poniedziałek, 15 października 2012

36. Pippin: John Cale, Shifty Adventures in Nookie Wood



Ocena: * * * 1/4

Najsampierw powinna nastąpić długa tyrada o tym, jakim to wielkim artystą jest John Cale i jak to on przez niewyrobioną polską publiczność nie jest prawie wcale znany. Ale nic z tego – nie dlatego, że odmawiam wielkości starszemu panu, broń mnie Boże, lecz z tego powodu, iż byłaby to swego rodzaju hipokryzja. Jakkolwiek bowiem dorobek The Velvet Underground znam wcale dobrze, a i debiutu The Stooges nie usłyszałem dopiero wczoraj, tak solowa twórczość Cale’a jest mi raczej słabo znana, do tej pory słyszałem w całości ze dwa razy jedną płytę („Paris 1919”, jeśli kto ciekawy) i nasz bohater raczej zajmuje u mnie poczesne miejsce na półce oznaczonej jako „Wielkie postacie, zapoznam się bliżej w przyszłości”.
Najnowszą płytę rozpoczynają brzmienia akustyczne, z których szybko wyłania się zachrypnięty wokal – gdybym nie wiedział, z kim mam przyjemność, obstawiałbym Toma Waitsa. Ale ten akustyczny początek to zmyłka, cała płyta bowiem oparta jest raczej na brzmieniach elektronicznych, a główne skojarzenia biegną w stronę Depeche Mode. Tak z okresu „Violator” (gdzieś nawet miga motyw niemal żywcem wyjęty z „Enjoy the Silence”). Ki diabeł? Co zaprowadziło pana Cale’a w takie rejony? W rejony, które wydały niejeden doskonały owoc, ale też i sporo koszmarnego synthpopu początku lat dziewięćdziesiątych? Nie dojdziemy tego, ale zżymać się jednak przesadnie nie ma co, bo udanych utworów jest więcej niż pomyłek. Do tych pierwszych zaliczyć należy przede wszystkim trzy pierwsze utwory – och, gdyby cały album był taki! Dobre melodie i mroczny, nieco tajemniczy nastrój. Cóż z tego, skoro potem spotkamy słabiutki „December Rains” i koszmar absolutny w postaci utworu „Mothra”. Jednostajna, monotonna elektroniczna łupanka, ani śladu melodii i tekst podawany nie tyle beznamiętnie, ile z przemożnym poczuciem nudy.
Nie wieszajmy jednak psów na starym mistrzu – naprawdę słabe utwory są tylko dwa, a reszta, choć dość jednostajna i niedorastająca nijak otwierającej trójce, broni się jako całkiem przyjemna wycieczka w przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Cale nie zmienia świata, nie niese nowych muzycznych rewolucji, ale trzyma się nieźle.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Z pierwszych trzech utworów, ze względu na tytuł wybieram „Hemingway”. Chociaż „Scotland Yard” chyba jednak lepszy.
2. Najgorszy moment: „Mothra”.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Rzut oka na same tytuły piosenek uświadamia, że analogia siedzi tu na analogii.
4. Skojarzenia muzyczne: Depeche Mode zatrudniają Toma Waitsa, bo Gahan chory, a czas nagli.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Czy do grudniowych deszczów, to jeszcze nie wiem, ale do złotej polskiej jesieni niezgorzej.
6. Ciekawostka: Gdy płyta ruszyła, Małżonka zapytała mnie z drugiego pokoju, czy to Krzysztof Krawczyk. Odłożywszy na bok święte oburzenie, muszę obiektywnie przyznać, że jest pewne podobieństwo w barwie głosu obu panów.
7. Na dokładkę okładka: Чебурашка, w Polsce znany jako Kiwaczek, bardziej mnie cieszy w oryginalnej wersji.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza