sobota, 16 czerwca 2012

28. Azbest: Live "Throwing Copper"

 Live - Throwing Copper
 * * *

Interesujące - dotychczas nie miałem nawet pojęcia o istnieniu takiego zespołu, a okazuje się, że w swoim czasie sporo znaczyli. Tylko tej płyty sprzedali jakieś 8.000.000 egzemplarzy - imponująca liczba zer. A trzeba pamiętać, że połowa lat dziewięćdziesiątych była czasem ostrej konkurencji w tym segmencie rynku. Wówczas przypadało apogeum grunge, podsycone zgonem Kurdta. Ale nawet wtedy tuzy grunge sprzedawały swoje płyty w nakładach wynoszących zazwyczaj od 3 do 5 milionów egzemplarzy. Biorąc to pod uwagę trzeba jeszcze bardziej docenić osiągniecie Live.
Już pierwsze zetknięcie z tym album uświadamia, że odniesiony sukces nie był przypadkiem i co było jego źródłem. „Throwing Copper” wypełnia gładki rock mający pewne punkty wspólne z grunge. Szerokie zastosowanie sprawdzonego patentu „melodyjna zwrotka i wywrzeszczany refren” też nie mogło zaszkodzić potencjałowi płyty. Jednak w odróżnieniu od zespołów ze Seattle, muzyka Live pozbawiona była szorstkich naleciałości stanowiących spadek po scenie niezależnej. Zamiast tego ich muzyka przesycona jest pop-rockową wrażliwością.
Live stało się tym samym prekursorem czegoś co zostało nazwane „post-grunge”. Znalezienie się w jednej szufladce z takimi nazwami jak Creed czy Nickelback jest nader wątpliwym wyróżnieniem, ale muszę mimo wszystko przyznać Kowalczykowi i spółce, że w konfrontacji ze swymi epigonami wypadają korzystniej (ale tak już bywa z epigonami).
„Throwing Copper” to przystępna i przyjemna płyta. Panowi ładnie grają i śpiewają. Kompozycje są melodyjne i umiejętnie (choć monotonnie) zaaranżowane. Niestety zbyt wyraźnie słyszalna jest „produktowość” piosenek. Jedyne na czym zbywa Live to oryginalność i charakter. Nawet nie próbują wypracować własnego brzmienia, czegoś co mogłoby odróżnić ich od reszty stada. Zadowalają się wzorowym odtwarzaniem wypracowanych przez innych rozwiązań. W dodatku nazbyt chętnie trzymają się jednej, męczącej na dłuższą metę formuły. W tym zalewie kawałków na jedno kopyto przez swój kontrast z resztą materiału wyróżnia się zalatujący country „Horse”. 
Podejrzewam, że gdybym usłyszał „Throwing Copper” młodszy o 10 czy 15 lat byłbym zachwycony. Dzisiaj nie potrafi do mnie przemówić w ten sposób.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „The Dam at Otter Creek”.
2. Najgorszy moment: "Waitress".
3. Analogia z innymi element kultury: „T.B.D” to skrót od Tibetan Book of the Dead (do przeczytania tutaj: http://mahajana.net/teksty/tybetanska_ksiega_umarlych.html)
4. Skojarzenia muzyczne: Pearl Jam z domieszką REM.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: pewnie liceum, ale nie zweryfikuje już tej hipotezy.
6. Ciekawostka: płytę produkował Jerry Harrison z Talking Heads.
7. Na dokładkę okładka: Tu nie będę się czepiał. Obraz zatytułowany jest "Sisters of Mercy", a jego autorem jest szkocki malarz Peter Howson.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza