środa, 20 marca 2013

48. Pippin: Metal, którego nie musisz się wstydzić

Metal-śmetal – powiedział Tomasz Budzyński, jakoś w 1999, gdy, wespół z dwoma kumplami, robiliśmy z nim wywiad do fanzinu. Owo sformułowanie jest na tyle enigmatyczne, że każdy może sobie do niego dorobić dostateczną ilość własnych ideologii i wszystko będzie pasować. Moja egzegeza jest taka: Kiedyś metal był super, zasłuchiwałem się na okrągło w różnorakie odmiany, a dziś patrzę nań raczej z sympatycznym uśmiechem, który raz przybiera postać „Dobrze, brawo!”, a innym razem „Ładnie się, dzieci, bawicie”.
No ale niektórych albumów się nie wyprę. Jedziemy. Chronologicznie.

Black Sabbath (1970) – nie ma łomotu, szaleńczych temp czy zdzierania gardła. Ale jest co innego – wyznaczone raz na zawsze podstawa, podwaliny i kierunek. Aksjomat. 

Metallica "And Justice for all" (1988) – Między arcydziełami thrashu, o których, mam nadzieję, któryś z kolegów redaktorów wspomni, a uproszczeniem formy i zawojowaniem świata, chłopaki nagrali płytę najbardziej pokombinowaną, z rozbudowanymi formami i niemal progresywnym zacięciem. Może tylko produkcja, zwłaszcza w temacie basu, mogłaby być lepsza.

Slayer "Seasons in the Abyss" (1990) – trochę podobnie, jak panowie z pozycji wyżej. Nie stracili agresji ani impetu, ale, że się tak wyrażę, wyszlachetnieli. Melodia „Dead Skin Mask” jest niemal przebojowa, a utwór tytułowy to, jak na nich, wręcz suita.

Faith No More "Angel Dust" (1992) - mistrzowsko połączyli metal z rapem. Choć twardogłowi fani obu tych gatunków powiedzą, że ani to prawdziwy metal, ani prawdziwy rap. A oni jeszcze dodali klawisze. I do tego Mike Patton – człowiek który potrafi zaśpiewać wszystko i na każdy sposób.

Kyuss "Welcome to Sky Valley" (1992)  – pustynny, przytłumiony ciężar o niemal psychodelicznej aurze. Na gitarze Josh Homme, ale wartością dodaną, dla której wolę Kyuss od Tej Kolejnej Słynnej Grupy Josha jest John Garcia na wokalu.

Alice in Chains "Dirt" (1992) – Że co? Że grunge to nie metal? Tak, wiem, harley to nie motor, a piwo to nie alkohol. Riffy jednak ewidentnie ze szkoły Black Sabbath, a wokalne duety Cantrella i Staleya jednocześnie brudne i piękne. Kompletu dopełniają depresyjne teksty, zwłaszcza te, w których uzależniony od narkotyków główny wokalista opowiada o sobie i swoim życiu.

Nine Inch Nails "The Downward Spiral" (1994) – piękno w autodestrukcji. Wraz z Trentem Reznorem i jego bohaterem , przy industrialnym hałasie, pogrążamy się coraz głębiej w otchłani rozpaczy. Aż do „Hurt”, jednego z utworów wszechczasów.

Armia "Triodante" (1994) – wędrujemy w odwrotnym kierunku niż przed chwilą. Budzyński wciela się w Dantego i prowadzi nas z Piekła do Nieba. Przy dźwiękach metalowych riffów o iście symfonicznym rozmachu.

Killing Joke (2003) – spotkanie legendy nowej fali z legendą grunge’u zaowocowało najlepszą płytą Killing Joke od lat, ostrzejszą i agresywniejszą niż wszystkie poprzednie. A pierwsze wejście bębnów („Listen to the drums!”) wgniata w ziemię.

Mastodon "Crack the Skye" (2009) – dowód, że mimo plotek, metal ani nie umarł, ani nie pogrążył się w kopiowaniu tych samych schematów. Inspirując się w równej mierze klasycznym metalem, co rockiem progresywnym, czterej panowie z Atlanty udowodnili, że sporo jeszcze w tym nurcie można powiedzieć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza