sobota, 30 marca 2013

49. pilot kameleon: Ampacity, Encounter One



***1/4

„Kolorowa mapa niebios wyogromniała w kopułę niezmierną, na której spiętrzyły się fantastyczne lądy, oceany i morza, porysowane liniami wirów i prądów gwiezdnych, świetlistymi liniami geografii niebieskiej.” Tak Bruno Schulz wkraczał w kosmos w tytułowym opowiadaniu z tomu „Sklepy cynamonowe”. Ta przestrzeń wydaje się równie ważna dla zespołu Ampacity. Domena nieskrępowanej wyobraźni, gdzie dowolnie można kształtować plazmę muzyczną. To tam muzycy zespołu uwili sobie pierwszą bazę nazwaną „Encounter One”. Materiały informacyjne na ich temat jasno określają terytorium, po którym porusza się formacja: space rock. Padają też nazwy Hawkwind czy wczesny Pink Floyd, wspominają również o stonerze. Samodzielna definicja nad wyraz trafna. I niestety moim zdaniem ograniczająca, choć innej niestety skonstruować nie można. Rozległe plany muzyczne, pogłosy, ciepły klawisz, trochę zgiełku, powolne budowanie napięcia podane są w sposób interesujący, fragmentami nawet fascynujący, niemniej jednak brakuje w tym prawdziwej indywidualności czy też szaleństwa, które tuninguje taką muzykę. Jednym słowem brak tu elementu, który zassa słuchacza w czarną dziurę. Zassa i nie puści. To niestety problem takiej muzyki i jej odbioru w zaciszu domowym, gdzie kolejna podróż kosmiczna wydaje się taka sama jak kilka poprzednich. Fajny start, a potem raz na jakiś czas atrakcja. Symulator jest w tym wypadku zawodny. Co innego kupić bilet i wejść na pokład statku nazwanego Ampacity. Tam może się dziać…
Powyższe zarzuty nie dyskwalifikują tego materiału. „Encounter One” to bardzo przyjemny album. Obstawiam jednak, że sceniczne prezentacje w przeciwieństwie do płyty studyjnej mogą kasować słuchacza. Wszak taka muzyka w wersji live to nic więcej jak tylko punkt wyjścia do odlotu, którego nie normuje nośnik, kiepski sprzęt, sąsiedzi, szczekający pies, widmo Petera Cushinga, szef firmy, w której pracujesz, żebrak, czy niewygodne łóżko.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Odpowiednia długość materiału. Mogli zapodać 80 minut, bo przecież dlaczego nie?
2. Najgorszy moment: Nie widziałem ich na żywca.
3. Analogia z innymi element kultury: Dorzućmy kategorię fantastyki naukowej. Kompozycja „Asimov’s Sideburns” pozwala nam to uczynić.
4. Skojarzenia muzyczne: Ale to już było, jak śpiewała Maryla Rodowicz. Space rock, Hawkwind, wokal w kilku fragmentach (te „refrenowe”, że się tak wyrażę) trzeciej kompozycji odbił mi się echem Mastodona.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wsiadasz w auto, masz do przebycia 600 kilometrów, a pod ręką tylko jedna płyta. Najlepiej nie w Polsce.
6. Ciekawostka: Album ukazuje się pod banderą wytwórni Nasiono Records. Warto zerknąć na ich stronę internetową.
7. Na dokładkę okładka: Astronauta zbyt wiele myślał. A tak bardziej serio, to polskie plakaty kinowe sprzed wielu lat. Bardzo fajnie zrobione.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza