poniedziałek, 19 listopada 2012

38. pilot kameleon: Neurosis, Honor Found In Decay




Ocena: ***1/2

Stałą cechą otaczającej nas rzeczywistości jest wszechobecna potencja. Dane sytuacje czy też zdarzenia mogą zaistnieć lub też nie. Czynników decydujących o tym, co przybierze szatę faktu, a co pozostanie tylko możliwością jest bardzo wiele. Do tej pory cały kosmos sprawiał, że aktywnie nie nawiązałem żadnego kontaktu z muzyką zespołu Neurosis. Przymus kolektywnego pisania na zadany temat sprawił jednak, że spełnione zostały wszelkie warunki do tego, abym w końcu ją poznał.
Porzućmy abstrakt i przejdźmy do konkretów. Siedem długich kawałków, spełniających wszelkie cechy, by nazwać je monumentalnymi dają razem niewiele ponad godzinę muzyki. Posępność, namacalny smutek wyzierają z tego wydawnictwa zarówno w momentach cichych, jak i podczas metalowego uderzenia czy transowania na miarę grupy Swans. Minorowy nastrój, powolne tempa i posługiwanie się raczej ciemnymi barwami, adekwatnymi do jesieni za oknem przegryza się zacnie. „Honor Found In Decay” to świetnie skrojone kompozycje, raczej bez dłużyzn, smęcenia czy lania wody. Bez wątpienia pierwsza liga, choć może brakuje tutaj trochę bardziej wyrazistych fragmentów. Co więcej wciągające atmosferyczne sludge’owanie, postrockowe fragmenty, akustyczne wtręty połączone z sądami znajomych (serdeczne pozdrowienia dla kolegi Jana), przeglądem sieci i prasy fachowej oraz wiedzą własną świadczą o tym, że zespół nie jest żadnym pogrobowcem wymienionych stylistyk, ale wizjonerem, który maczał palce w powstaniu unikalnej mieszanki uzurpowanej obecnie przez setki naśladowców. I to najbardziej rzuca się w ucho podczas dziewiczych odsłuchów. Całe dobro tej muzyki przytłoczone zostaje obrazami milionowej armii epigonów.
Wrócę jeszcze na moment do Swans. Ta grupa wydaje mi się bardzo ważnym punktem odniesienia (Tak, pamiętamy o kolaboracji z Jarboe). Naprzemiennie słuchanie „The Seer” Swansów oraz „Honor Found In Decay” Neurosis zgrabnie ową zależność pokazuje. Płyty różne, a jednak w jakiś sposób podobne. W bezpośrednim starciu nowy album Michaela Giry i jego ekipy zbiera jednak wszystko i elegancko pretenduje do jednego z najważniejszych wydawnictw 2012 roku. A Neurosis, chociaż poza podium, i tak jest bardzo sympatyczne. Każdy ma przecież swoją nerwicę.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny / I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny.
2. Najgorszy moment: Spore problemy natury recenzenckiej podczas pisania.  
3. Analogia z innymi elementami kultury: Pod adresem www.nerwica.com znajduje się polskie „Forum Psychologiczne. Nerwica, depresja, psychologia.” Wkrótce dobiją do miliona postów.
4. Skojarzenia muzyczne: sludge, atmospheric, post.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Zachód słońca w okolicy 16, brak słońca, nie ma nadziei, choć ostateczna zagłada też nie chce nadejść.
6. Ciekawostka. Album współprodukował Steve Albini. Muzyk, producent, osobowość.
7. Na dokładkę okładka. Mrówki niespodziewanie dopadły Posejdona i została tylko dzida. Co za niefart dla włodarza mórz! Zwłaszcza, że wszystko odbyło się w jakimś pokoju na poddaszu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza