poniedziałek, 14 października 2013

63. Basik: A Tribe Called Quest, "Low End Theory"

A Tribe Called Quest - The Low End Theory

Ocena: * * * * *

For we put Hip Hop on a brand new twist / A brand new twist with a whole heap of mystic
(Jazz [We’ve Got])

You could find the Abstract listening o hip hop / My pops used to say, it reminded him of be-bop
(Excursions)

Jeszcze parę lat temu hip hop kojarzyłem z murzynami obwieszonymi łańcuchami, strzelającymi do policjantów i rymujących o samochodach i drogich spodniach. W grę wchodzili również białasy w szerokich spodniach, (za którymi niespodzianka się kryje) popijające goudę na dyskotece w Czewie. To nie tak, że już tak nie myślę, bo nadal uważam, ze większość rzeczy z tej półki za ściek (pełna analogia na tym poziomie z kapelami metalowymi), ale po poznaniu „Low End Theory” zrewidowałem grubo ten dość jednostronny punkt widzenia. Ba! Polubiłem hip hop i po dziś dzień drążę temat, choć podtrzymuję – niewiele w tym gatunku perełek. 
A takich rewolucyjnych rzeczy jak wydana ponad 20 lat temu ”Low End Theory” nie ma i nie będzie raczej nigdy. Ta płyta to nie tylko wielki krok dla samego hip hopu, który wcześniej jednak dyskotekowo-funkowy sznyt ale również dla… jazzu. Obfite wykorzystanie sampli i loopów z wprost niesamowitej kolekcji nagrań jazzowych, funkowych czy rockowych z lat 60. i 70. nadaje to temu albumowi niepowtarzalny, ciepły vibe. Z czarnego jazzu ATCQ czerpie ponad samą barwę utworów wszechobecny trans, uzależniający groove kontrabasu i loopów perkusyjnych, bardzo przejrzystych i zapadających w pamięć („repetycje” jak to ładnie mówi niejaki Jotbee). Słychać miłość chłopaków do tych płyt winylowych, fascynację artystami, których pewnie słuchali ich starzy w domu… no właśnie. Jazz u swoich podstaw był rozrywką dla prostego człowieka, styranego pracą, buntem gościa wkurwionego na system społeczny, kulturowy czy polityczny, dopiero po czasie stał się muzyką dla jajogłowych emerytów i arystokratów podkręcających wąsa lub instrumentalnych onanów. Sztuka ATCQ przywołuje tą „ludowość” i bezpretensjonalność jazzu. 
Proste środki wyrazu, intuicyjny trans beatów, jasny przekaz. Q-tip oraz Phife jadą konkretnym slangiem, ale nie ma w ich opowieściach wulgarności i agresji. I tu kolejny łącznik z jazzem – improwizacja tyle, że słowna. Poza treścią ważniejsze wydaje się naturalna rytmiczność wersów i barwa głosów (która zdecydowanie jest tu cool). 
Raz na jakiś czas w historii pojawiają się tak świeże, oryginalne płyty. Zakorzenione mocno w przeszłości, ale tworzące nową jakość. Tak było z „Revolverem” The Beatles czy „Nevermind” Nirvany tak jest również w przypadku „Low End Theory”. Jazz, czy nie jazz - płyta totalnie zajebista, kolorowa i bujająca. Word!

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Excursions, Buggin’ out, Scenario
2. Najgorszy moment: Odstają Skypager i What? Jako echa lekko naiwnego debiutu grupy, nie psują całości.
3. Analogia z innymi element kultury: ATCQ w tekstach odwołuje się do ruchu społeczno-filozoficznego „Zulu Nation” prowadzonego pod przewodnictwem guru hiphopowców – Afrika Bambaataa.
4. Skojarzenia muzyczne: czarna muza (nie mylić z black metalem).
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Nowy Jork, baseball w Central Park, ta kamienica z ulicy Sezamkowej.
6. Ciekawostka: Loop perkusyjny napędzający Scenario pochodzi z „Little Miss Lover” Jimmiego Hendrixa.
7. Na dokładkę okładka: Afroamerykański akcent. Plemienny body painting. Taniec. Grafitti.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza