sobota, 1 listopada 2014

84. Azbest: John Coltrane, "Lush Life"


 ***1/2

Kwiecień 1957 był dla Johna Coltrane ważnym momentem. Wydarzyły się wówczas dwie rzeczy, które skierowały jego życie na inne tory. Po pierwsze Davis nie mogąc już znieść jego nałogu wykopał go z zespołu. Po drugie wytwórnia Prestige zaoferowała mu kontrakt. O ile romans z opiatami udało mu się niebawem przerwać, o tyle cyrograf był bardziej trwały. Warunki były proste - miał dostarczać materiału na 3 albumy rocznie i inkasować za każdy 300$ (źródła milczą czy musiał się podpisać własną krwią). Z wydajnością nie miał problemu - ponad 10 sesji w ciągu półtora roku. Dla Prestige okazało się to doskonała inwestycją. Trane niebawem stał się sławny. Płyty takie jak nagrany z Davisem "Kind of Blue" czy solowe "Blue Train", „Gians Steps" i przede wszystkim "My Favourite Things" uczyniły z niego gwiazdę pierwszej wielkości. Prestige postanowiło wykorzystać sytuacje i niebawem zaczęli żąć tam gdzie posiali. W trakcie trwania kontraktu wydali mu 4 płyty. W ciągu kolejnych 7 (gdy był podpisany w Atlantic, a potem Impulse!) rzucili na rynek kolejne 11. Jednym tych albumów jest wydany w 1961 „Lush Life”.
Mam wrażenie, że Coltrane obecnie najbardziej ceniony jest za swoje późniejsze płyty, a przecież jego wczesna twórczość też ma swe uroki. Inne to granie, mniej imponujące, ale przecież klasowe, żadne tam wprawki przed "dziełem". Sam częściej słucham jego początków choć wielbię „Meditations”. Oczywiście rodzi się pytanie o jakość „Lush Life”. Z jednej strony poklejono go z odpadków, Z drugiej strony jedna pierwszych płyt z serii więc jest szansa na jeszcze niezgorszy sort. I jak można się było spodziewać, ballady we wczesnocoltrane'owskim wydaniu. Spokojne, bardzo spokojne granie. Te łagodne dźwięki działają wręcz kojąco. W dodatku płyta jest całkiem spójna jak na efekt trzech różnych sesji nagraniowych w różnych składach – od tria do kwintetu. A składy były na tyle zróżnicowane, że jedynym muzykiem obecnym na wszystkich był sam JC. Warto tu dodać, że udało mu się zebrać kilka uznanych nazwisk - grają m.in. Donald Byrd czy Red Garland i Paul Chambers z którymi pogrywał u Davisa.
Coltrane nagrywał zacne rzeczy nawet na autopilocie. Wyszła mu (a raczej wytwórni) odprężająca płyta, idealna do odpoczynku, ale w pewnym momencie może to uśpić. Niestety brakuje tu czegoś szczególnego co mogłoby sprawić, że zaabsorbuje słuchacza i zapadnie mu w pamięć. Na szczęście płyta nie jest zbyt długa, bo mogłaby znużyć. Dla porównania wydany przez Blue Note „Blue Train” jest o klasę lepszy. A został nagrany praktycznie w tym samym czasie – połowa materiału na „Lush Life” pochodzi z sesji o miesiąc poprzedzającej „Blue Train”. I to właśnie tę druga płytę poleciłbym komuś szukającemu bardziej reprezentatywny pokazu ówczesnych możliwości Trane'a.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jakoś nic zbytnie nie odstaje na minus. Ok, tytułowy z tą trąbą nawet niczego sobie.
2. Najgorszy moment: Jakoś nic zbytnie nie odstaje na plus.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Kult "Muj Wydafca"
4. Skojarzenia muzyczne: Już na tym etapie to innych porównywano do niego.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wczesny Coltrane zawsze mi pasował do gotowania. Czyli relaks generalnie.
6. Ciekawostka: Prestige potrafili zrobić użytek z zasobów. Ta sama płyta została wydana również jako "Like Someone In Love" - ten sam układ utworów, nawet to samo zdjęcie na okładce.
7. Na dokładkę okładka: O właśnie - zawsze się zastanawiałem czemu na zdjęciach mia taką zafrasowaną minę. Ten kontrakt z Prestige wiele by wyjaśniał.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza