wtorek, 20 stycznia 2015

89. Azbest: Mission of Burma, "Vs."

 ****1/2

Łagodzenie brzmienia - zmora zespołów tzw. sceny alternatywnej. Z reguły traci na tym tak zespół jak i słuchacze. Wraz z szumami, trzaskami i przeróżnymi chropowatościami ubywa im wiarygodności, a i grają jakby mniej interesująco. Z reguły... Są rzadkie przypadki gdy taki zabieg decyduje o tym, że zespół zaistnieje w masowej świadomości. Przykład? Mission of Burma. Zasłynęli w rodzinnym Bostonie z hałaśliwych i piekielnie głośnych koncertów. I to parę lat przed Swans czy Sonic Youth. Lecz gdy krążąca w "środowisku" fama zderzyła się z pierwszymi zarejestrowanymi nagraniami okazało się, że realizator popracował trochę nad brzmieniem zespołu. Ale i tak było czego posłuchać.
Mission of Burma powstało w 1979 roku, ale zamiast załapać się na końcówkę pierwszej fali punka albo stać się pionierami hardcore poszli w swoją stronę. Muzykę na ich pierwszej (i do czasu reaktywacji jedynej) płycie "Vs." najlepiej można opisać jako swego rodzaju etap przejściowy między post-punkiem a noise rockiem.
Są tu hałaśliwe, brzęczące gitary - riffy sprawiają wrażenia jakby w każdej chwili miały się posypać w mniej czy bardziej kontrolowane sprzężenie. Kawałki są motoryczne co sprawia, że stają się łatwo przyswajalne. Ta transowość odziedziczona po Gang of Four czy The Pop Group bardzo służy materiałowi. Tu i ówdzie słychać też echa prostolinijnej melodyjności wczesnego punk rocka. Nie mieli tez zamiaru trzymać się struktury "zwrotka - refren - itd." - chwilami przypomina się wręcz NEU! „Vs.” to płyta tyleż intrygująca co porywająca.
Zbierając do wszystko w całość Mission of Burma najbliżej było chyba do No Wave, ale w przystępniejszym, strawniejszym wydaniu. Podobnie podejdą do zagadnienia w kilka lat później Sonic Youth. I to z doskonałym skutkiem. Tym bardziej, że nie będą mieć już na tym polu konkurencji.
Wspominałem o o tym, że grali zajebiście głośne koncerty? A o tym, że gitarzysta spieprzył sobie od tego słuch? No więc właśnie - nagrali jedna płytę i rozpadli się ze względów zdrowotnych. A, że udało im się zrobić coś fajnego i odeszli w niebyt nim zdążyli nagrać słabsza kontynuację zyskali legendarny wręcz status oraz rzesze zwolenników i naśladowców. Tu i ówdzie. W Polsce Tylko Rock lansował tezę, że za wielką wodą niezależny rock rozkwitł w pamiętnym roku 1991. A przecież Pearl Jam nie zatytułowali swojej drugiej płyty "Vs." z uwagi na swa fascynacje Godzillą. Po latach zespół się reaktywował, ale nawet nie słyszałem więc się nie wypowiem czy zrobili to z klasą. 
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Secrets"
2. Najgorszy moment: męczący, uporczywy szum w uszach.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Guy Delisle "Kroniki birmańskie". Poza tytułem raczej nie ma zbieżności, ale i tak warto przeczytać.
4. Skojarzenia muzyczne: Całe mnóstwo nazw, ale to Mission of Burma powinno być punktem odniesienia.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: drôle de hiver.
6. Ciekawostka: Michael Azerrad poświęcił im rozdział w "Our Band Could Be Your Life: Scenes from the American Indie Underground, 1981-1991".
7. Na dokładkę okładka: Marzy mi się taka tapeta...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza