czwartek, 29 listopada 2012

39. pilot kameleon: Soundgarden, King Animal

 
Ocena: ****


„Mijają lata, zostają piosenki”. Tytuł audycji Danuty Żelechowskiej i Jana Zagozdy można pięknie sparafrazować i odnieść nie do piosenek, ale albumów długogrających. Zespołu Soundgarden na ten moment. Ich dorobek przez ostatnie lata raczej szlachetniał niż tracił na wartości. Pięć płyt długogrających było jak pięć kroków na ścieżce samodoskonalenia. Świeże „Ultramega OK.”, głośne „Louder Than Love”, wściekłe „Badmotorfinger”, klasyczne „Superunknown” i dojrzałe „Down On The Upside”. I tak miało pozostać. Panowie jednak po kilkunastu latach postanowili wrócić do muzykowania pod legendarnym szyldem. Lepiej być nie mogło, choć mogło być przecież bardzo źle.
Riff otwierający „Been Away Too Long”, pierwszą kompozycję na płycie, pozwala zdefiniować właściwie cały album. Jest klasycznie, lekko, zajmująco i niezwykle swobodnie. Panowie rozwinęli formułę wypracowaną na „Down On The Upside”. Nie boją się kombinowania, ale lekko odciążyli konstrukcję wymontowując większość sabbathowych elementów. Postawili również na niezwykle czystą produkcję. Dominują raczej jasne dźwięki, choć fani Shepherda z pewnością nie będą zawiedzeni. Basu jest dużo. Grubasek prócz czterostrunowca przyniósł do studia również całkiem sporo fajnych pomysłów. Wygłodniał i mocno się zaangażował. Pewnie dzięki temu tak zgrabnie łączy perkusyjny groove Camerona z gitarowymi historiami Cornella i Thayila. W przypadku tych dwóch ostatnich panów cieszą wzorowe riffy i pięknie wkomponowane sprzężenia. Kolega Cornell nie zawiódł także na polu wokalnym. Na swoim solowym albumie „Scream” z 2009 roku spożytkował swoje najgorsze pomysły, więc dla Soundgarden pozostały już tylko te dobre. Wokalnie nie ma co prawda za wiele firmowego wycia w stylu piły motorowej, ale to raczej świadomy zabieg. Starszemu panu pewnych rzeczy nie wypada robić. Tak czy owak, nawet głuchy pokapuje, że wyszła im elegancka płyta.
Co natomiast nie trybi? Każda płyta Soundgarden ma to do siebie, że jeśli zostałaby odchudzona o dwa lub trzy kawałki, tylko na zdrowie by jej to wyszło. „King Animal” wpisuje się w ten trend. Cieszy jednak wstrzemięźliwość (płyta trwa niewiele ponad 50 minut) w prezentowaniu materiału. Mało kto dziś pamięta, że 80 minut to maksymalna, a nie pożądana długość płyty. W takim razie na kogo jeszcze czekamy? Na szybko do głowy przychodzą dwie nazwy. Rage Against The Machine i Faith No More. Liczę zwłaszcza na tych drugich.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Utwór 5 i utwór 11, czyli odpowiednio „Blood on the Valley Floor” i „Worse Dreams”.
2. Najgorszy moment: W sumie to było mi obojętne, jak im ta płyta wypadnie. Mile zaskoczyli. Niemniej jednak obojętność zawsze jest najgorsza.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Nazwa zespołu wzięta została od rzeźby zaprojektowanej przez Douga Hollina, którą można podziwiać w Magnusson Park w Seattle.
4. Skojarzenia muzyczne: Ogród dźwięku. Nie można napisać nic innego.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Rozmyślań o tym, dlaczego jednym się udaje, a innym niekoniecznie.
6. Ciekawostka. Materiał miksował Joe Baressi, który ma na koncie współpracę między innymi z  Kyuss, The Melvins, Tool, Queens of the Stone Age, Coheed and Cambria, Tomahawk, L7, The Jesus Lizard, Bad Religion. Legenda.
7. Na dokładkę okładka. Co to? Fiński folkmetal? Całe szczęście wnętrze bookletu jest bardziej atrakcyjne niż front. Wieje chłodem, choć co prawda takim z lodówki firmy Beko.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza