poniedziałek, 15 października 2012

36. Dr. Śmierć, John Cale „Shifty Adventures in Nookie Wood”

 John Cale - Shifty Adventures in Nookie Wood

Ocena: * * *
 
Trudno jest być prorokiem we własnym kraju - wizjonerzy rzadko miewają z górki. Możliwe więc, że jestem częścią nieokrzesanego motłochu narzekając na użycie w kilku utworach z tej płyty auto-tune. Może za 5 czy 10 lat zostanie to uznane za nowatorski, odważny, awangardowy itd. krok. Zastosowanie takiego patentu brzmieniowego w roku pańskim 2012 gdy jest niemodny, przestarzały, powszechnie wyśmiewany itd. i to przez Cale'a jest tak nie w porządku, że aż fascynuje. Co On chciał przez to powiedzieć. A może to początek końca i zawiodła go intuicje? Ale dość tych szyderstw. Na szczęście nieszczęsny auto-tune to nie jedyne co można napisać o najnowszym dziecku szalonego Walijczyka.
Na dobra sprawę zawartość płyty nie powinna być zaskakująca dla kogoś wiedzącego co Cale porabiał w czasie poprzedniej dekady. Otrzaskał się w tym czasie z elektroniką i stał się człowiekiem co to się loopom nie kłania. Na „Shifty Adventures in Nookie Wood” zaprezentował dawkę popu zabarwionego elementami trip-hopu czy tez muzyki tanecznej. Oczywiście pamiętać trzeba, że jest to płyta nagrana przez siedemdziesięciolatka, diabelnie zdolnego i doświadczonego niczym Egipt tuzinem plag. Nie ma mowy o kradzieży sampli czy chamskim łupanie na 4/4. To nie ta kategoria wagowa - muzyka nie jest prostacka, ale na szczęście nie jest również wydumana (co zdarza się gdy „ambitniejsi twórcy” biorą się za pop).Produkcja jest dość nastrojowa i jak na pop dość oszczędna, oparta w głównej mierze na loopach. Jak można się jednak spodziewać daleko im do banalności. 
Pewnym problemem płyty jest niedostatek rasowych kompozycji - chwytliwych czy choćby pamiętnych mogących pociągnąć za sobą płytę. Są oczywiście na płycie naprawdę udane utwory - chociażby „Scotland Yard”, „Nookie Wood” czy singlowa kolaboracja z Danger Mouse „I Wanna Talk 2 U”. Niestety sąsiaduje z nimi kilka piosenek zdecydowanie nijakich, trafiają się nawet takie koszmarki jak „December Rains” czy „Mothra”.
Koniec końców płyta nie powala, ale jest całkiem sympatyczna mimo, że znajdują się na niej piosenki zniechęcające do słuchania. Cale po prawda nie podołał w nagraniu płyty mogącej przebić "Fear" czy „Paris 1919”, ale nie upadł też do poziomu "Lulu", a póki nie ostygnie piłka wciąż w grze. Będę trzymał kciuki ja jego kolejna produkcję.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Scotland Yard", "Nookie Wood". Niezły jest też singlowy „I Wanna Talk 2 U”.
2. Najgorszy moment: Auto-tune! Z piosenek „December Rains”.
3. Analogia z innymi element kultury: Ile tu tego – brodaci samobójcy, wampiry, gigantyczne ćmy itd.
4. Skojarzenia muzyczne: Późny Bowie gdyby miał więcej życia.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Pierwsza połowa października. Raczej wieczory.
6. Ciekawostka: Udało mi się napisać recenzję najnowszej płyty Johna Cale bez wspominania o tym, że był współzałożycielem The Velvet Underground.
7. Na dokładkę okładka: Jakoś umyka mi symbolika tej okładki - coś jakby niewyraźny kadr z anime i jakiś osobnik (Cale to czy Pee Wee Herman?) z bukietem kwiatów. Ale różowe napisy na fioletowym tle dobrze do siebie pasują.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza