wtorek, 28 lutego 2012

21. pilot kameleon: Helmet, Born Annoying


Ocena: ****1/4

Badając podstawową dyskografię zespołu Helmet łatwo pominąć bardzo interesujące wydawnictwo. Tak, mowa o "Born Annoying". Znika ono gdzieś pomiędzy wielbionym "Meantime", a sympatycznym "Betty" i choć wydane zostało po obu wymienionych albumach zawiera materiał nagrany wcześniej. Powody powszechnej nieznajomości tej płyty są dwa. Po pierwsze wytwórnia, czyli Amphetamine Reptile, która jest odpowiedzialna za wydanie tej płyty pomimo otaczającego ją kultu do największych nigdy nie należała. Po drugie "Born Annoying" jest kompilacją, a wydawnictw o takim charakterze zazwyczaj nie traktuje się poważnie.
Nie zważajmy jednak na te niedogodności, gdyż nie są żadnym wytłumaczeniem. "Born Annoying" jest pełnoprawnym i w mojej opinii najlepszym dziełem tej zasłużonej formacji. Teza dziwna, często niezrozumiała, ale moim zdaniem jedynie słuszna. Całość otwiera kompozycja tytułowa, która z miejsca definiuje styl zespołu. Potężny riff, rytmiczny obłęd, skłonność do jazgotu, solówki gitarowe nie należące do typowych i charakterystyczny wokal lidera. Tymi słowami można objąć właściwie cały dorobek tego zespołu, ale wskazać trzeba dwie dość istotne różnice. Zatem muzyka z tej płyty ma naturalne, niezwykle surowe brzmienie. Swoisty prymityw, archetyp pierwotności dźwiękowej. Żadne inne wydawnictwo nie oparło się studyjnej sterylności. Dodatkowo repertuar, który z racji rozproszenia go po singlach czy składankach należałoby traktować jako gorszy wcale takowym nie jest. Po pierwszym utworze wkracza instrumentalny "Rumble", który zatraca się w prawie dwóch i pół minutach gitarowego bulgotu. "Shirley MacLaine" z wisielczymi wokalami Hamiltona jest kolejnym dowodem na unikalność tej formacji. Współpraca dwóch dysonansowych gitar nie ma tu sobie równych, a klasyczny skład z Mengede, Bogdanem i Stanierem jest jedynym słusznym. Kolejne, w tym "Oven" z repertuaru Melvins, nieco krótsze kompozycje trzymają w napięciu aż do samego finału, którym jest kolejna wersja utworu tytułowego. Niby kompozycja ta sama, ale jakby bardziej zwięzła, choć równie szalona co podejście o cztery lata wcześniejsze.
Przed tym finałowym gwoździem jest jeszcze świetna wersja "Primitive" wyciągnięta z repertuaru Killing Joke. Od autorskiego dorobku nie odstaje nawet na centymetr.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Kompozycja tytułowa w dwóch odsłonach, a pomiędzy nimi siedem innych równie pysznych kawałków.
2. Najgorszy moment: Wszystko inne z dorobku Helmeta jest gorsze. Nic na to nie poradzę, próbowałem wiele razy.
3. Analogia z innymi elementami kultury: 1. Trasa po małych amerykańskich klubach spędzona głownie w małym busie. A za oknami Stany Zjednoczone inne niż te telewizyjne. 2. Shirley MacLaine, znana amerykańska aktorka. Czymże sobie zasłużyła?
4. Skojarzenia muzyczne: Zwięzła tradycja postpunkowa raczej powściągliwa w długości serwowanych kompozycji przefiltrowana przez metalową głowę, która wcale nie jest metalowa.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: 1. Wykonywania czynności wymagających użycia siły, ale bez potrzeby bycia precyzyjnym. 2. Miażdżenia w imadle.
6. Ciekawostka. Dla wytwórni Amphetamine Reptile nagrywało wielu uznanych wykonawców, m.in. Cows, Jesus Lizard czy Chokebore. Do tematu jeszcze wrócimy.
7. Na dokładkę okładka. Imadło. Zdjęcie zrobiono tak, że nie bardzo wiadomo, czy zmieści się tam głowa człowieka czy nie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza