poniedziałek, 14 października 2013

63. Pippin: A Tribe Called Quest, The Low End Theory


Ocena: * * *

Zapisz się do Legii – mówili, zobaczysz świat – mówili, będzie bujać – mówili. I co, buja? A i owszem, tło buja, ale z pierwszym planem niestety gorzej.
Najsampierw słowo wprowadzenia – doceniam i zaświadczam, że A Tribe Called Quest to nie modelowi czarni chłopcy na deskorolkach, z czapeczkami na bakier, nawijający o dziewczynach (o bitches właściwie) i szybkich samochodach, bluzgający co drugie słowo. Nie, to nie taki model rapu/hiphopu i za to chłopakom chwała. Zajmują ich raczej poważniejsze tematy społeczne – a to pochylą się nad przemocą seksualną w „The Infamous Date Rape”, a to ponarzekają na przemysł muzyczny w „Show Business”, acz nie z pozycji skrzywdzonego chłopczyka, którego talentu nikt nie dostrzega. Nie byli może najwybitniejszym przedstawicielem hiphopowej inteligencji, ale na pewno należy im się miejsce w czołówce. Czyli – nie gangsterka, a niegłupi goście, którzy mają coś do powiedzenia, bez napinki i nienawiści do całego świata. Biorę, może być. 
Druga rzecz to warstwa instrumentalna płyty. O, jest co pochwalić. Bo te podkłady, co to napisałem, że bujają, to naprawdę niekiepska hybryda hiphopu z (głównie) jazzem. Skrupulatnie przestudiowana lista sampli da nam około pięćdziesiąt pozycji, spotkamy tam takie nazwiska jak Jimi Hendrix, James Brown, Michał Urbaniak, Steve Miller, George Clinton, Sly Stone, Miles Davis... No kopalnia po prostu. Każdy kawałek wręcz kipi tu od sampli i to nie takich chamskich, lecz wprowadzonych ze sporym wyczuciem, nadających przyjemnego klimatu. Gdy do tego tła dodamy uroczo ciepłe partie kontrabasu oraz sporadyczne występy gościnne śpiewających wokalistek, wydaje się, że nie ma się czego przyczepić.
Ale niestety... Nad wszystkimi tymi cudami panują niepodzielnie jednostajny kwadratowy beat oraz partie wokalne dwóch mistrzów ceremonii, którzy robią wszystko, by rozpieprzyć ten klimat w drobny mak, proponując typowe rapowe słowotoki, bez melodii, nie różniące się niczym z utworu na utwór. Mogła to być naprawdę dobra płyta, do której wracałbym bardzo często, niestety linie melodyczne (melodyczne?) ją zabiły. Ja wiem, taka natura hiphopu, ja wiem, wszystkie powyższe zalety powinny przeważać nad tymi nieszczęsnymi wokalami, ale nic nie poradzę. Zgadzam się, dla fanów gatunku to może być album wybitny, niemniej wyższej oceny niż trójeczka dać nie mogę. Bowiem – jak śpiewała Kaśka Nosowska – to trzeba lubić. 

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: Bogactwo sampli w tle. Żadna tam prosta zrzynka i wklejanie fragmentów bez ładu i składu, tylko gruntownie przemyślana i wzorowo wykonana koncepcja. 
2. Najgorszy moment: Dlaczego to nie jest płyta instrumentalna? 
3. Analogia z innymi elementami kultury: Czarna inteligencja, wbrew masie filmów i muzyki, naprawdę istnieje i ma się nieźle. 
4. Skojarzenia muzyczne: Jako się rzekło - od Davisa po Hendrixa. Choć więcej tego pierwszego. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wieczorek bankietowy po wystąpieniu Martina Luthera Kinga. 
6. Ciekawostka: Mimo że Q-Tip, jeden z wokalistów, oficjalnie nazywa się dziś  Kamaal Ibn John Fareed, urodził się jako Jonathan Davis. Spiskowa teoria o wkładzie w sukcesy Korna sama nasuwa się na myśl, ale raczej odpada. 
7. Na dokładkę okładka: Ta skulona postać jednoznacznie przypomina mi okładkę debiutanckiej płyty Sweet Noise. Podejrzewam, że ekipa ze Swarzędza byłaby zadowolona.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza