012

40. Pippin: The Rolling Stones, Got Live If You Want It!


Ocena: * * ½

Nawet gdy odłożę na bok moją ogólną niechęć do płyt koncertowych (chociaż na koncerty chodzić lubię), mam niemały problem, jak ugryźć to wykopalisko Rolling Stonesów. No bo co tu oceniać? Same piosenki – wiadomo, znakomite. Wykonanie – niechlujne, ale przyzwoite. Jakość dźwięku – łagodnie mówiąc, niespecjalna.
„Got Live If You Want It!” to taka trochę płyta-kuriozum. Niby wyszła i w Anglii (jako minialbum), i w USA – ale obie wersje nie mają ze sobą prawie nic wspólnego (w niniejszym tekście zajmujemy się wersją amerykańską). Niby koncertówka, ale dwa utwory nagrane w studio, ze sztucznie dogranymi odgłosami publiczności (chwytacie w ogóle ten pomysł?).  Mało tego – nawet w tych „prawdziwych” koncertowych kawałkach sporo potem poprawiano w studio - nie wiem, po cholerę. Albo inaczej – jeśli tak brzmi toto po poprawce, to nie mam zamiaru zapoznawać się z oryginałem. Sami Stonesi marginalizują dziś znaczenie, a nawet „oficjalność” tej płyty, a główna jej zaleta jest jedna – to jedyny ich album koncertowy z Brianem Jonesem na gitarze.
Dobór repertuaru należy uznać za wysoce zadowalający, znajdziemy tu niemal wszystkie najważniejsze hity z wczesnych lat zespołu – nie zabrakło ani „Under My Thumb”, ani „19th Nervous Breakdown”, ani nastrojowego „Lady Jane”. Wykonanie jest żywiołowe jak się patrzy i raczej bez wpadek – choć nie przeczę, cieszy się morda, gdy riff do „Satisfaction” wybrzmiewa przypadkiem na wstępie do „The Last Time” (utwór znany też miłośnikom Dr. Huckenbusha jako „Nie graj ze mną w chuja”). Przeszkadza za to wszechobecna publiczność, która wrzeszczy, piszczy i przypomina tę z czasów Beatlemanii (chociaż do koncertowych nagrań wczesnych The Beatles (tak, wiem, koncertowych nagrań późnych The Beatles nie ma, chyba że liczymy te z dachu), gdzie często nie słyszymy ani instrumentów, ani śpiewu, jest bardzo daleko) – diabli ich wiedzą, czy oni cokolwiek słyszeli na tym koncercie, chcieli być tam, widzieć swoich idoli i, że tak się wyrażę, poprzeżywać. Gorzej ma typ słuchający płyty grzecznie w domu – wrzaski owe szybko go zirytują. No chyba, że chce potraktować album jako dokument swoistej epoki.
Jako dokument rzeczonej epoki zatem – co najmniej mocna czwórka. Same piosenki – godne najwyższych ocen. Jako płyta do słuchania w domu – to jednak nie za bardzo. Lepiej wrócić do wersji studyjnych, bądź skierować swe uszy na „Get Yer Ya-Ya's Out!”. Chociaż Briana Jonesa szkoda.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Under My Thumb” wyszedł naprawdę fajnie.
2. Najgorszy moment: „Fortune Teller” nie brzmi źle, ale apeluję przeciw takim fałszerstwom.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Dlaczego nikt nigdy nie wymyślił terminu „Stonesomania”?
4. Skojarzenia muzyczne: Zdecydowanie za często piszę w tym punkcie, że zespół, o którym piszę, kojarzy się muzycznie z zespołem, o którym piszę. Ale sami powiedzcie – z czym mają się kojarzyć Stonesi?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wspominki o młodzieńczych latach rocka.
6. Ciekawostka: The Rolling Stones oficjalnie obchodzą właśnie pięćdziesiąt lat istnienia. Schylając nisko głowę i gratulując pokornie, nie mogę nie zauważyć, że dwa nowe utwory to trochę mało, jak na uświetnienie takiego jubileuszu.
7. Na dokładkę okładka: Ech, ta fryzura Briana....

 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza