niedziela, 16 listopada 2014

85. Basik: Kristen, "The Secret Map"



Ocena: * * * 2/3

Znasz takie historie? Kumple ciągną Cię na zajebisty gig w czwartek wieczorem, ale ty nie możesz. Bo praca, bo nadgodziny, bo obowiązek, bo odpowiedzialność, bo logistycznie nie da rady. Smutek. Na drugi dzień dowiadujesz się, że koncert total i grubo pozamiatane, więc tzw. jesień murowana. Znasz to? Mam nadzieję, że nie. W każdym razie, mogłem się tego spodziewać, bo Kristen widziałem już na żywca pod koniec 2011 r. w Re. Cytując samego siebie „Miazga, kurwa!”. Tak było wtedy. Set rozpoczęły głośne shoegaze’owe odloty zapatrzonego we własne obuwie Rychlickiego i Szpury (Kto grał na drugim wieśle? Zapomniałem!). Potem słodziutki (fuj) i zwiewny (fuj, fuj) set solowy Bieli (na szczęście krótki) i na finał Krystyna czarująca gdzieś pomiędzy tym, co Rychlicki/Szpura i Biela. Wyszedłem rozgrzany niczym supernowa. Wspominam do dziś. „An Accident”, które promowali wówczas było sympatyczne, choć do odsłony na żywca się nie umywa. Tym razem, przy recenzji „The Secret Map” przychodzi mi wyzbyć się z żalem kontekstu koncertowego, bo wiem, że to jednak nie to samo. O tym wspomni pewnie ktoś inny, trzeba skupić się na albumie. 
Można powiedzieć, że na „The Secret Map” mamy maleńką rewolucję. W czasach „An Accident” Kristen balansowało gdzieś pomiędzy skrajnościami, średnio zmielonym nojzem (esionem, hehe!) a delikatnością. Dziś drapanie poszło w odstawkę i zespół ruszył w kierunku drugiego bieguna. Nie pierwszy to przypadek w historii grupy, ale tym razem jest inaczej. Pierwszy numer z płyty o bardzo długim tytule to delikatny, wolno rozwijający się instrumentalny ambient. Z niego wyłania się nieśmiało utwór numer dwa - piosenka, ale eksperymentalna, odległa od muzyki rockowej. W samym środku jest nieco odważniej. „The Music Will Soothe Me” to rasowy przebój. Taneczny puls oparty na tłustym brzmieniu fendera baritone, chwytliwy refren a w drugiej części całość podbita jest dodatkowo gitarowym zgiełkiem Rychlickiego. Prawdziwe mini-arcydzieło, którego i tak żadne radio nie zauważy (a może się mylę?). Piosenka czwarta – tytułowa – powrót do łagodnych klimatów, „puchnących” na post – rockowy sposób, ale daleki na szczęście od beznamiętnego pitolenia Sigur Ros. Finał instrumentalny tak jak początek, ale już bardziej konkretnie. 11 minut hipnotyzującej i ciepłej psychodelii. 
Przyznaję, że zaskakująco rozwija się ten album. Powoli wznosi się (pierwsze trzy), potem opada (cztery) i stabilizuje (pięć). Tak właśnie „geometrycznie” to czuję. Traktuję, jako całość a nie zbiór kawałków nawet, jeśli koncepcyjny charakter płyty to najprawdopodobniej przypadek. Muzycznie to chyba najbardziej przystępna płyta zespołu, ale też dojrzała, oryginalna i supersympatyczna w swojej prostocie.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Synestezje geometryczne podczas odsłuchu. Płyta jako całość. Koncert.
2.Najgorszy moment: Nie przepadam za tą słodziutką, nieśmiałą i „uroczą” manierą wokalną Bieli, na szczęście tutaj śpiewa w ten sposób tylko w utworze tytułowym. Jestem w stanie to przeżyć. Ponad to, na koncertach ta muzyka jest zawsze lepsza.
3. Analogia z innymi element kultury: polski underground, który jest nadal niedoceniony i świetny (mimo funkcjonowania w nim miliona gównianych zespołów punkowych czy fryzjerskiego pseudo-rocka).
4. Skojarzenia muzyczne: W Endless Happiness, za każdym razem, gdy wchodzi wiosło mam wrażenie, że zagrają zaraz fragment „Then She Did” Jane’s Addiction
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: jedzenia szpinaku z czosnkiem, goździkami i pieprzem w dużych ilościach.
6. Ciekawostka: Wracają w stanie euforii z koncertu w listopadzie 2011r. parę przecznic od klubu zorientowałem się, że nie mam zakupionej przed chwilą płyty, i że musiała mi gdzieś wypaść. Wróciłem i znalazłem ją na środku skrzyżowania Tomasza i Krzyża i w ostatniej chwili wytargałem spod kół nadjeżdżającej taksówki. Wiem opowiadałem tą historię sto razy.
7. Na dokładkę okładka: Za bardzo kanciasta jak na zawartość.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza