wtorek, 23 września 2014

81. Pippin: Does Humor Belong in Music?

Pobieżny rzut oka na, nawet szeroką, listę moich ulubionych kapel i odnalezienie na niej wesołków pokroju Joy Division, The Cure, Radiohead czy innych Alice In Chains jasno zasugeruje, że w moim przypadku odpowiedź na pytanie postawione w tytule mili raczej pozytywna nie będzie. Tymczasem nie jest aż tak czarno. OK, jestem z tych, co to muzykę raczej wolą Przeżywać, Doświadczać i Odczuwać – ale pozamuzyczne poczucie humoru mam, jak sądzę, niezgorsze, więc jak ktoś inteligentnie i zabawnie czymś przyłoży, to czasem łaskawie zaakceptuję. Poniżej dziesięć losowych przykładów.

The Beatles – Glass Onion (1968)
Chłopaki z Liverpoolu poczucie humoru mieli niezmierzone. Dowody można mnożyć – wczesne wywiady, filmy, żarty czysto muzyczne... Ja wybieram autoironiczne „Glass Onion”, prztyczek w stronę niestrudzonych badaczy twórczości The Beatles (Well, here's another clue for you all – the Walrus was Paul).

Monty Python – Decomposing Composers (1980)
Jak humor – to Monty Python. A że panowie, prócz robienia filmów, również nieźle śpiewali, miejsce na liście mają bez problemu. Weźmy „Decomposing Composers”, w którego końcówce mamy piękny przegląd synonimów pożegnania się z tym światem. Alternatywną propozycją może być recytacja rozpoczynająca pieśń o Oliverze Cromwellu (The most interesting thing about King Charles, the First is that he was 5 foot 6 inches tall at the start of his reign, but only 4 foot 8 inches tall at the end of it).

Klaus Mitffoch – cała, jakże krótka, twórczość, ale niech będzie „Siedzi” (1985)
Cała płyta i pozapłytowa twórczość Mitffocha przesiąknięta jest inteligentnym czarnym humorem, nie tylko słownym. Weźmy chórki w „Powinności kurdupelka”, pieśń „Śpij, aniele mój”, wreszcie poetyckie przedstawienie dylematów metafizycznych w tekście „Siedzi”. Z frazą Nie wiem, a chciałbym wiedzieć (w informacji też nie wiedzą), dokąd zmierza świat.

Bielizna – Kołysanka dla narzeczonej tapicera (1989)
Wgląd w specyficzny humor Jarka Janiszewskiego i Bielizny dają już tytuły piosenek - „Dwóch wchodzi, a jeden wychodzi”, „Prywatne życie kasjerki PKP”, czy moja ulubiona „Krótka przygoda z człowiekiem, który obiecywał wykładzinę podłogową”. Należy jednak dostrzec, że za tym wariactwem kryje się niemały talent. Bo czyż wsłuchawszy się w „Kołysankę dla narzeczonej tapicera”, nie znajdziemy tam przede wszystkim pięknej piosenki miłosnej?

Dread Zeppelin - Immigrant Song (1990)
Cały pomysł na ten zespół to był jeden wielki wygłup. Rege szczerze nie znoszę i tym bardziej powinienem się zżymać, gdy mi ktoś na rege przerabia jeden z ulubionych zespołów. A tu proszę, uśmiałem się po pachy.

Ugly Kid Joe – Heavy Metal (1991)
Konstruktor Trurl sporządził raz maszynę, która umiała robić wszystko na literę n. (…) - Na n? - rzekł Klapaucjusz. - Dobrze. Niech zrobi naukę.
Maszyna zawarczała i po chwili plac przed domostwem Trurla wypełnił się tłumem naukowców. Wodzili się za łby, pisali w grubych księgach, inni porywali te księgi i darli je na strzępy, w dali widać było płonące stosy, na których skwierczeli męczennicy nauki, tu i ówdzie coś hukało, powstawały jakieś dziwne dymy w kształcie grzybów, cały tłum gadał równocześnie, tak że słowa nie można było zrozumieć, od czasu do czasu układając memoriały, apele i inne dokumenty, w odosobnieniu zaś, pod nogami wrzeszczących, siedziało kilku samotnych starców i bez przerwy maczkiem pisało na kawałkach podartego papieru.
- No co, może złe?! - zawołał z dumą Trurl. - Wykapana nauka, sam przyznasz!
Ugly Kid Joe, zapomniana dziś gwiazdka początku lat dziewięćdziesiątych, startując z podobnych pozycji, w niespełna pół minuty opisali heavy metal.

Acid Drinkers – Seek and Destroy (1992)
Acid Drinkers, mimo że są solidną mocną metalową kapelą, żarty stroją sobie już od ponad dwudziestu lat. Jedne lepsze, inne gorsze, ale pomysłów im nie brakuje. Wybieram pierwszy, który mnie ujął – Metallikę zagraną na flamenco. A dodatkowo Bartosiewiczka udaje Janis.

Big Cyc – Przemówienie Lecha Wałęsy na zjeździe hodowców trzody chlewnej (1995)
Mógłbym chyba nawet się założyć, że w sondzie wśród tak zwanych przeciętnych Polaków na hasło „humor w muzyce” Big Cyc pewnie by wygrał. Humor Big Cyca, często przyciężki i siermiężny miewa czasem piękne wzloty na szczyty absurdu. Jak w tym utworze – który nie byłby niczym szczególnym, gdyby nie tytuł.

Kazik – DJ Killer (1999)
Częstym zjawiskiem jest wypełnianie płyty różnego rodzaju gadanymi przerywnikami. Zazwyczaj przestają one śmieszyć po trzech – czterech przesłuchaniach i albo słuchasz, bo musisz, albo przewijasz. Na”Las Maquinas de la Muerte”, płycie o dość mocnym ciężarze tekstowym, wstawki takie robią tym bardziej dyskusyjne wrażenie. A jednak ta próba wywiadu dla miesięcznika „Gang” śmieszy mnie niezmiernie do dzisiaj.

Artur Andrus – Glanki i pacyfki (2012)
Jest wreszcie tak zwana piosenka kabaretowa, od której zasadniczo trzymam się z daleka. Z kabaretowego getta co i raz próbuje uciec Artur Andrus, nagrywając utwory, które ochoczo, z uporem godnym lepszej sprawy, na prawo i lewo promuje radiowa Trójka. I mimo że humor Andrusa niezbyt do mnie trafia, w każdej z tych piosenek z radosnym zdziwieniem odnajduję zazwyczaj jeden wers absolutnie w swym humorze doskonały. Niezłym przykładem jest Syn studiuje medycynę, martwię się tym moim synem – nie osiągnął nic. Ale ponad wszystkie wyrasta fragment tego, w sumie mało ciekawego, utworu: Mój dziadek był też skinheadem na zamku w Szczecinie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza