poniedziałek, 14 maja 2012

26. pilot kameleon: Frank Zappa, The Man From Utopia

Frank Zappa - The Man From Utopia
***1/2

Z tuszy po Zappie można wyciąć kilka rodzajów mięsiwa. W różnej ilości i różnej jakości się rozumie. Jest dużo pysznych połaci reprezentowanych przez pierwsze płyty nagrane z Mothers Of Invention, są jazzrockowe smakołyki z okolic „Hot Rats”, które wykształciły się później w odrębną i najpyszniejszą część dorobku artysty. Osobnym gatunkiem mięsa jest muzyka klasyczna. Która może i jest pyszna, a może wcale taka nie jest. Kwestia smaku oczywiście. I Zappy oczywiście. Koncertówki? Uuuu… Wykroić można ich całą masę. Z różną zawartością i różną jakością. Jest i chuda polędwiczka, zdarza się i głowizna, są też racice. Do tego trzeba dorzucić trochę materiału z muzyką o humorystycznym charakterze. Trochę? Może ona oczywiście przerastać inne wymienione już tkanki i właściwie stanowić o smaku całego dorobku. Mięsna analogia nie jest pełna, bo nie ma nic o podrobach czy też elementach nieczystych, ale chyba dobrze wprowadza w zagadnienie. „The Man From Utopia” z 1983 roku to płyta wyrastająca z pnia pastiszowego. Ma być zwała. A czy faktycznie jest? A jest.
Okładka jest cienka jak kompot z desek. Uff… Całe szczęście Zappa na tej płycie nie męczy buły. Jest co prawda gruba polewa o konsystencji i smaku typowym dla lat osiemdziesiątych ale zawartość w bardzo wielu fragmentach sama rozpływa się w ustach. Dużo na „The Man From Utopia” tekstów. Libretto zawiłe i długie. Zreferowane jest śmieszne, czasem nawet bardzo. Literackie tłumaczenie miało zostać dostarczone wraz z egzemplarzem recenzenckim, ale jak zwykle ktoś się nie postarał. W ostatecznym rozrachunku zostaje zatem muzyka. A tutaj mamy kiermasz i odpust w jednym miejscu, czyli dla każdego coś miłego, choć zdarza się też cepelia. Są lata pięćdziesiąte, są i lata osiemdziesiąte, a i jazzrock się znajdzie, choć nieco odmienny od tego klasycznego. Stylistyczny surfing podlany został charakterystycznym głosem lidera, który czasem zalatuje zboczeńcem pierwszego sortu. Takiego co to w płaszczu po parku paraduje. Dobra, jakbym się nie wzbraniał, to miks tego humoru i tej muzyki zdecydowanie mi dogadza. A że ponad lata 80. w dorobku Zappy przedkładam te wcześniejsze, to i ocena jest taka a nie inna.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Sex”. Teoretycznie zawsze powinien być świetny.
2. Najgorszy moment: W praktyce wcale nie musi taki być. Wtedy jest najgorszy moment.
3. Analogia z innymi elementami kultury. Stany Zjednoczone lat 80. XX wieku. Zappa w komisji, Zappa w sądzie, Regan prezydentem, Biafra nie lubi MTV, Kurdt Cobain zakłada Nirvanę, metal u fryzjera, czuć ferment wszechogarniający.
4. Skojarzenia muzyczne: Zappa. Frank Zappa. Frank Vincent Zappa Jr. Porównywać go z kimkolwiek innym to jak policzek dla niego oraz dla porównującego.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Na imprezę. Na następnej jaką zorganizuję będzie w rozpisce obowiązkowej.
6. Ciekawostka. Kilka lat temu legendarny krakowski perkusista Mat Buffalo aka Ringo Star (Mikirurka, Sertyżur) prowadził internetową audycję „The Dangerous Kitchen”. Byłem jedną z czterech osób, która jej regularnie słuchała. A dobre to było.
7. Na dokładkę okładka. Ale ściek!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza