środa, 30 maja 2012

27. Azbest: Bad Brains "Build a Nation"

 Bad Brains - Build a Nation

* * *

"Build a Nation" to ósma już płyta tego zasłużonego zespołu i zarazem pierwsza nagrana po reaktywacji w oryginalnym składzie ("I & I Survived" to jednak coś trochę innego). Warto było czekać tyle lat? A może lepiej poprzestać na debiucie lub "Rock for Light" tudzież "I Against I"?
Krótko – tragedii nie ma, płyta trzyma pewien poziom. Nie da się jednak ukryć, że tym razem zespół pokazał zaledwie cień swojej dawnej świetności. Bad Brains znani byli z dualności swoich poszukiwań muzycznych – początkowo grywali ekstremalne hardcorowe czady jak i ortodoksyjne reggae. Ich późniejszy rozwój skomplikował sprawy – podochodziły nowe elementy i wszystko razem zaczęło się przenikać. Jednak na „Build a Nation” powrócili do pierwotnego kursu i między napierdalatory powciskali odmienny stylistycznie materiał. Rozwiązanie typu „Dr. Slayer i Mr. Odpał” nie przekonało mnie specjalnie. Wolałem kiedy próbowali połączyć te przeciwieństwa. A na tej płycie rzadko im się to zdarza.
Czadowe kawałki stały się cięższe, bardzie dosadne – metalowe wręcz. Szkoda tylko, że są pozbawione finezji, chwytliwych melodii czy choćby intensywności. Niby mają ciężkie riffy i wyścigowe tempa, ale brakuje mi w tym przekonania. Kawałki jednym uchem wpadają, drugim wylatują nie wyrządziwszy po drodze większych szkód. Panowie starają się jak mogą, ale wychodzi im w najlepszym razie średnio. Jest w tym na pewno jakaś „zasługa” wokalisty. Sposób w jaki obecnie wykorzystuje swój głos HR nie pasuje do tego łomotu. Jego natchnione w zamyśle, a zaledwie nawiedzone zawodzenia przystają do wyziewowych fragmentów jak przysłowiowa pięść do nosa.
Za to zdecydowanie lepiej komponuje się z zawartymi na płycie kawałkami reggae. Może nie robią jakiegoś kolosalnego wrażenia, ale przynajmniej całkiem znośnie bujają. Tyle tylko, że nigdy nie byłem fanem tej estetyki. A już zwłaszcza w takim kontekście.
„Build a Nation” to bardzo przeciętny album. Bad Brains nie popisali się tym razem. A przecież to oni napisali „Big Take Over”, „Sailin' On”, „Right Brigade”, „I Against I”, „House of Suffering” i masę innych klasyków. Ich współczesny materiał w porównaniu wypada blado. Mimo wszystko jest jeszcze za wcześnie na ich skreślanie. A ponoć planują na ten rok nową płytę. Może jeszcze będzie przepięknie.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Jah People Make The World Go Round" – jest wykop, ale zespołowi udało się też zawrzeć wolniejszą, bardziej melodyjną część.
2. Najgorszy moment: Płyta wybitna nie jest, ale ewidentnie beznadziejnych kawałków nie stwierdziłem.
3. Analogia z innymi element kultury: Czy "Jah People Make the World Go Round" nie jest przypadkiem odpowiedzią na "Money" z "Kabaretu"?
4. Skojarzenia muzyczne: Jakiś zespół zrzynający z Bad Brains. Tylko klasę gorzej.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Ja i Ja idziemy zdjąć z półki jakąś fajną płytę.
6. Ciekawostka: Prace nad płytą trwały od 2004 do 2007. Masa czasu zważywszy przeciętność efektu końcowego.
7. Na dokładkę okładka: Najlepsza część wydawnictwa. Ten lew z zagniewaną mordką jest taki słodziutki!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza