środa, 30 maja 2012

27. Pippin: Bad Brains, Build a Nation


Ocena: *** 1/4

Bad Brains to fajny całkiem zespół był. Klimaty punkowo-hardcorowe eksplorował z energią bijącą na głowę większość zapatrzonych w Pistolsów i Exploited załóg, a gdy brał się za reggae (a brał się często), nie wypadało to wieśniacko, tylko wcale sympatycznie – a pisze to człowiek, który o swej chorobliwej niechęci do karaibskiej muzyki mógłby książki pisać. Powyższe komplementy dotyczą w zasadzie najpopularniejszego wcielenia grupy, mniej więcej do końca lat osiemdziesiątych, gdy za mikrofonem stał koleżka H.R. Po latach chudych przyjść miał powrót do tłustych, a „Build a Nation” miało być triumfalnym powrotem płytowym z „właściwym” wokalistą, o co fani modlili się latami.
Bierzemy się zatem za słuchanie – jest dobrze! Z krótkiego zaśpiewu a capella wyłania się potężny, nie za szybki, riff rozpoczynający „Give Thanks and Praises”. Gitara na „Build a Nation” naprawdę cieszy, zwłaszcza w pierwszych utworach – riff w „Jah People make the World go round” też niezgorszy, a solóweczka w „Pure Love” zaiste wyśmienita. Taaak, koledzy instrumentaliści się postarali. Wiekopomnych kompozycji nie stworzyli, ale nie ma mowy o zawodzie, fani powinni być zadowoleni. Na wysokości zadania nie stanął niestety H.R. Z jego głosem przez lata stało się coś niedobrego – brzmi płasko, nie ma dawnej energii i zaangażowania, a momentami zwyczajnie nudzi. Chyba nie o to miało chodzić. Złośliwi powiedzą, że rastafariański styl życia nie pozostaje bez wpływu na zdrowie i szare komórki. Ja, z sympatii dla dawnych poczynań grupy, tylko westchnę i rzucę retoryczne pytanie, dlaczego w żwawym „Expand your Soul” H.R. nie ryknie, jak przed laty, albo czy wokal w „Let there be Angels (just like You)” specjalnie jest tak schowany, bo nawet koledzy z zespołu tudzież producent płyty nie mogli znieść tego zawodzenia.
Taki to i problem z tą płytą. Ostre fragmenty gryzą się z wokalem i przyjemność ze słuchania znacznie opada. Niechętnie skłonić się chyba muszę do stwierdzenia, iż kawałki reggaeowe, jako nie niosące ze sobą owego dysonansu, jawią się jako lepsze. Do postMarleyowego bujania lepiej pasuje głos H.R. AD 2007, który – widzę to przed oczami – rozmarzony, a może i czymś upalony, takoż buja się w ich rytm i mamrocze swoje linie melodyczne. Znaczy napisałem, że reggae lepsze tu od czadu? To Państwo pozwolą, że zakończę tekst.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Instrumentalne partie w pierwszych trzech utworach.
2. Najgorszy moment: Wokalne partie w większości utworów.
3. Analogia z innymi elementami kultury: W tekście "Natty Dreadlocks 'pon the Mountain Top" słychać w pewnym momencie słowa „dupą, dupą”. Nawiązanie do kultowej krakowskiej formacji Piotra Marka?
4. Skojarzenia muzyczne: Epigoni po Bad Brains.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Oh, Jamaica, very nice, everybody smokes cigars.
6. Ciekawostka: Płytę produkował Adam Yauch. RIP.
7. Na dokładkę okładka: Nie dajmy się zdominować Lwowi Dużemu, zauważmy na dole również dwa Lwy Małe. Jak dla mnie żywcem wzięte z herbu Czechosłowacji.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza