czwartek, 29 listopada 2012

39. Azbest: Soundgarden "King Animal"

 Soundgarden - King Animal
 
Ocena: * * 1/2
Jak przy każdej reaktywacji pojawia się to samo pytanie - "nie dadzą aby ciała?". Zwolennicy Soundgarden mogą się odprężyć i swobodnie odetchnąć - zespół zagrał na swoim zwyczajowym poziomie. No może tylko trochę słabiej. Krótko mówiąc przeciętna, niezbyt oryginalna płyta z nudnymi kawałkami.
Z całego grunge'owego miotu Soundgarden ceniłem najmniej (nie wnikając juz w to jak sztuczne było to określenie). Nie mogę też powiedzieć bym za nimi tęsknił. Ani nawet podekscytował się wieścią o ich powrocie. Czy chociaż oczekiwał czegoś pozytywnego po albumie studyjnym.
A ich poczynania po powrocie mogły budzić niepokój (czy wręcz nawet niesmak). Na rynek trafiały składanka [z nowym (odrzut z 1996*) singlem, koncertówka (z 1996 - wtf - zahibernowali się mentalnie czy jak?), obszerniejsza składanka (prawie cała dyskografia) i wreszcie marny singielek do "Avengers" [a sam film zacny - scena w której Hulk pomiata (dosłownie) Lokim urocza]. I trasa w międzyczasie. Mogło to budzić obawy co do zasadności czekania na płytę. Traf jednak chciał, ze postanowili przerwać ćwiczenia w prokrastynacji. Widać uznali, że do Pixies w tej kategorii wagowej nie podskoczą. I nagrali płytę.
Zawartość albumu to logiczna kontynuacja, ale nie linii Soundgraden tylko działalności ich lidera. O ile „Down On the Upside” był nieco słabszy to jeszcze interesujący. Solowe płyty Cornella były w najlepszym wypadku nieinteresujące. Obecna płyta jest mięciutka i nijaka w porównaniu z „Badmotherfucker” chociażby. Kurde, jak ja lubiłem to ich zżynanie z Black Sabbath. No może delikatniej – inspirowanie się. Nie był to przejaw oryginalności, ale fajnie brzmiało. Obecnie Soundgarden nie zniża się do takich zagrywek i wolą pograć bez charakteru. Szkoda tylko, że nie nabrali przy tym oryginalności.
Mimo wydelikacenia brzmienia da się tego słuchać, ale poważnym problemem pozostają piosenki. A raczej ich mizerna jakość. Zawsze mieli z tym problem i z biegiem czasu nasilił się, nie zniknął. Niby wszystko gra, coś tam się dzieje i tyle... Po dwóch tygodnia intensywnego słuchania w głowie pozostaje raptem jeden utwór. Marny to wynik. Gdzie nowe „Jesus Christ Pose”? Gdzie następca „Black Hole Sun”? Muzyka tła – nie wyłączyłbym radia gdybym usłyszał coś takiego. Ale może właśnie dla tego nie słucham radia. 

* Rzeczony kawałek to "Black Rain" i oczywiście został nagrany w 1991. Mój błąd. Dzięki za sprostowanie http://www.facebook.com/SoundgardenPoland.


Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Been Away Too Long".
2. Najgorszy moment: konstatacja, że nie moge przypomnieć sobie żadnej innej piosenki z tej płyty.
3. Analogia z innymi element kultury: W tekstach Cornella często pojawia się motyw podróży.
4. Skojarzenia muzyczne: Soundgarden... Albo nie - solowy Cornell.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: wzruszenie ramionami, ale takie niezbyt energiczne.
6. Ciekawostka: tytuł wysoce nieadekwatny - zwierzęcości tu nie uświadczysz.
7. Na dokładkę okładka: taka jakaś neurosisowata. Już myślałem, że zaprogramowałem się ostatnim odcinkiem, a tu nie - stworzył ja Josh Graham. Do niedawna członek Neurosis. Czyżby nie chcieli być kojarzeni z Soundgarden?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza