wtorek, 30 września 2014

82. Azbest: Lady Pank "O dwóch takich, co ukradli księżyc"

 ***

Nostalgia. Moje najwcześniejsze wspomnienie dotyczące słuchania muzyki dotyczy właśnie Lady Pank i ich "Marchewkowego pola". Pamiętam, że piosenka mi się podobała. Bardzo podobała. Chociaż z cała płytą się nie zetknąłem. Aż do teraz. A było to tak...
Płyta Lady Pank "O dwóch takich, co ukradli księżyc" była tylko cząstka całego multimedialnego projektu. Przeznaczona dla najmłodszych widzów adaptacja powieści Kornela Makuszyńskiego była jak na polskie warunki przedsięwzięciem pionierskim i zaplanowanym z dużym rozmachem. Był film animowany, serial, widowisko teatralne, komiks i płyta z piosenkami z filmu (i pewnie pomniejsze drobiazgi). No właśnie, komu można było powierzyć nagranie piosenek dla milusińskich? A musi być to ktoś znaczny, by nadać dziełu wagi i splendoru! Maanam? Lombard? Maryla Rodowicz? Bajm? Nie! Lady Pank! Lady Pank! LADY PANK!
Czy mi brakuje wyobraźni czy zabrakło jej decydentom, ale piosenki do filmu dla dzieci nagrał zespół słynący tyleż z muzyki co z rozpierdalania pokoi hotelowych. Okładka ich drugiej płyty nie wzięła się znikąd. I stało się co stać się musiało. 1 czerwca 1986 (dwa tygodnie przed premierą płyty) w trakcie występu na festynie z okazji dnia dziecka napruty Panasewicz postanowił zamerdać widowni fujarą. Spektakularne, ale jakoś nie zaskakujące. W normalnych warunkach oznaczałoby to spalenie projektu. Jaki rodzic kupi dzieciakowi płytę zespołu kojarzącego mu się z wymachiwaniem pytongiem? Oczywiście ówczesny, wygłodniały rynek nie nosił znamion normalności i kupowano wszystko jak leci.
A sama płyta? Kilka fajnych kawałków, kilka mniej – można słuchać bez wielkich boleści. Sęk w tym, że teksty tylko w kilku przypadkach jakoś łącza się z filmem, czy mają chociaż powierzchownie bajkową tematykę. Biorąc pod uwagę, że materiał jest i tak krótki, płyta sprawia wrażenie robionej na siłę. Jednak, co zabawne dzięki temu można jej słuchać całkiem swobodnie, nawet wyrwanej z ilustracyjnego kontekstu. I w (niespełna) dwadzieścia lat później nie brzmi jak relikt przeszłości. Teksty Mogielnickiego zostały napisane tak sprawnie, że w dużej mierze są aktualne nawet dziś. Mało tego – fragment o dopalającym się łuku tęczy pobrzmiewa dziś niepokojąco profetycznie.
Celowo nic nie napisałem o muzyce – każdy to słyszał. A jeśli nie, to i tak już nie będzie miał ochoty. Ja idę słuchać nowego Godflesh.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
"Marchewkowe pole"
2. Najgorszy moment: „Czarownik”
3. Analogia z innymi elementami kultury: Nie ma co kombinować – wiadomy film.
4. Skojarzenia muzyczne: Początek "Marchewkowego pola" to trochę "Bela Lugosi's Dead" a trochę "Ta zabawa nie jest dla dziewczynek".
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Powiedziałbym, że wiadomo co, ale nie widziałem. O dziwo.
6. Ciekawostka: Krążą plotki o drugiej części płyta, ale to tylko plotki szerzone przez złe języki.
7. Na dokładkę okładka: Tylko która? Każe wydanie płyty ma inną. Uzbierało się przynajmniej 5 różnych - winyl (okładka widoczna nad tekstem), kaseta i 3 różne CD.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza