wtorek, 19 lipca 2011

06. Pippin: Tomasz Budzyński, Osobliwości



Ocena: * * * *

Wcale nierzadka jest opinia, że Armia, a tym samym i Tomasz Budzyński, od dwudziestu lat tłucze to samo. Cóż, na tak twierdzących fachowców pozostaje prychnąć z pogardą, bo można nie lubić choćby parajazzowego „Freaka” czy nastrojowej „Luny”, ale stawiać je stylistycznie blisko „Legendy” to gruba pomyłka. Budzyński bowiem, mimo solidnego muzycznego (chciałem napisać „estradowego”, ale trochę nie pasuje) stażu, nie przestaje być artystą poszukującym i eksplorować mężnie nowych terenów. Mało tego, ewidentnie z wiekiem wybiera się na muzyczne poszukiwania coraz częściej i coraz szersze tereny w swych wędrówkach przemierza.
Nie inaczej jest i tym razem. Trzecia solowa płyta Tomka na pewno idzie w większe eksperymenty niż poprzedniczki. Co tu znajdziemy? Po pierwsze sekcję rytmiczną, co do której ciężko stwierdzić, czy to żywe instrumenty, sprytny komputer, czy jakoweś sample – niektóre początki utworów jako żywo przypominają Portishead. Warto też wspomnieć, że część owych brzmień to muzyka do dawnego spektaklu „Iuvenilium Permanens”. Co dalej? Dużo elektroniki, mało gitary, a do tego masa smaczków w rodzaju akordeonu czy klarnetu. Wszystko jednak w ujęciu raczej minimalistycznym, przedkładającym nastrój nad instrumentalne popisy. Natkniemy się w tej podróży też nierzadko na nawiązania do Pink Floyd – ale śladami ich będą raczej tajemnicze dźwięki i odgłosy rodem z „Pipera” czy „Ummagummy” (utwór „Bestiarium” to niemal hołd dla Watersowkiego „Several Spieces of Small Furry Animals Gathered Together in a Cave and Grooving with a Pict”) niż monumentalne kompozycje w stylu lat siedemdziesiątych. I jest jeszcze sam Budzyński w dwóch rolach. Jako wokalista – jakby dalej zastanawiał się, co też jeszcze ciekawego mogę ja tu zrobić z własnym głosem; tu trzeba zwrócić uwagę przede wszystkim na jego dramatyczny śpiew w „Człowiek nie jest sam”, kojarzący się z „Przed prawem” z Armijnego „Procesu” (a złośliwy powie, że z kolei nagrywając „Małą śmierć” nasz bohater cierpiał na początki kataru). Jako tekściarz zaś – akurat zaskakuje najmniej, bo kto dobrze obeznany z jego dotychczasową twórczością, ten dostanie to, czego się spodziewa – niewesołe impresje o duszy człowieka, dzisiejszym świecie i jego metafizyce (a nawet fizyce! Wbrew pozorom „Dziwadełko” to nie jakiś stwór wyjęty z wierszy Leśmiana, lecz niezbadana hipotetyczna cząstka, którą powołać do życia może Wielki Zderzacz Hadronów), podane i w formie dosłownej („Ach jakże jasna jest miłość własna”), i w abstrakcyjnej („Kot już bez wąsa, ta pani kąsa”).
Płyta ukazała się dość niedawno, więc nie ukrywam, że ciągle się z nią oswajam i odnajduję nowe szlaki. Niemniej zapraszam do samodzielnego zmierzenia się z „Osobliwościami”, bo nawet jeśli nie zachwycą, to na pewno mocno zaintrygują.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: akordeon w „Dziwadełku”. Robi się iście baśniowo.
2. Najgorszy moment: „Ta pani kąąąsa… Kąsa bez wąąąsa”. Tu już poddaje się moje (a przecież niemałe) poczucie absurdu. 
3. Analogia z innymi elementami kultury: Konik Garbusek, wizyta Małej Śmierci… Bajki i baśnie. Niekoniecznie wesołe i niekoniecznie z happy endem. 
4. Skojarzenia muzyczne: eksperymenty Pink Floyd, nastroje Dead Can Dance, rytm Portishead. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nocy. Absolutnie nie współgra mi słuchanie tej płyty ze światłem dziennym.
6. Ciekawostka: mój Tato też znał piosenkę w rytmie tanga z „Wio Garbusku”, tylko że w jego wersji miast Heleny występowała tam Hrabina.
7. Na dokładkę okładka: Jak zwykle – obraz autora płyty. Jak zwykle – nastrojowy, tajemniczy i już po kilku przesłuchaniach nierozerwalnie kojarzący się z samym albumem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza