wtorek, 30 września 2014

82. Basik: Lady Pank, "O dwóch takich, co ukradli księżyc"

Lady Pank - O dwóch takich, co ukradli księżyc 

Ocena: * * 1/2

Dobroduszny Zbigniew Wodecki stanął w obronie zespołu Panasa usprawiedliwiając jego sceniczne zachowanie, że to przecież standardy rock’n’rollowe. O co to oburzenie? W ogóle to oddać im te czterdzieści tysi. Zbigniew ponadto porównuje te przykre przedstawienia w wykonaniu lidera i gitarzysty do gigów The Rolling Stones co świadczy, że po pierwsze Zbigniew dawno nie był na koncercie Lady Pank, po drugie w ogóle nie kuma dżezu jak myśli, ze Jagger latał zbetoniony po scenie i bełkotał swoje teksty a Richards zaliczał co trzeci gig bo leżał „niedysponowany” w swoim hotelu. Nie wiem czy Mickowi zdarzyło się kiedykolwiek przeklnąć na scenie, w odróżnieniu od Panasewicza, rzucającego „chujami” w obecności dzieci. Zbigniewie, zastanów się proszę jak to „rokendrolowe” zachowanie na scenie koresponduje z współczesną twórczością Lady Pank - żeby użyć języka lidera – z tym pizdowatym pop-rockiem. 
Nie sądzę, że historia z Tarnobrzega, do której nawiązuję (szacuneczek dla burmistrza!) w jakiś sposób wpłynęła na dalszą „karierę” LP. Zawsze przecież będą do ogarnięcia jakieś „sztuki” na Dniach Kasztana, Biennale Przędzy Chujewskiej, czy świniobiciu u wójta w Muszynie. Tak czy siak, ziarno zostało zasiane. 
W takiej sytuacji, perspektywa pisania o Lady Pank, w dodatku o płycie, którą znam z dzieciństwa (podobnie jak „Gwiazdkowe Dzieci”) jawiła się dla mnie drogą przez mękę.
Po trudzie zerwania z kontekstem dnia dzisiejszego, ścieżka dźwiękowa do serialu animowanego „O dwóch takich, co ukradli księżyc” okazuje się całkiem przyzwoitym longplejem. Ustępującym naprawdę świetnemu debiutowi ale jednak słuchalnym w odróżnieniu od ich współczesnych dokonań. W muzyce Lady Pank nadal siedzi post-punkowy puls, nowofalowa przebojowość oraz Police’owe interpretacja reggae. Z albumem mam jednak kilka problemów. Rzecz jest bardzo nierówna kompozycyjnie. Obok ciekawych numerów, które zna pewnie każdy, jest kilka naprawdę irytujących banałem i drażniącym brzmieniem syntezatorów np. temat „Matka” czy „rycerska” „Chmurka”. Szczytem okropieństwa jest ballada - „Oaza” śpiewana (chyba) przez Borysewicza, którą pogrąża totalnie niby-psychodeliczna transowa końcówka z solówką na udawanym sitarze. 
Jeszcze większy problem - tym razem urodzony wyłącznie w mojej głowie –słuchając tego soundtracku przed oczami stają mi obrazy z serialu animowanego, którego nie znoszę. Nie doceniam odniesień do „Żółtej Łodzi Podwodnej” i „Alicji w Krainie Czarów”, denerwuje mnie fabuła, która bez wyraźnego morału jest tylko historią o dwóch małych złamasach, którzy skazują samotną matkę na śmierć głodową. A ponad wszystko nie zachwyca mnie przygnębiająca i brzydka atmosfera. Muzyka Borysewicza pasuje do tego jak pięść do nosa, ale mimo to przyjemniej się tego słucha niż ogląda.

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: mało znany "Latający Kot", ma fajny tekst i muzycznie jest w stylu Oldfielda z „Discovery”, co lubie. 
2. Najgorszy moment: opowie Ci o nim pani z Pruszcza Gdańskiego 
3. Analogia z innymi element kultury: alkoholizm 
4. Skojarzenia muzyczne: Rolling Stones
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nie pasuje 
6. Ciekawostka: W 1988 roku, Borysewicz nagrał samodzielnie drugą część płyty. Bardzo złą. Wydanie CD z 2007r, które można znaleźć na półkach sklepów zawiera obie części. Niepotrzebnie. 
7. Na dokładkę okładka: Z przodu rysunkowy Jagger i Richards, na balkonie Renata Wood, na murach Charlie Watts zapina Wymana. Zdjęcie wykonał Zbigniew Wodecki na koncercie Stonesów w 1548 roku na Wyspie Wolin.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza